bo na zewnątrz jest jesień jeszcze czasami szeleści deszcz ale zwykle powietrze pachnie liścmi
plastiki ram okien z rąk wymykają się ciężko coraz trudniej wyjść z pracy przed zaciemnieniem

Nie mam za wiele do powiedzenia. Gdybym mogła poprosić złotą rybkę o spełnienie jednego życzenia, byłoby to coś, co przerzuca moje myśli bezpośrednio na papier – są chaotyczne, rozsypane, w głowie brzęczą mi wciąż tylko pojedyncze słowa i frazy wyrwane z kontekstu. Jak znaleźć ten kontekst – chyba już nie wiem. Wciąż wiele chciałabym wykrzyczeć, ale nie lubię powtarzać po innych, nie podejmę się mówienia o pewnych sprawach właśnie dlatego, że mówią o nich pozostali. Nie jest sztuką dryfować na fali zainteresowania, ale wzburzać tę falę na spokojnej tafli i patrzeć, jak inni mniej lub bardziej skutecznie próbują na nią wskoczyć.

Bo przecież mogłabym skomentować bieżące wydarzenia, włączyć się w tok dyskusji. Co miesiąc z dokładnością zegarka publikować teksty o kolejnych odchodzących gwiazdach i autorytetach, na Dzień Dziadka serwować okolicznościową laurkę, na moment przed świętami wrzucić coś specjalnie dla ateistów i doradzić, jak przetrwać ten zalew czerwono-zielonej tandety. Tyle tylko, że kalkuluję w głowie potrzebny na to czas i dochodzi do mnie z całą mocą, że tego czasu nie mam wcale aż tak wiele, żeby marnować go na mówienie o tym samym, co wszyscy. Bo przecież i beze mnie ktoś dojdzie do podobnych wniosków. Czy nie byłoby zatem lepiej mówić o tym, co jest pomijane milczeniem? Co jest bezustannie zamiatane pod dywan, co obejmuje tabu?

Kiedy to znajdę, dam znać. I może nawet napiszę kiedyś jeszcze coś z sensem.

Tymczasem jest jesień, a ja tęsknię i potrafię tę tęsknotę nazwać imieniem i nazwiskiem. To w zasadzie nowe dla mnie uczucie.

zobacz, ulicami płyną tramwaje setki dziewczyn w dopasowanych botkach i trenczach
mury starych kamienic ciągle jeszcze ciepłe

Pytają mnie, dokąd zmierzam i radzą, jak budować swoją markę osobistą. A ja, chociaż włosy farbuję świadomie i nawet urządzam czasami z tej okazji zakłady, nie wiem, kim chcę być, kiedy dorosnę. Czasami nie wiem mniej, czasami bardziej, wciąż jednak zostawiam sobie ten pas ziemi nieznanej, której nie chcę zaplanować, a odkryć niespodziewanie któregoś dnia. To prosta filozofia: sięgam po wszystko, na co mam ochotę, a kiedy przestaje mi to sprawiać przyjemność, wybieram coś innego. W dalszym ciągu nie noszę na sobie obowiązków, których nie byłabym w stanie porzucić pod wpływem impulsu.

Wiesz, nikt nie zrobi tego za Ciebie. Nie podejmie ważnych decyzji, nie zmieni świata, który Cię otacza. Nie złapie w siatkę, kiedy będziesz spadać, nie posprząta po Tobie, nie zapłaci, nie będzie Cię utrzymywał, nie zmiecie wszystkich cierni z Twojej drogi, nie rozwiąże Twoich problemów, nie uratuje Cię i nie przeżyje tego czasu za Ciebie. A jeśli to zrobi – masz pełne prawo, żeby go znienawidzić. Tak samo jak mógłbyś znienawidzić kogoś, kto pozbawi Cię rąk, nóg, zdolności mowy, wzroku i słuchu, wszystkiego naraz. Kto Cię okaleczy. Tyle tylko, że bez kończyn możesz wciąż myśleć samodzielnie.

Mówią, że mam w sobie dużo siły. Wielu wie, że obudowuję nią ogromną wrażliwość: przecież nie mam nic do ukrycia, nieważne czy to swój, czy wróg – bo przecież my, osły, nosimy swoje lęki jako odzież wierzchnią, nawet jeśli osły nie noszą odzieży. I chociaż czasami boję się tak bardzo, że najchętniej schowałabym się w czyichś ramionach, przyparta do muru rzucam się do gardła. Lubię wiedzieć to o sobie samej. Nigdy nie płaczę. Staram się pamiętać o tym, że przecież wymagam od innych tak wiele – od siebie wymagać muszę więc jeszcze więcej. Nie żądam tego, czego sama nie jestem w stanie dać w zamian: ostatecznie nie jestem już dzieckiem.

Ta świadomość ma słodko-gorzki posmak. Kiedy dorastam, za każdym razem trochę umieram.

 

Pomiędzy
Myśli rozsypane o miłości i zniewoleniu