"Zaraz pan zobaczysz niezłą akcję" - 5 filmów rozrywkowych, które nie rozrywają
Amazon Prime Video - czy warto wykupić abonament w Polsce?

Wspominałam już wielokrotnie, że regularnie oglądam filmy i seriale, o których można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że są intelektualnie wymagające. Lubię, kiedy brzdąkają mi w tle, podobnie jak inni ludzie słuchają radia. Zdarza mi się oglądać tak jednym okiem także produkcje dobre i bardzo dobre, które w przeszłości widziałam już wielokrotnie – do tych jednak „Prometeusz” nie należy, co zaznaczam od razu na wstępie. Doszłam jednak do wniosku, że szkoda byłoby, żeby te powtórki szły na marne, skoro już spędzam czas przed monitorem. Pod takiem #flashback będę zatem zamieszczać teksty na temat starszych (umówmy się, że starszych niż rok) filmów, do których wróciłam z jakiegos powodu po dłuższym czasie i których nie upchnęłam w żadnym innym cyklu. 

Tak naprawdę poniższy tekst był częścią innej, zbiorczej publikacji. Kiedy jednak rozrósł się ponad miarę stwierdziłam, że bez sensu jest tworzyć encyklopedie na 50 czy 100 tysięcy znaków, których nikt na blogu nie przeczyta. Jeśli jednak chcecie odświeżyć sobie uniwersum „Obcego” i przy okazji dowiedzieć się paru ciekawych rzeczy, które wygrzebałam, buszując w sieci, to zapraszam do lektury. Ostrzegam jedynie, że roi się tu od spoilerów! Jeżeli nie pamiętacie już za dobrze fabuły „Prometeusza”, to nie przejmujcie się – właśnie dzięki spoilerom jestem w stanie przybliżyć Wam szczegóły tej historii.

Desakralizacja „Obcego”

Powiem tak: nigdy nie byłam fanką tej serii. Nie to, że jej nie szanuję, ale nadrobiłam filmy o Obcym zbyt późno, żeby stały się elementem mojego wychowania z zakresu kultury popularnej. Kiedy wreszcie po nie sięgnęłam, były jak ostatni element układanki złożonej z odniesień, nawiązań, wewnętrznych żartów w innych dziełach kultury i nieudolnych imitacji. Mówiąc wprost: wiedziałam, co myśleć o tych filmach na długo przed tym, zanim je obejrzałam. 

Prometeusz - tattwa

Żaden gatunek nie daje chyba w kinie takich możliwości do popisu umiejętności z zakresu efektów specjalnych jak kino sci-fi. Problem takich filmów polega niestety jednak na tym, że jeśli nie maja do zaoferowania nic więcej niż koks i lasery, to starzeją się najczęściej bardzo szybko i bardzo źle. Z tym filmem może być podobnie.

Być może właśnie dlatego nie zdołałam się zachwycić, być może właśnie dlatego nie mam do cyklu Scotta przesadnie nabożnego stosunku. I prawdopodobnie z tego właśnie powodu kolejne odsłony serii, zdaniem fanów wręcz desakralizujące kultową serię, przyjmuję z zainteresowaniem i lekkim rozbawieniem. Chociaż mam świadomość, jak bardzo niepopularna jest to opinia, przyznaję się bez bicia, że „Prometeusza” oglądałam z przyjemnością równej tej, która towarzyszyła mi przy drugiej części „Obcego” i na pewno większą niż tej płynącej z obcowania z „Obcym: Przebudzenie” z 1997 roku. Że nie wspomnę już o cyklu „Obcy kontra Predator”. Nie żeby to była przyjemność przesadnie wielka, ale nie powiem też, że cierpiałam ponad miarę.

„Prometeusz”: historia się rozpoczyna

Ale po kolei, spróbujmy nadać nieco sensu tej coraz bardziej chaotycznej plątaninie alienowych opowieści. Chronologicznie cała historia zaczyna się od „Prometeusza”: w 2089 roku para badaczy, Elizabeth Shaw (Noomi Rapace) i Charlie Holloway (Logan Marshall-Green) w odosobnionej jaskini na jakimś szkockim wypizdowie znajduje mapę gwiazd, po czym obydwoje zgodnie stwierdzają, że jej treść odpowiada innym, podobnym mapom, odnalezionym wśród zapisków niespokrewnionych i niekontaktujących się ze sobą kultur. Co więcej, interpretują obecność map jako swoiste zaproszenie do kolebki ludzkiego gatunku, na rodzinną planetę humanoidalnych (to wiemy już po początkowej, retrospektywnej scenie, w której rzeczony humanoid na tle odlatującego statku kosmicznego ulega dezintegracji, inicjując podejrzane procesy biochemiczne w wodospadzie) Inżynierów. Shaw i Holloway palą się do eksplorowania kosmosu, 4 lata po odnalezieniu map (2093 rok) wyruszają więc z podróż sponsorowaną przez Petera Weylanda, prezesa Weyland Corporation, który – o czym załoga nie wie – też znajduje się na pokładzie statku Prometeusz i leci na księżyc LV-223 w celu odkrycia prawdy o pochodzeniu człowieka i uratowaniu się przed nadchodzącą śmiercią. Tej radosnej gromadce, poza ludźmi, których imion nie warto zapamiętywać, bo i tak od razu zginą, jest jeszcze córka (o czym załoga również nie wie) Weylanda (Charlize Theron), pełniąca obowiązki dowódcy oraz android David (Michael Fassbender).

Prometeusz - tattwa

Sala wypełniona jest cylindrycznymi pojemnikami zawierającymi czarną maź, która dezintegruje i przekształca DNA żywych istot („mięsa”). Nieco za mało uwagi poświecamy jednak temu, że w tej samej sali znajduje się ogromna kamienna głowa sugerująca jakiegoś rodzaju kult, rytuał ofiarny, poświęcenie przedmiotów (czarnej mazi). Czy to wskazówka na temat religii samych Inżynierów? Takie same głowy znajdują się w budowli, która w „Obcym: Przymierzu” służy za schronienie Davidowi. 

Na miejscu okazuje się, że planeta jest jakby średnio przyjazna, zupełnie jakby przytrafiło się jej coś naprawdę paskudnego i wyniszczyło krajobraz. Jest to o tyle istotne, że na powierzchni LV-223 ekipa badawcza znajduje budowlę, w której wnętrzu odkrywa salę wypełnioną cylindrycznymi zbiornikami wypełnionymi czarną mazią. Ponieważ najlepszą metodą sprawdzenia, czy coś nie jest trujące, jest to po prostu polizać, David dodaje trochę mazi do kieliszka z szampanem Hollowaya, a ten niedługo później uprawia seks. W międzyczasie dwóch najgłupszych członków wyprawy umiera od ataku Cobralienów (ale trzeba przyznać, że trochę się o to prosili), ale zanim to nastąpi, grupa dokonuje przełomowego odkrycia: w jednej z sal ich oczom ukazuje się ciało Inżyniera, które wygląda w zasadzie jak znany ze starszych filmów Space Jockey, tyle że znacznie mniejszy (o czym za moment). I tu zaczyna się denerwowanie fanów: cokolwiek oryginalna fizys Inżyniera okazuje się być tylko maską, częścią kombinezonu kosmicznego, a pod nią kryje się radosna, znana nam już buzia sinego, łysego gościa z pierwszej sceny. To znaczy nie tego samego, bo tamten się rozłożył, ale bardzo podobnego. 

I nagle zaczynają się zgony: Cobralieny mają przekąskę z Millburna i zamieniają Fifielda w krwiożercze monstrum, Holloway choruje na skutek działania czarnej mazi i umiera od płomieni miotacza z ręki Vickers, która obawia się epidemii, Weyland ponosi śmierć z ręki samego Inżyniera, a sterylna jak dotąd Shaw odkrywa, że jest w ciąży, jednak zamiast rozkosznego dzieciątka nosi w sobie mackowatego potwora – Trylobita. Wykapany tata. W tych krwawych igrzyskach nie bierze udziału David, który bada pomieszczenie kontrolne i próbuje uruchomić statek Inżynierów (bo tym właśnie jest tajemnicza budowla). Okazuje się, że jeden z Obcych żyje, a jego pojazd kosmiczny ma na celowniku Ziemię, co może sugerować, że Inżynierowie zamierzali wybrać się do nas z wizytą i – sądząc po obecności cylindrycznych pojemników z mazią – zrobić nam z dupy jesień średniowiecza. Czy cały obiekt był swojego rodzaju placówką militarną, produkującą broń masowej zagłady o charakterze biologicznym?

„Prometeusz” vs. „Obcy: Ósmy pasażer Nostromo”

Niedobitkom załogi Prometeusza udaje się spacyfikować Inżyniera i unieruchomić jego statek, jednak przed widzami jeszcze ostatnia walka: bladolicy kosmita vs. Shaw. Po nierównej walce wygrywają nasi, tym razem za sprawą mocno już podrośniętego Trylobita, którego nosiła w sobie badaczka. Shaw szczuje Inżyniera swoim synem, ten składa swój materiał genetyczny w ciele humanoida (który, jak wcześniej się okazało, ma DNA niemal identyczne z ludzkim), a niedługo później ze zwłok wydostaje się Diakon, praprzodek Ksenomorfa. Shaw w towarzystwie zdekapitowanego Davida wyrusza w podróż innym odnalezionym na planecie statkiem Inżynierów: obierają kurs na macierzystą planetę tego gatunku, żeby wyjaśnić sobie parę spraw, w tym plany eksterminacji (czy na pewno?) ludzkości.

Prometeusz - tattwa

Inżynier przyjmuje doustnie porcję tajemniczej złotej substancji (ważne – według scenariusza to nie jest czarna maź z pojemników na statku!) i dzięki swojemu poświęceniu daje początek życiu na planecie – prawdopodobnie Ziemi. W tej scenie widać też odlatujący statek kosmiczny, co ciekawe – zupełnie różny kształtem od sierpowatych pojazdów Inżynierów, które znamy z całej sagi. Dlaczego, skąd ta zmiana? Niektórzy uważają, że kluczem do wyjaśnienia fabuły (nie tylko) „Prometeusza” jest istnienie dwóch subras, klanów, frakcji czy też szeroko pojętych narodowości Inżynierów: jedni stworzyli ludzkość, inni chcą ją zniszczyć / wykorzystać. W rozszerzonej scenie początkowej widać, że pojemnik z mazią zostaje Inżynierowi podany przez coś na kształt rady starszych jego ludu. W niektórych kulturach funkcjonował zwyczaj składania ofiary z fikcyjnego „króla” lub w inny sposób wyróżnionej jednostki, który przez jakiś czas cieszył się królewskim traktowaniem, a następnie poświęcany był jako ofiara najwyższej wagi. Za taką interpretacją przemawia scenariusz, w którym Inżynier nazwany jest „wybrańcem”, a czarna maź – „krwią naszego Pana”.

A teraz detale! Trzeba pamiętać, że pokazany w „Prometeuszu” księżyc LV-223 to nie to samo miejsce co w „Obcym: Ósmym pasażerze Nostromo”. Tam mowa była o planecie Acheron LV-426 – obydwa ciała niebieskie wraz z LV-133 orbitują jako satelity wokół gazowego olbrzyma (tu pojawia się pewna nieścisłość – w „Ósmym pasażerze Nostromo” zostało powiedziane, że LV-426 znajduje się w układzie z dwoma słońcami, tymczasem Holloway sugeruje obecność jednego, kiedy omawia galatykę, w której znajduje się LV-223; kiedy jednak widzimy hologram kosmosu w kokpicie statku kosmicznego, wyraźnie widać tam dwa słońca). Jak i po co wylądował na niej statek Inżynierów – tego nie wiemy (to znaczy w sumie wiemy, ale jedynie ze scenariusza, nie z ostatecznej wersji filmu, zatem Scott może się wciąż z tych pomysłów wycofać). Jeszcze! Możemy się jednak domyślać: w „Prometeuszu” widać w kilku scenach hologramy przedstawiające Inżynierów, zapisane w czymś w rodzaju czarnej skrzynki statku kosmicznego. Z tych zapisów można wywnioskować, że w przeszłości nastąpiło skażenie i być może któreś z agresywnych organizmów, protoplastów Ksenomorfa, wyrwały się spod kontroli Inżynierów – taka interpretacja nasuwa się w związku ze sceną, w której humanoidalni holograficzni kosmici uciekają w panice korytarzem statku. Skoro ktoś jednak przeżył ten wypadek, to istnieje szansa, że jakiemuś Inżynierowi udało się wydostać z planety. Może poleciał w kosmos i rozbił sie na pobliskim księżycu Acheron LV-426 z powodu pasażera na gapę (prawdopodobnie już osadzonego w ciele uciekiniera)? To wyjaśniałoby, dlaczego ekipa Nostromo znalazła na planecie jaja Ksenomorfa, który zabił swojego nosiciela i zdążył się już tą drogą rozmnożyć (co zakłada obecność Królowej). Istnieje również teoria, że Owomorf to tak naprawdę kolejny etap rozwoju czarnej mazi, która w jakiś sposób przekształciła w tkankę cylindryczny pojemnik, w którym się znajdowała. Co wiemy natomiast z całą pewnością ze strony internetowej fałszywej korporacji Weyland, uruchomionej na czas trwania kampanii promocyjnej filmu to to, że Acheron LV-426 został odkryty w 2039 roku i firma zapowiadała jego zbadanie już niebawem. Niestety, oś czasu, z której można to było wywnioskować, jest już niedostępna (możecie ją jednak znaleźć na przykład tutaj, a w zrozumieniu chronologii wydarzeń zaprezentowanych w filmach pomoże Wam ten film), ale na stronie znajdziecie mnóstwo dodatkowych materiałów, wyjaśniających niuanse historii. 

Space Jesus

W sali z cylindrycznymi pojemnikami z mazią załoga Prometeusza znajduje także gigantyczną kamienną głowę. To prawdopodobnie rodzaj kaplicy, świątyni, z wyobrażeniem bóstwa Inżynierów, a tajemnicza maź ma być formą ofiary. I tu pojawia się pytanie dotyczące mazi: jak widać na przykładzie Hollowaya i Fifielda, substancja wpływa na organizm inaczej w zależności od firmy jej podania do organizmu. Czy zatem celem Inżynierów naprawdę była eksterminacja ludzkości? A może raczej przeobrażenie jej w coś innego, lepszego? Za tą teorią przemawiałby fakt, że czarna maź nie zawsze zabija, za każdym razem prowadzi jednak do mutacji – gdyby Inżynierowie chcieli po prostu zgładzić rasę ludzką, prawdopodobnie znaleźliby bardziej skuteczny sposób, żeby to zrobić. A jak stwierdził w jednej ze scen sam David – sometimes to create, one must first destroy.

Prometeusz - tattwa

To jest Diakon. Z wyglądu nawet podobny. Cykl ewolucyjny Ksenomorfa jest jedną z tych rzeczy, których nie staram się już nawet zrozumieć. 

Jedna z fanowskich teorii głosi, że Inżynierem był także… Jezus, a planowana eksterminacja ludzkości w założeniu miała być zemstą za ukrzyżowanie. Zapytany o to Scott zaprzeczył prawdziwości hipotezy, ale przyznał, że początkowo rozważał właśnie taki scenariusz. Ale to nie koniec biblijnych powiązań – wraz z interpretacją filmy narodziła się również koncepcja, według której nazwa planety LV-223 wywodzi swoja nazwę od 3 wersu 22 rozdziału Księgi Kapłańskiej (Leviticus 22:3): Powiedz im, aby wiedziały o tym przyszłe pokolenia: jeżeli kto z potomków waszych, będąc w stanie nieczystości rytualnej, zbliży się do rzeczy świętych, które Izraelici poświęcają Panu, to człowiek ten będzie odrzucony ode Mnie. Ja jestem Pan! Ten fragment zrozumieć można dwojako: po pierwsze jako odniesienie do nieczystych ludzi zbliżających się do lepszych, doskonalszych od siebie Inżynierów, swoich stwórców, którzy ze wstrętem odrzucają człowieka z powodu jego ułomności i zdeprawowania. Po drugie – cytat w oryginalnym kontekście odnosi się do stanu kapłańskiego i ukarania kapłanów, którzy w stanie rytualnej nieczystości zbliżą się do ołtarza i darów ofiarowanych Bogu, być może jest to zatem aluzja do Inżyniera, który zginął, próbując dostać się do sali z pojemnikami. To jego odciętą głowę zabierają na pokład statku Shaw i spółka.

Jakby tego było mało, w jednej ze scen widać… ukrzyżowanego Ksenomorfa, a dokładnie płaskorzeźbę (tak mi się przynajmniej wydaje) przedstawiającą charakterystycznego stwora w równie charakterystycznej pozie. Jezus, jak wiemy, był synem Boga i ludzkiej kobiety i został poczęty w sposób niepokalany – w „Prometeuszu” bezpłodna Elizabeth Shaw zostaje w niemal cudowny sposób zapłodniona za sprawą mutującej genotyp mazi dokonującej spustoszenia w organizmie Hollowaya i „rodzi” przypominającego Facehuggera Trylobita… w dzień Bożego Narodzenia. Przypadek? Serio, nie sądzę.

A jeśli już jesteśmy przy religii: wszyscy oczywiście wiemy, kim był Prometeusz, ale dlaczego w sumie nazwano jego imieniem statek kosmiczny, skoro fabuła filmu nie ma nic wspólnego z mitem prometejskim? Odpowiedź znajduje się w usuniętych elementach scenariusza: w jego pierwotnej wersji celem Petera Weylanda było pozyskanie od Inżynierów obcej technologii, która mogłaby przysłużyć się ludzkości przy terraformowaniu nowych planet. Chociaż można doszukiwać się powiązań między mitem i filmem w jego ostatecznej wersji (tajemnica długowieczności / nieśmiertelności zamiast narzędzi, technologii), to pierwsze szkice na pewno lepiej uzasadniały wybór takiej a nie innej nazwy statku. 

Czy człowiek pochodzi od małpy czy raczej od Inżyniera?

Skoro stwórcami ludzi byli Inżynierowie, to może człowiek powstał tylko jako karma i nosiciel dla Ksenomorfa? Ale po co w takim razie panowie i władcy zostawialiby na Ziemi mapy gwiazd, zamiast trzymać swoje bydło pod kluczem w jednym miejscu? Niezależnie od tego, czy mapy te były – jak chcieli badacze – zaproszeniem czy też tylko ilustracją do historii stworzenia, faktem pozostaje, że ułatwiały odnalezienie w kosmosie istot, które niekoniecznie chciały być odnalezione. 

Prometeusz - tattwa

Praise the Lord! Czemu służyć ma przedstawienie Ksenomorfa w pozycji niepokojąco sugerującej ukrzyżowanie? Gdyby przyjąć, że Inżynierowie czczą w pomieszczeniu swoje bóstwo, być może Ksenomorf jest męczennikiem, istotą wyższą, której Inżynierowie są zobowiązani służyć i dostarczać pokarm / nosicieli. A może to po prostu rodzaj wizualnej przypowieści o pokonaniu bestii?

Nasuwa się tu także kolejne pytanie, związane z tym, że Ridley Scott mówi w wywiadach o Inżynierach jako o dark angels, mrocznych aniołach. Uwzględniając całą religijną symbolikę upakowaną w filmie, czy może być tak, że ta rasa to rzeczywiście swojego rodzaju anioły, które służą swojemu stwórcy, dawcy życia? Ostatecznie zarówno reżyser jak i scenarzyści przyznają, że rozmawiali o tym, kto stoi za stworzeniem samych Inżynierów – niewykluczone że ci ostatni to wiedzą (lub wierzą w to, że wiedzą) i wypełniają boski plan swoimi działaniami, co sugerowałaby wielka kamienna głowa w sali z pojemnikami i „krew naszego Pana”, którą spożywa Inżynier w początkowej scenie. Gdyby to wyjaśnienie okazało się być prawdziwe, mielibyśmy tu do czynienia z całym łańchuchem stworzenia: nieznane bóstwo – Inżynierowie – ludzie – androidy. Jaką rolę pełnią w takiej sytuacji Ksenomorfy? Po co w ogóle powstały? Jaki cel i sens ma wyhodowanie idealnego drapieżnika? Czy to po prostu hobbystyczno-ideologiczna hodowla, prace nad bronią biologiczną czy może raczej jest w kosmosie coś, na co trzeba za pomocą takich bestii polować, co trzeba zniszczyć? 

Prometeusz: statek, który #nikogo

Nie jest tak, że „Prometeusz” mnie zachwyca, bo i zachwycać nie ma się tu za bardzo czym. Co jednak istotne, nie mam większego problemu z tym, jak brutalnie Scott obchodzi się ze swoim uniwersum. Nie przeszkadza mi, że znany z oryginalnej serii Space Jockey nagle zmienia rozmiary i okazuje się w zasadzie człowiekiem – zgodnie z pierwotną wersją scenariusza to po prostu efekt tego, że Scott zrezygnował z CGI na rzecz bardzo wysokich aktorów, bo draft przedstawiał Inżynierów jako istoty o wzroście niemal 4 m (ponad 4,5 m w kombinezonie), co odpowiadałoby rozmiarom kosmity znalezionego w filmie „Obcy: Ósmy pasażer Nostromo”. Nie mam również problemu z tym, jakie zamieszanie reżyser wprowadza w cykl rozwojowy Ksenomorfa i tak naprawdę jedyne, czego się czepiam, to brak logiki w zachowaniu członków załogi statku badawczego. Fani cyklu zastanawiają się, czy „Prometeusza” można w ogóle nazwać elementem sagi o Obcym czy też raczej musimy uznać go za niezależną opowieść osadzoną w uniwersum i prezentującą rasy podobne, ale jednak nie te same, o których mowa była wcześniej. Początkowo skłaniałam się ku tej drugiej opcji, ale po przeczytaniu scenariusza zmieniłam zdanie – na papierze to wszystko naprawdę miało sens, nawet jeśli film pominął istotne wątki. Napięcia nie rozładował jednak także fakt, że sam Scott kilkakrotnie zmieniał zdanie na temat kanoniczności „Prometeusza”. Chociaż ostatecznie stanęło na tym, że film z 2012 roku bezpośrednio wiąże się z wydarzeniami z „Ósmego pasażera Nostromo”, to takie wyjaśnienie wielu odbiorcom wydaje się nie do zaakceptowania. Koniec końców z „Prometeuszem” jest trochę tak, że trzeba go po prostu pokochać takim, jaki jest i przymknąć oko na to, że pewne ustalenia są tu bardzo umowne. 

Problem polega jednak na tym, że niełatwo ten film pokochać. O ile jako widz niezaangażowany emocjonalnie w sagę kupuję bez zastrzeżeń zarówno historię Inżynierów, jak i ich plany co do rasy ludzkiej, o tyle jako widz posiadający mózg niespecjalnie doceniam sceny z ganianiem się po kolejnych obiektach, statkami kosmicznymi turlającymi się po planecie i rozgniatającymi ludzi na płasko oraz postać kobiety, która na chwilę po poważnej operacji kopytkuje w tę i we w tę ile fabryka dała. Trudno traktować poważnie członków załogi statku badawczego, którzy na widok obcej formy życia (wyglądającej jak kosmiczna, wodna kobra, co powinno wystarczająco dać do myślenia) zamiast wycofać się chyłkiem, wołają do niej „taś taś”. Lub którzy (co jest prawdopodobnie jedną z najśmieszniejszych rzeczy w tym filmie) beztrosko ściągają hełmy swoich skafandrów, bo – uwaga – już nie mogą w nich wytrzymać, chociaż tyle co opuścili swój statek. Nic to, że w powietrzu czaić się mogą potencjalnie zarodniki, złośliwe mikroby i agresywne duchy przodków – zdejm, Zdzichu, ten kask, bo przecież parametry w normie, zdejmże, mówię. Biorąc pod uwagę, jak starannie selekcjonuje się w dzisiejszych czasach członków załóg wypraw w kosmos i jak wymagającym treningom (fizycznym i psychologicznym) są oni poddawani w trakcie przygotowań do lotu, trudno mi uwierzyć, że nastawiona na zyski korporacja na tak kosztowną wycieczkę wysłała bandę rozhisteryzowanych idiotów, którzy nie potrafią zachować się na obcej planecie i zadbać o własne bezpieczeństwo. 

Mam szczerą nadzieję, że Obcy, o ile istnieją, nie mają dostępu do hollywoodzkich produkcji sci-fi, bo jeśli tak, to tarzają się zapewne ze śmiechu na myśl o tym, jak przygłupawą jesteśmy rasą. 

TRAILER | VOD.PL | DVD | BLU-RAY | BLU-RAY 3D | 4K ULTRA HD BLU-RAYSOUNDTRACK 

POZOSTAŁE CZĘŚCI CYKLU:

  1. Obcy – 8. pasażer Nostromo VOD.PL / Blu-ray / DVD / wersja reżyserska DVD
  2. Obcy: decydujące starcie VOD.PL / Blu-ray / DVD 
  3. Obcy 3 VOD.PL / Blu-ray / DVD / wersja rozszerzona DVD
  4. Obcy: Przebudzenie VOD.PL / Blu-ray / DVD / wersja rozszerzona DVD
  5. Obcy kontra Predator VOD.PL / Blu-ray / DVD / wersja rozszerzona DVD
  6. Obcy kontra Predator 2: Requiem VOD.PL / Blu-ray / DVD 
  7. Obcy: Przymierze CHILI Cinema / Blu-ray / DVD 
Prometeusz - tattwa

7. Figurka Ellen Ripley Rock Candy (Obcy – decydujące starcie) | 8. Figurka Ellen Ripley Pop! (Obcy – decydujące starcie) | 9. Nieśmiertelnik sierżanta A. Apone’a (Obcy – decydujące starcie) | 10. Figurka 8-bitowy Ksenomorf Pop! | 11. Figurka Ksenomorf Pop! (Obcy kontra Predator) | 12. T-shirt Obcy -decydujące starcie | 13. T-shirt Obcy – 8. pasażer „Nostromo”

Prometeusz - tattwa

21. Obcy antologia – Prometeusz (5 filmów na 9 płytach: każdy film w wersji kinowej oraz specjalnej) | 22. Figurka Starszy Predator (Obcy kontra Predator) | 23. T-shirt Aliens (Obcy – decydujące starcie) | 24. Figurka szeregowy William Hudson | 25. Owomorfy – zestaw jaj w pudełku NECA | 26. Otwieracz do butelek Ksenomorf | 27. Tacka do lodu owomorf | 28. Figurka Ksenomorf Grid (Obcy kontra Predator)


"Zaraz pan zobaczysz niezłą akcję" - 5 filmów rozrywkowych, które nie rozrywają
Amazon Prime Video - czy warto wykupić abonament w Polsce?