Internet nie leczy: różnica między przeziębieniem a dżumą
Człowieka trzeba pokonać

Niedawno obejrzałam film. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, jakie uruchomił wspomnienia. „Zjazd absolwentów” Anny Odell to nieprzyjemna i niewygodna wycieczka w przeszłość, przypominająca o tym, że słowa mają swoje konsekwencje, a te bezmyślnie rzucone i zapomniane przez nadawcę komunikatu mogą jego odbiorcy towarzyszyć bezustannie przez lata.

Zjawisko przemocy werbalnej w szkołach i znęcania się jednych uczniów nad innymi to nic nowego. Ba, chyba nikogo nie zaskakuje fakt, że takie rzeczy mają miejsce. Jedyne, co wciąż nas przeraża, to skala przemocy, eskalacja agresji i rosnąca świadomość dzieci, które dokładnie wiedzą, jakie słowa przeobrazić w broń. Chociaż same w sobie poważne, prześladowania te są jedynie częściowo dotyczą tematu, któremu poświęcam ostatnio wiele – zbyt wiele – uwagi.

Małgosia i inni

W tym miejscu powinnam pewnie przywołać własne wspomnienia z dzieciństwa, w których padam ofiarą werbalnej przemocy. Nic z tego. Stojąc zawsze po stronie grupy trzymającej władzę w szkolnej hierarchii, kilkakrotnie znajdując się bardzo blisko tronu lub wręcz na nim, mam na sumieniu wystarczająco, żeby dziś się tego wstydzić. Lata 90., przez wielu wspominane z rozczuleniem, nie były czasem politycznej poprawności – być może dlatego, że Polska miała inne rzeczy na głowie i odzyskiwanie formy po latach reżimu było ważniejsze, niż odbudowanie wartości ducha. Nikt nie przejmował się przesadnie tym, jak zwracają się do siebie dzieci biegające po podwórku, dopóki któreś z nich nie argumentowało za pomocą pięści i kija. A i wtedy zdarzało się podchodzić do tego pobłażliwie, ostatecznie dzieci były tylko dziećmi. I tak dalej.

Mało kto słuchał wtedy, jak do siebie mówiliśmy. Jak mówiliśmy do tych, którzy w grupie rówieśniczej wyciągnęli krótszą słomkę i z jakiegoś powodu byli wykluczani. Czasami i bez powodu.

Małgosia była biedna, jej rodzice dużo pili i zawsze miała brudne, brzydkie ubrania. Na każdej przerwie ktoś stukał ją w ramię, żeby uskoczyć z wrzaskiem inicjującym kolejną rundę niekończącej się zabawy. „Gośka ma syfa!” otwierało kolejne 20 minut gry, którą nauczyciele nasi i rodzice postrzegali jako element beztroskiego dzieciństwa. Zresztą, nawet gdyby ktoś miał zastrzeżenia: rodzice Małgosi mieli inne sprawy na głowie niż to, żeby wziąć ją w obronę.

Pamiętam, że w mojej dzielnicy mieszkał wówczas jeden Murzyn. Mówiło się o nim po prostu „ten Murzyn”, chociaż mgliście kojarzę, że okoliczni mężczyźni, kiedy popili mało wiele podczas oglądania meczu, podawali sobie historie z „tą małpą” w roli głównej. Babcie mówiły moim koleżankom, że mają na czarnego uważać, bo ten może je porwać i pożreć, a rubaszne żarty ojców jeszcze długo wybrzmiewały w głowach echem.

Nikt wówczas nie myślał o rasizmie.

Pamiętam, że kiedy ktoś chciał kogoś obrazić, nazywał go żydem (bo skąpy), cyganem (bo brudny albo złodziej), lesbą (bo brzydka) i pedałem (bo miał zawsze wyprasowany t-shirt). I nie to nawet, że miało się złe intencje, po prostu słowa te same wychodziły z ust, kiedy mózg potrzebował amunicji, niemalże odruchowo.

1

Mamy dla was kamienie

Wychowałam się w kulturowej enklawie, w tych magicznych latach 90., kiedy nie było w Polsce obcych, homoseksualistów i innowierców, feministek, koncepcji gender oraz odmiennych obyczajów, kiedy homogeniczny naród polski jak jeden mąż reprezentował wspólne wartości i wolny był od tego, co dzisiaj określa się mianem „nienaturalności” lub wręcz „zboczenia”. Tyle że wcale nie – po prostu w zamiataniu pod dywan byliśmy wówczas nieco lepsi i dawaliśmy sobie na to większe przyzwolenie. Nie myśleliśmy wówczas o tym jako o nienawiści. Nie mówiliśmy o mowie nienawiści.

Teoretycznie karalna, mowa nienawiści sprowadzana jest wciąż przez wielu Polaków do „swobodnego wyrażania opinii”. Bo przecież każdy ma prawo do opinii. Nie ma nakazu, aby wszystkich lubić. W ramach tej swobody, w praktyce dopuszczanej przez państwo, mieszczą się zarówno dwumetrowe napisy JUDE RAUS, używanie wyrazów oznaczających przedstawicieli mniejszości w charakterze obelg oraz po prostu nazywanie rzeczy po imieniu, czyli poniżanie starających się obecnie o możliwość osiedlenia uchodźców vel imigrantów vel tysiące innych określeń, których nie jestem stanie powtórzyć bez zażenowania.

Od pewnego czasu w głowie kłębią mi się myśli: zastanawiam się, czemu pozwalano nam od dziecka na pogardę dla drugiego człowieka i skąd wzięło się przekonanie, że ten, kto nie śmieje się z rasistowskich dowcipów, pozbawiony jest dystansu i poczucia humoru. Zastanawiam się, jak do tego doszło, że „obcy” zrównał się z „gorszym”, a „inny” stał się kozłem ofiarnym. Przeraża mnie, że daliśmy sobie prawo do oznaczania i piętnowania, do wyszukiwania w grupach tych, którzy w jakikolwiek sposób się odróżniają i brania ich na celownik. Bezustannie myślę o tym, dlaczego zachowania te nie powodują społecznego ostracyzmu, a wręcz przeciwnie, oklaski.

Brudas. Parch. Lesba. Ciota. Kozojebca. Szmatogłowy. Cwel.

3

Południowe ścierwo

Łatwo byłoby powiedzieć, że mowa nienawiści, rasizm, ksenofobia, homofobia i inne formy nietolerancji są przywarą jedynie polską, a Zachód, ten nowy, lepszy świat (jak lubimy o nim myśleć) wolny jest od podziałów i niskich instynktów. Było dobrze, móc tak powiedzieć.

Mój chłopak, Paulo, jest z pochodzenia Portugalczykiem. Urodzony i wychowany w Luksemburgu, pochodzi z pierwszego pokolenia dzieci imigrantów, którzy na początku II połowy XX wieku zaczęli wyjeżdżać z krajów Południa za lepszą pracą: Portugalczycy i Włosi osiedlili się licznie w tym małym, bogatym kraju i zajęli się tym, czym rodowici mieszkańcy zajmować się nie chcieli: pracą fizyczną.

Byli gorsi, to nie ulegało wątpliwości. Z biedniejszych krajów, mieszkający w gorszych dzielnicach, z klasy robotniczej. Nie mieli dostępu do najlepszych szkół w mieście, a ich ambicje były najczęściej temperowane przez nauczycieli. „Nigdy nie pójdziesz na studia, ty południowe ścierwo” usłyszał w szkole średniej Paulo od wychowawcy i wiedział, że to nie tylko groźba, ale przepowiednia. Chociaż ostatecznie udało mu się złamać klątwę, czas szkoły uświadomił mu dobitnie, że jest człowiekiem drugiej kategorii. Podczłowiekiem. Lata prześladowań i przemocy, zarówno fizycznej jak i werbalnej, sprawiły, że dziś czuje się pozbawiony ojczyzny: odrzucony w obydwu i jednocześnie związany z obydwoma, zawsze i wszędzie obcy, inny, nie do końca dopasowany. Chociaż obecnie różnice te zatarły się, a sam Luksemburg zdaje się pogodzony z tym, co sam uważa za społeczeństwo wielorasowe, za późno na pełną adaptację.

Wszystko dlatego, że Paulo nie był wystarczająco biały. Za mało aryjski. O południowych rysach i temperamencie, z ojcem-budowlańcem. Gorsza klasa. Imigranci. Podległa rasa. Brudne świnie.

Czy pomyślelibyście kiedykolwiek, że na przełomie wieków rozwinięte społeczeństwa europejskie, na które patrzymy z zazdrością i podziwem, wierzą wciąż, że Słowianie i Germanie to przedstawiciele nie tylko różnych grup etnicznych, ale ras, między którymi różnicę należy podkreślać?

Czy wiedzieliście o tym, że dalekie echa faszyzmu i nazizmu przetrwały w Europie i mają się dobrze, drzemiąc w sercach ustrojów państw najwyżej rozwiniętych?

collage

Wolność (od) słowa

Sytuacja, z jaką obecnie mierzymy się jako obywatele Polski, jest próbą charakteru i przymusową konfrontacją z własną słabością. Ten tekst, poświęcony mowie nienawiści, nie ma być polityczną agitacją: to nie miejsce na to, żeby przekonywać Was o konieczności przyjmowania do siebie lub nieprzyjmowania tych, którzy proszą lub domagają się pomocy. Jest to jednak miejsce i czas, żeby mówić o tym, jak prowadzić tę dyskusję.

Jestem przerażona i czuję jednocześnie obrzydzenie. Koniec końców, nawet nie do tych, którzy w furii sięgają po groźby, obelgi i słowa niszczące wiarę w człowieka, ale do samego zjawiska. Rozumiem strach, obawy, rozumiem wątpliwości, rozumiem poczucie zagrożenia płynące z przykładania przesadnej wagi do sensacyjnych nagłówków gazet. Rozumiem bezmyślność. Nie rozumiem nienawiści.

Patrzę za siebie i widzę szkody, które wyrządziłam z powodu własnej głupoty. To, co dzisiaj wciąż jeszcze nazywa się szczeniackimi wygłupami, odczuwam w pełni jako język nienawiści: bo chociaż nie miałam dokładnie tego na myśli, to jednak chciałam zranić, upokorzyć, podkreślić inność. Po latach mam świadomość tego, że słowa mogą okaleczać na całe życie i separować. Nie chcę brać udziału w tym, co narasta dookoła mnie: nie mogłabym manifestować ramię w ramię z ludźmi, którzy zapominając o nie aż tak odleglej historii, chcą sięgać po gaz i nawołują do ludobójstwa. Chociaż nazywają mnie przez to lewakiem, w tej sytuacji przyjmuję to z dumą. Chociaż mam przecież własne lęki i obawy, z niepokojem porównując dane, wypowiedzi, zbierając informację, nie chcę pozwalać sobie na moralne rozleniwienie: w moim systemie etycznym nie ma miejsca na hierarchię opartą na przynależności do grupy z tytułu orientacji, pochodzenia, wyznania czy klasy społecznej.

Nie chcę żyć w strachu. Nie potrafię tkwić w niezrozumieniu i nie rozumieć. Dlatego chcę wierzyć, że będę kimś, kto wyciągnie rękę i, jak dotąd, nie będzie zauważać odmiennego koloru skóry, obcego akcentu czy innego języka, dziwnych dla mnie zwyczajów i wyznań. Jeśli będę mieć dzieci – chcę, żeby były lepsze ode mnie, żeby wstyd było im wyśmiać czyjąś inność. Chcę, żeby były wolne od nienawiści. I żeby od nienawiści i pogardy był wolny także ich język. Język, który przecież tak mocno kształtuje świadomość.

 
Wpis jest wynikiem współpracy z Fundacją im. Stefana Batorego. Do akcji możesz dołączyć tutaj

#StopMowieNienawisci

 

Internet nie leczy: różnica między przeziębieniem a dżumą
Człowieka trzeba pokonać