Myśli rozsypane z królestwa absurdu: znowu mam gorączkę
Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu

Czytam, odkąd sięgam pamięcią. Fajnie brzmi, nie? W rzeczywistości było inaczej: moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa kończy za kilka dni 25 lat: miałam nieco tylko ponad 3 lata, kiedy urodziła się moja siostra. Pamiętam, że wchodziłam po szerokich schodach szpitala w niebieskiej sukience, w jednej ręce dzierżyłam foliową siatkę z bułkami, w drugiej – dłoń mojego ojca.

Zaczęłam uczyć się czytać mniej więcej rok później: za elementarz posłużyła „Wyborcza”. Być może moje losy potoczyłyby się inaczej, gdyby ktoś wpadł na pomysł zastąpienia jej Pismem Świętym? Obecności tego ostatniego jednak nie przypominam sobie w domu rodzinnym: oto, jak pokrętnymi ścieżkami chadza przeznaczenie. W wieku lat 5 czytałam płynnie, co wydawać by się mogło spełnieniem marzeń każdego rodzica: oto bowiem dziecko nie potrzebuje już towarzystwa do zabawy i nie zawraca dupy całemu światu przez 20 godzin na dobę. Rzeczywistość jednak jak zawsze dogoniła satyrę: nauczyłam się czytać, nie opanowałam jednak sztuki czynienia tego w myślach. A że głos miałam zawsze jak dzwon, po domu niosły się opowieści o księżniczkach, zwierzątkach i wróżkach, odcyfrowywane przeze mnie z wielkim zapałem przez znaczną część dnia, aż do późnych godzin wieczornych.

Pamiętam, że te schody do szpitala wcale nie wydawały mi się już takie duże, kiedy wróciłam w to miejsce po kilkunastu latach celem porównania. Pamiętam też, że – bezustannie spragniona dźwięku własnego głosu – w latach szczenięcych sama sobie opowiadałam bajki i rozmawiałam nocami ze sobą, kiedy udało mi się wykończyć już wszystkich członków rodziny.

I nie to, że poświęcano mi mało uwagi. Wręcz przeciwnie. Czego jak czego, ale uwagi ze strony najbliższego (a później i dalszego) otoczenia nigdy mi nie brakowało. Mimo to nierzadko zdarzało mi się przedkładać zacisze własnego pokoju i stos książek nad towarzystwo rówieśników, zwłaszcza zimą, kiedy białe ścierwo spowijało okolicę i język przymarzał mi do metalowego guzika kurtki (wiadomo). Chociaż więc przepadałam za badmintonem i meczami siatkówki rozgrywanymi na ulicy, na której za siatkę robiła linia narysowana krzywo wprost na jezdni, to i wiele letnich dni spędziłam w chłodnym, przestronnym pokoju, którego okna wychodziły na północ i w którym nigdy nie było dostatecznie jasno.

 

collage

1. Zbigniew Nienacki – „Pan Samochodzik”

Książki o sympatycznym historyku w zabawnym pojeździe rozbudziły we mnie w dzieciństwie zamiłowanie do historii. Szkoła przez wiele, wiele lat walczyła z tą fascynacją, próbując zabić we mnie niezdrowe zainteresowanie: jak zawsze to bywa w przypadku szkoły, starania owe zostały uwieńczone sukcesem. Za historią współczesną obecnie mocno nie przepadam – ludzie, którzy naprawdę mnie interesują, pozostają martwi od ok. 2,5 tysiąca lat. Mimo to kusi mnie czasami, aby wrócić do tego cyklu i odświeżyć sobie całość – czeka na mnie już na czytniku, wypatrując dogodnej okazji. Z jednej strony cieszę się na to spotkanie po latach, z drugiej – trochę obawiam się rozczarowania.

Dla współczesnego czytelnika cykl przygód Pana Samochodzika to historyczna ciekawostka sama w sobie: z perspektywy czasu trudno się oprzeć wrażeniu, że te książki pełniły trochę rolę taką jak „Czterej pancerni i pies”, przekonując usilnie odbiorcę, że te Ruskie wcale takie złe nie były i że do PRLu też się dało przyzwyczaić. Ostatecznie Pan Tomasz się przystosował – był dobrym obywatelem i dobrym ORMOwcem (z MO żył za pan brat), stanowiąc w pewnym sensie odbicie prokomunistycznych fascynacji autora, Nienackiego-Nowickiego, który kult jednostki potępiał całym sercem i legitymacji partyjnej nigdy się nie wstydził.

Jeśli jednak oceniać cykl powieści w oderwaniu od politycznego uwiązania, postać Pana Tomasza, historyka – detektywa, ma szansę chwycić za serce każdego humanistę spragnionego przygody: ostatecznie trudno podać przykład zagadek bardziej znaczących niż wielkie tajemnice historii, ukryte skarby, wielkie oszustwa, zuchwałe kradzieże, sekretne grobowce i komnaty, zaginione dokumenty, które nawet po upływie setek lat mogłyby zatrząść znanym nam światem w posadach. Życie Pana Samochodzika to w pewnym sensie mokry sen niejednego mola książkowego: chociaż nie był pierwszym w swojej kategorii, wyprzedził o niemal dwie dekady Indianę Jonesa i przekonywał, że za wielką przygodą nie trzeba wcale wyjeżdżać daleko.

Chociaż Nienacki próbował zyskać szerszy rozgłos jako poważny pisarz, jego książki skierowane do dorosłego czytelnika nigdy nie zdobyły uznania: wypomina mu się za to miękką propagandę, nie do końca przykładne życie i wybory, które postawiły go w opozycji do walczącego z reżimem podziemia – jak na przykład walkę z bronią w ręku przeciwko „wrogom systemu” w latach 40. Pod tym względem lektura jego książek mogła być przed laty o tyle niebezpieczna, że faktycznie miała moc kształtowania młodych umysłów. Dzisiaj jednak, kiedy PRL dla młodego pokolenia jest tylko reliktem, o którym naucza się na lekcajach historii w jednoznaczny sposób, ryzyko to w zasadzie nie istnieje: poglądy Pana Tomasza to nie tyle wykładnia komunistycznych ideałów, co deklaracja pełnej zgody poddańczości wobec panującej rzeczywistości, przekonanie o tym, że świat zastany jest światem funkcjonującym prawidłowo.

Cóż – gdyby komuna naprawdę wyglądała tak, jak w przygodach Pana Samochodzika, być może nie walczyłoby się z nią aż tak zawzięcie.

Książki o Panu Samochodziku możesz kupić tutaj (niektóre wydane pod innymi tytułami):

Uroczysko / Pan Samochodzik i święty relikwiarz
Skarb Atanaryka
Pozwolenie na wywóz lwa / Pierwsza przygoda Pana Samochodzika
Wyspa złoczyńców (twarda oprawa)
Pan Samochodzik i Templariusze (twarda oprawa)
Księga strachów (twarda oprawa) (audiobook)
Niesamowity dwór (twarda oprawa)
Nowe przygody Pana Samochodzika / Pan Samochodzik i kapitan Nemo (twarda oprawa)
Pan Samochodzik i Fantomas (twarda oprawa)
Pan Samochodzik i zagadki Fromborka (twarda oprawa)
Pan Samochodzik i tajemnica tajemnic (twarda oprawa)
Pan Samochodzik i Winnetou (twarda oprawa)
Pan Samochodzik i Niewidzialni (twarda oprawa)
Pan Samochodzik i złota rękawica (twarda oprawa)
Pan Samochodzik i człowiek z UFO / Pan Samochodzik i nieśmiertelny (twarda oprawa)

 

1

2. Alfred Szklarski – cykl o przygodach Tomka Wilmowskiego

Podobnie jak w przypadku Pana Samochodzika, przygody Tomka skierowały moją wyobraźnię w konkretnym kierunku: chociaż fragmenty dotyczące historii Polski czytałam tylko za pierwszym razem i podczas ponownej lektury konsekwentnie omijałam, to z tych książek dowiedziałam się mnóstwa rzeczy o geografii świata, zamieszkujących go ludach, kulturach dawnych i współczesnych, a także o faunie i florze całego globu. I ponownie: trafiłam w życiu na wybitnych pedagogów, którzy wytłukli we mnie zainteresowanie geografią do tego stopnia, że do dzisiaj nie mam pewności, co jest stolicą Słowenii, nie jestem w stanie pokazać na mapie Polski Łodzi czy Poznania, a kiedy przyjaciel zadzwonił do mnie z Libii, zapytałam go, którą ma tam godzinę, bo byłam przekonana, że Libia znajduje się mniej więcej tam, gdzie tak naprawdę leży Azerbejdżan.

Poważnie.

Nie jestem z tego przesadnie dumna, wychodzę po prostu z założenia, że bycie ograniczonym w pewnej dziedzinie wyjdzie wcześniej czy później na jaw, więc lepiej się z tym przesadnie nie kryć. Z drugiej jednak strony „Tomki”, budząc moje zainteresowanie antropologią, prawdopodobnie spowodowały, że skończyłam na religioznawstwie, czyli na jednym z kierunków z cyklu „cotypotymbędzieszrobić”. Jako że los była przewrotny, okazało się, że – tak jak zakładałam – mogę po tym robić, co chcę, zaczęłam więc robić internety i wylądowałam w agencji reklamowej, pykając w fejsbuka za całkiem przyzwoite pieniądze. Dodam, że wcale tych studiów nie skończyłam, a do tego przez całe życie nikt nie zapytał mnie na poważnie, gdzie leży Albania – z matematyki natomiast korzystałam i korzystam wciąż dość regularnie, co powinno dać Wam do myślenia w kwestii tego, jaką wiedzę lepiej nabyć w szkole średniej. Ale do puenty.

Czytałam te książki w czasach, kiedy jeszcze wielu rodziców twierdziło, że przygody są dla chłopców, a dziewczynkom powinno się podsuwać zawczasu plastikowe garnki i miniaturowe mopy, żeby sie wprawiały w tym, do czego są stworzone. Może trochę przesadzam, ale wiecie, o co mi chodzi. Na szczęście pochodzę z rodziny, w której książki traktowało się bez specjalnego nabożeństwa, za to mocno użytkowo: to z domu wyniosłam nawyk czytania w wannie, w toalecie, przy jedzeniu, w łóżku, przy latarce i w samochodzie (być może właśnie dlatego nie mam prawa jazdy!), a sam cykl Szklarskiego znajdował się na liście pozycji, które matka moja rodzona buchnęła swojemu bratu podczas wyprowadzki. Trudno powiedzieć, czy z sympatii do bohatera, czy też z prostej siostrzanej złośliwości. To jest, miłości. Owe zdobyczne książki wypominali sobie zresztą niejednokrotnie; korzystałam tymczasem ja. Podsumowując, czytanie było w moim rodzinnym domu mocno promowane i premiowane – jako takie, stanowiło na przykład wymówkę przed sprzątaniem, a „tylko skończę rozdział” było w stanie opóźnić o parę minut nawet rodzinny obiad. Byłabym głupia, gdybym z tego nie korzystała.

Historia Tomka Wilmowskiego, wychowanego przez wujostwo nastolatka, była dla całych pokoleń dzieciaków wychowanych w PRLu trochę tym, czym „Harry Potter” stał się dla mojej generacji – oknem na świat, który wydawał się spełnieniem wszystkich marzeń o przekraczaniu granic, o wielkiej przygodzie. Oddzieleni od cywilizacji żelazną kurtyną Polacy nie mieli możliwości podróżować swobodnie i przemieszczać się pomiędzy krajami, ale życie Tomka, jego ojca Andrzeja, bosmana Nowickiego oraz Jana Smugi także i dzisiaj pociąga kontaktem z miejscami niedostępnymi zwykłemu turyście, a nawet zahartowanemu podróżnikowi: młody Wilmowski pali bowiem fajkę pokoju z Apaczami, staje w szranki w wyścigu koni na swoim własnym mustangu, szuka w dżungli okapi i spotyka łowców głów. Tego nie zobaczycie na blogach podróżniczych.

Jako łowca fauny pozostający na usługach ogrodów zoologicznych, Tomek trafiłby pewnie dzisiaj na czarną listę wielu wegetarian i wegan, ale jego wyidealizowane podejście do zwierząt oraz ludzi wszelkich ras i kultur skrojone jest jakby na miarę współczesnego czytelnika. Oto mamy książkę napisaną ponad 50 lat temu, z akcją osadzoną ponad 100 lat temu, której główni bohaterowie jak jeden mąż głoszą deklarację szacunku dla wszystkiego, co żyje, proklamują nie tyle fałszywą, przepełnioną poczuciem wyższości tolerancję, co potrzebę zgodnego współżycia ze światem. Jako ludzie pozbawieni ojczyzny, ścigani przez carat za działalność wywrotową, rozumieją dobrze konsekwencje przemocy, agresywnej ekspansji, czują więź ze spychanymi na margines i represjonowanymi przez białych najeźdżców rdzennymi mieszkańcami Ameryk czy Australii. Może to właśnie dlatego z takim sentymentem wspominam tę serię: tchnie ona patriotyzmem nieskażonym fanatycznym myśleniem, bez politykowania odnosi się do istotnych wartości i nie waloryzuje postaw w niemoralny sposób. Nie nazywa większym patriotą tego, kto gotów jest zabić lub znieważyć wiekszą grupę ludzi.

Kiedy słucham współczesnych polskich polityków, mam wrażenie, że jestem w stanie określić, którzy z nich czytali o przygodach Tomka, a których bito w dzieciństwie po głowie wypocinami Romana Dmowskiego.

Książki o przygodach Tomka możesz kupić tutaj:

Tomek w Tarapatach – twarda okładka
Tomek w Krainie Kangurów (twarda oprawa) (audiobook)
Tomek na Czarnym Lądzie (twarda oprawa)
Tomek na wojennej ścieżce (twarda oprawa)
Tomek na tropach Yeti (twarda oprawa)
Tajemnicza wyprawa Tomka (twarda oprawa)
Tomek wśród łowców głów (twarda oprawa)
Tomek u źródeł Amazonki (twarda oprawa)
Tomek w Gran Chaco (twarda oprawa)
Tomek w grobowcach faraonów (twarda oprawa)

 
1 2

3. Lucy Maud Montgomery – „Ania z Zielonego Wzgórza”

Niby dżender, niby nie powinno się dzielić na to, co dla dziewczynek i to, co dla chłopców, ale jak żyję 28 lat, tak nie spotkałam żadnego mężczyzny wspominającego pierwszą część tego cyklu (bo ta była za moich czasów lekturą obowiązkową w podstawówce) z sentymentem. Inna sprawa, że znam za to wiele kobiet, które Ani nie znosiły jak zarazy i zarzucają jej spowodowanie traumy na całe życie.

Osobiście wspominam tę serię bardzo ciepło – chociaż jest tak bardzo stereotypowo dziewczyńska, jak tylko się da, to nie obudziła we mnie delikatnego motyla, za co chwała. Tym, co jednak odróżniało i wciąż odróżnia bohaterkę od wielu innych pojawiających się w powieściach dla młodych dziewcząt, był prosty fakt: Ania Shirley nie była kretynką. Miewała problemy typowej nastolatki, a później – stereotypowej kobiety, odczuwała, jak każdy, zazdrość, bywała małostkowa, złośliwa, traciła nad sobą kontrolę, przytrafiała jej się próżność, ale przez cały cykl pozostała po prostu fajną dziewczyną, a później wartościową kobietą. Co prawda lekko nawiedzoną, ale mądrą, ciepłą, wspierającą i lojalną.

Chociaż życie Ani niekoniecznie jest spełnieniem marzeń każdej dziewczyny, to jednak nie warto upierać się, że promuje złe wzorce: współczesna Ania Blythe byłaby wykształconą, inteligentną i wrażliwą kobietą z oddanym partnerem przy boku i gromadką udanych dzieci. Prawdopodobnie prowadziłaby własnego bloga.

Dzięki programowi 500+ nie musiałaby martwić się o pieniądze.

Książki o Ani możesz kupić tutaj:

Ania z Zielonego Wzgórza (audiobook
Ania z Avonlea (audiobook)
Ania na uniwerytecie 
Ania z Szumiących Topoli 
Wymarzony dom Ani 
Ania ze Złotego Brzegu 
Dolina Tęczy 
Rilla ze Złotego Brzegu 
Opowieści z Avonlea
Pożegnanie z Avonlea 
Ania z Wyspy Księcia Edwarda

 
collage

4. Małgorzata Musierowicz – „Jeżycjada”

Przyznaję bez bicia – odpadłam  od tej serii przy „Kalamburce” i dalej już czytać nie mam ochoty: Ignacy Borejko, senior rodu, już na kilka tomów wcześniej rozpoczął swoją transformację z charyzmatycznego mędrca w nieznośnego, protekcjonalnego zarozumialca, który stopniowo odrywa się coraz bardziej od rzeczywistości. Z tego co wiem, później było już tylko gorzej.

Wolałam przerwać w dobrym momencie, niż zrazić się do serii, którą jako dziecko i nastolatka bardzo lubiłam: pozostało mi dużo ciepłych wspomnień o rodzinie Borejków. Pamiętam, że wraz upływem czasu moje ulubione tytuły zmieniały się – długo nie mogłam przekonać się do „Opium w rosole” i „Dziecka piątku”, smutniejszych i poważniejszych niż pozostałe tomy, ale to właśnie one przykuły moją uwagę parę lat później. Nie byłam fanką Elki – Noelki, ale dziś to chyba tę opowieść pamiętam najdokładniej, może przez powiązanie (przez Tomcia Kowalika) z moją ukochaną „Kłamczuchą”, bodajże pierwszą książką Musierowicz, jaką wzięłam do ręki. Chociaż nie polubiłam nigdy Beaty Bitner, to popiersie Bartóka stawiane na fortepianie przez jej matkę, Józefinę, zostało ze mną aż do dziś. I chyba tylko do Robrojka i jego córki nigdy nie zapałałam sympatią. I może jeszcze nigdy nie minęła mi chęć trzymania Laury „Tygrys” Pyziak o chlebie i wodzie w ciemnej piwnicy – tam, gdzie było miejsce tego małego, przewrotnego potwora.

Gdybym dzisiaj miała sięgnąć po jedną z  tych książek, wybrałabym pewnie właśnie „Kalamburkę” – chyba z powodu tego, jak odmienna jest, także w formie, od pozostałych powieści z cyklu. Fabuła skupiona ten jeden, jedyny raz wokół wiecznej bohaterki drugiego planu, Mili, wyjaśnia, dlaczego pewne rzeczy potoczyły się tak, a nie inaczej, odsłania mechanizmy rządzące całą rodziną. Nareszcie staje się jasne, że Borejkowie byli tym, kim byli, nie dzięki Ignacemu, jego cytatom, mądrym książkom i patetycznym przemowom, ale właśnie dzięki matce, żonie, babci i prababci, która była najbardziej wyjątkową kobietą ze wszystkich opisanych w „Jeżycjadzie”.

Być może Mila przypomina mi po prostu moją własną babcię. Być może to właśnie o to chodzi.

Książki Małgorzaty Musierowicz możesz kupić tutaj:

Małomówny i rodzina
Szósta klepka
Kłamczucha
Kwiat kalafiora
Ida sierpniowa
Opium w rosole
Brulion Bebe B.
Noelka
Pulpecja
Dziecko piątku
Nutria i Nerwus
Córka Robrojka
Imieniny 
Tygrys i Róża
Kalamburka
Język Trolli
Żaba
Czarna polewka
McDusia
Sprężyna
Wnuczka do orzechów
Feblik

 
5

5. Oficyna Wydawnicza RYTM – seria Klasyka

Zaczęło się od Bastablów, czy też Bastable’ów, jeśli chcielibyśmy być poprawni językowo. Przygody niepokornego rodzeństwa pracującego wytrwale nad odzyskaniem rodzinnej fortuny nie zrewolucjonizowały mojego życia, ale wytrwale bawiły i mile zapisały się w pamięci. Podobnie było z większością książek z tej serii – wzruszające „Mój Kary” i „Lassie wraca do domu” o lojalnych, kochających swoich właścicieli zwierzętach i świecie, który dla czworonogów często nie ma litości, doprowadziły mnie jeśli nie do łez, to przynajmniej do wzruszenia, podobnie jak „Mała książniczka” i „Siedmioro Australijczyków”. Śmiałam się sporo, czytając „Patty” i „Tajemniczego opiekuna”, śledząc perypetie uczennic i studentek sprawiających problemy swoim wychowawcom i nauczycielom.

I z całego serca nienawidziłam tej rozlazłej, rzygającej tęczą Pollyanny, która opanowała do perfekcji sztukę wyparcia i nosiła na móżgu różowe okulary filtrujące fakty. Matko. Cud, że ta dziewczyna naprawdę dorosła i że rzeczywistość jej nie zabiła. Myślicie, że z wiekiem stała się mniej irytująca? Otóż wręcz przeciwnie.

Tytuły z tej serii (w tym w innych wydaniach) możesz kupić tutaj:

Poszukiwacze skarbu
Złota Księga Bastablów 
Przygody młodych Bastablów 
Tajemniczy opiekun 
Patty 
Mój Kary 
Mała księżniczka 
Lassie wraca do domu 
Siedmioro Australijczyków 
Pollyanna 
Pollyanna dorasta 

 
1

2

3

6. Polscy pisarze, których prawdopodobnie pamiętasz

Szukałam tych książek online i zrobiło mi się trochę smutno: praktycznie nie da się ich kupić poza allegro, gdzie czasami można jeszcze upolować jakieś zabłakane egzemplarze archiwalne. Jestem w stanie zrozumieć nawet, że Ożogowska przepadła gdzieś bez wieści, podobnie Niziurski – ale jak to się stało, że niepodobna nabyć nowe wydanie „Awantury o Basię”, „Szatana z siódmej klasy”, czy „Panny z mokrą głową”? Czy naprawdę kolejne pokolenie dzieciaków wychowuje się już bez tych historii, nigdy nie słysząc o bohaterach kultowych książek swoich rodziców?

Przykre to trochę: ostatecznie „Za minutę pierwsza miłość” i „Głowa na tranzystorach” wciąż nieźle oddają problemy emocjonalne dzisiejszych gimnazjalistów, przynajmniej taką chciałabym mieć nadzieję. Czy „Szkolny lud, Okulla i ja” albo „Sposób na Alcybiadesa” już nie bawią? Czy te opowieści nie są już śmieszne? Czy dzisiejsze dzieciaki nie chciałyby przeżyć przygód takich jak w „Uwaga! Czarny parasol” czy „Tajemnicy zielonej pieczęci”?

Rozumiem, że nie każdy pamięta „Tydzień z godziną zero”, świetną skądinąd książkę o rodzeństwie planującym ucieczkę z domu pod nieobecność rodziców, która została wydana tylko jeden, jedyny raz. Ale szczerze żałuję, że rodzice wychowani na Makuszyńskim, Niziurskim, Marii Krüger czy Ożogowskiej nie zdołali zaszczepić zainteresowania tymi tytułami swoim dzieciom. I nie to, żebym doszukiwała się winy: po prostu zdałam sobie sprawę, że za 20 lat nikt o tych książkach nie będzie pamiętał. A przecież „Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek” to przezabawna historia i podobnie jak „Małgosia contra Małgosia” czy „Godzina pąsowej róży” mogłaby dzisiaj, w odświeżonej formie, powrócić do kin, bawić kolejne generacje – jeśli już nie w formie książkowej, to przynajmniej jako film. Nie chciałabym wyjść na malkontenta, ale czy tylko ja mam wrażenie, że atrakcyjna historia dla nastolatków musi dzisiaj zawierać wampiry, magię albo przynajmniej Piątą Aleję na Manhattanie?

I czy tylko mnie się wydaje, czy w Polsce w ogóle nie powstają filmy dla młodzieży i coraz trudniej o jakościową rodzimą prozę dla nastolatków?

Książki polskich pisarzy znajdziecie tutaj:

Tajemnica zielonej pieczęci
Za minutę pierwsza miłość
Głowa na tranzystorach
Szkolny lud, Okulla i ja
Awantura o Basię (audiobook)
Małgosia contra Małgosia
Sposób na Alcybiadesa
Tydzień z godziną zero
Godzina pąsowej róży
Uwaga! Czarny parasol
Szatan z siódmej klasy (audiobook)
Dziewczyna i chłopak, czyli heca na 14 fajerek
Szaleństwa panny Ewy
Panna z mokrą głową (audiobook)

 
4 collage

7. Trochę klasyki, a trochę nie

„Opowieści z Narnii” czytał i zna prawdopodobnie prawie każdy – jeśli nie, to serio, wstydźcie się, nie przyznawajcie i idźcie to nadrobić, bo to trochę tak, jakbyście nie wiedzieli, o czym jest „Władca pierścieni”: to znaczy, źe może nie jest to grzech, ale na pewno świadczy o brakach w dziedzinie światowej literatury. Podobnie jest zresztą z „Czarnoksiężnikiem ze Szmaragdowego Grodu” (czy też z Krainy Oz) – nie znając tej pozycji, nie jesteście po prostu w stanie wyłapać wielu aluzji w kulturze współczesnej, nawet jeśli Wam się wydaje, że o samej książce słyszeliście tyle, że wystarczy. Macie rację: wydaje Wam się.

W jakimś sensie niesposobna odczytać w całości kod kulturowy współczesności przy jednoczesnych brakach w edukacji literackiej na poziomie podstawowym: kultura popularna wypełniona jest odwołaniami do „Alicji w Krainie Czarów”, „Małego Księcia”, „Kubusia Puchatka” czy „Czarnoksiężnika” właśnie. Cytaty z tych kultowych książek funkcjonują już jako potoczne zwroty, doczekały się całych pokoleń żartów wyrosłych na bazie pojedynczych określeń i wypowiedzi bohaterów.

Nie inaczej jest z „Tajemniczym ogrodem” – jeśli miałabym stworzyć listę najważniejszych książek dla dzieci w historii współczesnej literatury, ta pozycja na pewno załapałaby się do zestawienia. Co więcej – zachęcam Wam do sięgnięcia po ten własnie tytuł teraz, po latach, najlepiej w oryginalnej wersji językowej. Literatura dla dzieci i młodzieży to świetne ćwiczenie języka na poziomie średniozaawansowanym, kiedy komunikujecie się już dość swobodnie, ale czasami przerasta Was bardzo wyuzdana składnia albo skomplikowane słownictwo i rozumiecie, że Orwell i Burgess to jeszcze nie ten level.

Jeśli – tak jak ja – lubicie Anię z Zielonego Wzgórza ALE, to dajcie szansę Marigold i Janie ze Wzgórza Latarni. Te sympatyczne bohaterki nie przypominają Ani Shirley pod prawie żadnym względem, a jednak łączy je wszystkie wrażliwość autorki i jej oryginalne postrzeganie rzeczywistości. Inne problemy, inne realia, inne dziewczyny, a mimo to coś sprawia, że każdą z nich polubić równie łatwo.

Waszej specjalnej uwadze polecam też dwie powieści Astrid Lindgren – te dwie, które złamały mi serce w dzieciństwie i które do dziś uważam za najbardziej dojrzałe i jednocześnie najsmutniejsze spośród jej propozycji dla młodych czytelników. Samotność, walka z własną słabością i realnym zagrożeniem ze strony świata, brak miłości, choroba i śmierć to tematy nieczęsto poruszane w literaturze dziecięcej, a już na pewno nie w sposób tak przejmujący. Jeśli nie płakaliście, czytając „Braci Lwie Serce”, to mówcie do ręki. Nie gadam z Wami.

Zagraniczną klasykę i prawie-klasykę znajdziecie tutaj:

Tajemniczy ogród 
Czary Marigold 
Czarnoksiężnik ze Szmaragdowego Grodu + CD (audiobook
Jana ze Wzgórza Latarni 
Tajemnica Rajskiego Wzgórza 
Mio, mój Mio
O czym szumią wierzby (audiobook
Bracia Lwie Serce
Opowieści z Narnii 

 

collage

8. Fantastyka dla młodocianych

Na lata całe przed „Harrym Potterem” byłam wielką fanką jednorożców: Peter S. Beagle napisał bowiem dwie książki, które wpłynęło mocno na moją dziecięcą wyobraźnię i do których chętnie powracałam w wieku późniejszym. Niestety, dzisiaj niełatwo je kupić, co prowadzi do kolejnej smutnej konkluzji: jeśli coś jest stare, to niezależnie od tego, jak dobre było, może przepaść bez wieści. I to dlatego, że wbrew obiegowej opinii Harry Potter nie przyciągnął dzieci z powrotem do książek, a do tej jednej, konkretnej pozycji.

Jeśli lubicie jednorożce i magię, to lektura tych dwóch tytułów sprawi Wam frajdę także i dziś – zwłaszcza „Ostatni jednorożec”, który jest w moim przekonaniu niemalże klasyczną baśnią i nieodmiennie przypomina mi znacznie późniejszy „Gwiezdny pył” Neila Gaimana. Obydwie te książki stawiam prawie na równi pod względem jakości, przy czym wciąż uważam, że Beagle zrobił to nieco lepiej (mam w ogóle wrażenie, że „Gwiezdny pył” z Beagle’a czerpie dość bezczelnie, ale może to tylko złudzenie). Ta smutna, niejednoznaczna książka o poszukiwaniu i pogoni za marzeniem ma dziś taką samą moc, jak w dniu, kiedy została napisana.

„Fałdka czasu” zainteresuje z kolei tych, którzy nad smoki i księżniczki przedkładają podróże w czasie, Kosmosie oraz ogólnie science-fiction: czytając tę książkę w wieku szczenięcym nie zdawałam sobie jeszcze sprawy, że zahacza o naprawdę interesujący problem, a sposób podróżowania tam opisany to w zasadzie klasyka gatunku. W skrócie – chodzi po prostu o zaginanie czasoprzestrzeni na wzór składanego kawałka materiału i przeskakiwanie nad zagięciem. Jasne? Jasne. Tym, co uderza w przypadlu tej pozycji, jest jej mocno chrześcijański wydźwięk: po uniwersum pałętają się bowiem, z tego co pamiętam, anioły i sporo się tam mówi o siłach wyższych rządzących światem. Nie zrażajcie się jednak, jeśli planujecie swoje dziecię wychować na ateistę: żadna książka nie jest w stanie uczynić człowieka wierzącym. Jeśli natomiast wciąż nie jesteście pewni i nie chcecie ryzykować, poślijcie po prostu potomstwo do szkoły katolickiej. To właśnie stamtąd wychodzą najczęściej ludzie świadomie i głęboko niewierzący.

Młodzieżową fantastykę znajdziecie tutaj:

Ostatni jednorożec 
Sonata jednorożców
Fałdka czasu
6

9. Strrraszna historia

Pierwszą część, pamiętam, kupili mi rodzice na „taniej książce” nad morzem, to znaczy na takim stoisku z plandeką, na którym w tamtych czasach sprzedawało się Pratchetta po 5,70zł, bo taką cenę miał nabitą na okładce. Spędzaliśmy wakacje w Ustroniu Morskim, a dookoła zaskakiwała cudami typowa letnia polska pogoda, czyli napierdalało deszczem, zimnem i ogólnie złem. Jako że rodzice nastawiali się na upały i ogólnie trzymanie potomstwa na zewnątrz, domek kempingowy składający się z jednego dużego pokoju z łazienką i kącikiem do gotowania stał się nieco ciasny. Jedynym rozwiązaniem, które gwarantowało, że nikt nikogo nie zamorduje, było redukowanie liczby bezpośrednich interakcji: zaspokojenie moich potrzeb kontaktu ze słowem za pomocą stosu książek rozwiązało częściowo ten problem.

Już w gimnazjum zdałam sobie sprawę, że te książki mają od cholery merytorycznych błędow i czego jak czego, ale wiedzy to nie powinno się z nich wynosić. Były jednak zabawne, lekkie, przystępne i ilustrowane komicznymi rysunkami, które dzisiaj na pewno miałyby sporo lajków na fejsie. Popularność tej serii sprawiła, że powstały także części opisujące historię Polski, pisane przez rodzimych autorów – niestety już nie tak dowcipne, ale wciąż nienajgorsze.

Chociaż nie nauczyłam się ze „Strrrasznej historii” wiele, to czytanie tych książeczek miało podobny efekt jak lektura „Tomków” i przygód Pana Samochodzika: wszystkie one rozbudzały zainteresowanie tematem, zmuszały do weryfikowania faktów, do sięgnięcia po poważniejsze źródła. Nie mam wątpliwości, że to w dużej mierze wrednym Rzymianom i koszmarnym Celtom zawdzięczam późniejszy wybór studiów. A na zawsze już chyba zapamiętam historię o rycerzu, który umarł po zderzeniu z drzewem: „czy to jodła go ubodła? Nie, to klon wywołał zgon”.

Książki z tej serii znajdziecie tutaj:

Strrraszna historia 

 
7

10. Monstrrrualna erudycja

Po „Strrrasznej historii” przyszedł czas na inne dziedziny wiedzy: z odsieczą przyszła „Montrrrualna erudycja”. Zaczęło się chyba od „Chemicznego chaosu” i „Fascynującej sztuki” i chociaż nigdy nie zgromadziłam z tej serii aż tak wielu tytułów, jak to miało miejsce w przypadku historii, to zapamiętałam sporo szczegółów. Przyznam szczerze, że chętnie zajrzałabym znowu do tych książeczek – w poszukiwaniu nie tyle wiedzy, co po prostu zabawnych anegdotek, które po zweryfikowaniu mogłyby stanowić spory zbiór towarzyskich zabijaczy czasu, którymi lubię zastępować small talk, czyli zwyczajowe pieprzenie o tym, co słychać.

No bo czyż nie lepiej porozmawiać o tym, jak wynaleziono plastik, przypomnieć sobie obrzydliwe fakty na temat ludzkiego ciała i zapoznać się bliżej z odrażającymi robalami? No pewnie, że lepiej. Polecam ten cykl wszystkim, którzy nie mają nic do powiedzenia w towarzystwie i powszechnie uchodzą za nudziarzy: po przeczytaniu 2-3 książek z tej serii (tylko serio, sprawdźcie, czy nie ma tam błędów) nikt nie powie już nigdy, że jesteście nudni. Będą mówili, że jesteście nienormalni, ale że nienormalność staje się coraz bardziej atrkacyjna towarzysko, to wyjdziecie na tym na plus.

Książki z tej serii możecie znaleźć tutaj:

Monstrrrualna erudycja 

 

Myśli rozsypane z królestwa absurdu: znowu mam gorączkę
Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu