Wyznania 2012. Co słychać na fejsie?
10 rzeczy, których o mnie nie wiecie

Po raz kolejny w tym roku wracam do tematu Festiwalu Etiuda&Anima, na którym byłam niedawno. Jak część z Was wie, jestem fanką animacji – zarówno zachodniej jak i wschodniej, od stop motion do tradycyjnych kreskówek. Pisałam już kilkakrotnie o moich ulubionych filmach i serialach, dzisiaj zajmę się jedną konkretną pozycją.

***

Ánima Buenos Aires Maríi Veróniki Ramírez to właściwie cztery niezależne historie z niepowiązanymi fabułami, wykorzystujące skrajnie odmienne formy animacji. Każdy z krótkich filmików porusza inne zagadnienie, odnosząc się do różnych aspektów argentyńskiej kultury. Całość odchodzi bardzo daleko od wyeksploatowanych symboli – kultowe tango jest wykorzystane jedynie w formie graficznego przerywnika: namalowana na murze para tańczy, przemierzając fasady budynków, oprowadzając widza po mieście.

Argentyńczyków portret własny

Meado por los perros przedstawia losy pewnego rzeźnika, który pewnego dnia wypada z interesu za sprawą nowo powstałego centrum handlowego. Zdesperowany, chwyta się różnych sposobów, aby tylko utrzymać swój mały biznes na powierzchni. Rozwiązanie problemu pojawia się przypadkiem i ma nieco cierpki wydźwięk.

W pierwszej chwili może się wydawać, że Meado por los perros to protest przeciwko oszalałej konsumpcji i globalizacji – supermarket pod postacią niezidentyfikowanego obiektu latającego nadlatuje nie wiadomo skąd, dążąc do objęcia władzy nad niczego nieświadomymi mieszkańcami miasta. Zastana kultura i tradycja nie mają możliwości obrony przed nowym, więc muszą ulec – do momentu, kiedy pojawia się inne wyjście z sytuacji. Nie walka, ale zmiana, adaptacja do nowych warunków i – w tym wypadku – oczekiwań rynku.

Jednak tym, co najbardziej uderzające w tej krótkiej animacji, są transmisje radiowe w tle, opisujące wpływ nowego obiektu na życie mieszkańców. Krótkie, mocno naznaczone emocjami wypowiedzi spikera malują autoironiczny obraz mieszkańców Argentyny – dumnych, kochających ruch i zmianę, ale jednocześnie nieco zbyt szybko poddających się i prezentujących trochę roszczeniową postawę. Zderzenie dwóch postaw – optymistycznej, pełnej nadziei oraz zrezygnowanej, nieufnej, wręcz wrogiej – ukazuje ich wspólne mianowniki: rozwinięte poczucie narodowej tożsamości, integralność społeczną ale i pewną pochopność w wyciąganiu wniosków. Nowe jest lepsze – bo jest nowe, ale może też – jako obce – stać się wrogie.

W tej krótkiej historyjce pada zaledwie kilka zdań. Właściwą treścią stają się reakcje bohaterów, ich nastroje i zachowania. Śledząc losy pechowego rzeźnika, obserwujemy jednocześnie wizualny efekt rozbudowanej refleksji na temat współczesnego społeczeństwa argentyńskiego.

Pomaluj mój świat

Kolorowe Claustrópolis jest – mam wrażenie – skierowane do nieco młodszego widza. Uwięziony w mieszkaniu na szczycie wieżowca chłopiec obserwuje trochę starszą od niego dziewczynkę, malującą na murach okolicznych budynków fantastyczne wzory. Podążając za nią, zwiedza miasto, w każdej jego części odkrywając barwną, magiczną krainę. W końcu sam sięga po puszkę ze sprayem i razem zmieniają otaczający ich świat. Na lepsze. Metafora równie kojąca, co prosta – animacja od strony wizualnej cieszy oko i to właśnie na tym warto się skupić podczas seansu, fabuła nie dostarcza bowiem specjalnych wrażeń. Nie znaczy to, że Claustrópolis wypada słabo na tle innych części filmu – ta lekka, optymistyczna miniaturka jest równie dopracowana jak 3 pozostałe, chociaż momentami można odnieść wrażenie, że brakuje jej „tego czegoś”, co sprawiłoby, że zostałaby w pamięci widza na dłużej.

Pod latarnią

Fanom nieco jowialnego humoru można polecić Mi Buenos Aires heridos. Tę animację warto potraktować z dużym dystansem – ilość seksualnych aluzji początkowo może razić, ale nie znalazły się tam one bez powodu.

Bar Konkwistador jest miejscem spotkań okolicznych mieszkańców, tak bardzo różniących się od siebie, a jednak mających ze sobą coś wspólnego: wszyscy fantazjują na temat ponętnej kobiety w sukience w grochy. Wyprowadzają tym samym z równowagi barmana, któremu z jakiegoś powodu nie podoba się wizja dziewczyny pojawiająca się w marzeniach jego klientów.

Mi Buenos Aires heridos łączy nostalgię za Argentyną z przeszłości z wnikliwą – chociaż humorystycznie przedstawioną – analizą emocjonalności i erotycznych obsesji mieszkańców kraju. Animacja ironizuje na temat stereotypów i poddaje analizie męską postawę wobec seksu. Warto zwrócić uwagę na pozornie zbędne dla fabuły detale, jak mężczyzna stojący pod latarnią czy oszalały z pożądania pies – te smaczki sprawiają, że opowiedziana filmiku historia nie sprowadza się jedynie do „tego, co wydarzyło się dziś w barze”. Widz z pewnością nie znajdzie tu wyrafinowanego poczucia humoru, dyskretnych aluzji i ukrytych sensów. Jak przystało na argentyńską produkcję, Mi Buenos Aires heridos ma naprawdę południowy temperament i nie bawi się w niuanse.

Alicja w fabryce cukierków

Ostatnia historia podbiła moje serce nie tylko za sprawą ogromnej dawki absurdu, ale przede wszystkim dzięki wyjątkowej grafice. Biało czarne szkice są pełne ekspresji, a linie wiją się na ekranie jak stada narysowanych ołówkiem robaków. Groteskowe Bu-Bu to opowieść o grupie szkolnych łobuzów, którzy pewnego dnia tracą swoje królestwo – opuszczony plac – na rzecz nowo powstałej fabryki cukierków. Jednocześnie główny bohater traci głowę dla córki właściciela fabryki – Alice Lidelli (czy to może być przypadek?). Byłoby pięknie, ale życie to nie bajka – niesforni chłopcy wyrastają na chuliganów, aby ostatecznie stać się prawdziwym postrachem miasta. Gwałty, rozboje i morderstwa to ich – jak twierdzi opowiadający historię lider gangu – ulubione zbrodnie. I chociaż nie ma w tym nic zabawnego, widz nierzadko uśmiechnie się pod nosem lub parsknie śmiechem, słuchając tej absurdalnej opowieści w klimacie noir.

Ánima Buenos Aires to przede wszystkim propozycja dla fanów animacji, którzy będą w stanie docenić różnorodność wykorzystanych w filmie technik i precyzję wykonania. Krótkie, niepowiązane ze sobą historie są sprawnie skonstruowane i nie nużą, dynamicznie rozwijając się ku puencie. I chociaż całość jest lekka w odbiorze i zabawna, trudno tej produkcji zarzucić popadanie w banał lub błahą tematykę. Ánima wprowadza do współczesnej animacji świeże podejście – umiejętnie korzysta ze sprawdzonych wzorców, ale interpretuje je we własny, argentyński sposób. Warto to zobaczyć na własne oczy.

collage

(grafika: Ánima Buenos Aires)

 

Wyznania 2012. Co słychać na fejsie?
10 rzeczy, których o mnie nie wiecie