Szorty kulturalne vol. 5, czyli Hiszpanie nie potrafią straszyć
Smok jak malowany

Wspominałam Wam, że z uwagi na współpracę, którą podjęłam z kilkoma wydawnictwami i portalami, w najbliższym czasie będę zamieszczać więcej recenzji książek i komiksów. Moje ostatnie teksty zostały opublikowane na stronie Gildii Literatury, a dzisiaj mam dla Was trochę moich refleksji nad mangą „Klan Poe” wydawnictwa JPF. To nie będzie typowa recenzja. Blog – przynajmniej mój – rządzi się swoimi prawami a jednym z nich jest niechęć do ustalonych form literackich. Uwierzcie mi na słowo – ja nie wiem, jak napisać esej, opowiadanie, czy reportaż. Ja po prostu piszę – i zawsze jakoś się to udaje. 

***

Jeśli miałabym opisać „Klan Poe” jednym słowem, byłoby to określenie „eteryczna” – zarówno z uwagi na treść jak i na graficzną formę komiksu. Delikatna, zwiewna kreska dobrze współgra z refleksyjnym nastrojem i stanowi idealne tło dla egzystencjalnych rozterek bohaterów. Gdyby komiks był w całości kolorowy, zostałby pewnie namalowany akwarelami lub suchymi pastelami – przynajmniej tak sobie to wyobrażam.

Przyznam szczerze – nie tego się spodziewałam. Zaczynałam kilkakrotnie i za każdym razem odkładałam „Klan Poe” na półkę, mówiąc sobie „nie dam rady, to nie dla mnie”. „Manga o wampirach” – to brzmiało dla mnie nieco przerażająco i to bynajmniej nie z powodu mojej słabej odporności na opowieści grozy. Mając w pamięci emo-historie w stylu „Vampire Knight” i ostatnią falę popularności „Zmierzchu”, byłam nieco uprzedzona, obawiając się, że w trakcie lektury zaniosę się ostatecznie szlochem. Z żalu nad sobą, oczywiście. Ale ostatecznie dałam się porwać i zupełnie przepadłam wśród eleganckich szkiców, próbując uchwycić wymykający się z rąk ciąg przyczynowo-skutkowy, a przez czaszkę przepływały mi dziesiątki myśli. Naiwna z pozoru i urocza historyjka dla romantycznych dziewcząt okazała się mieć drugie i trzecie dno, a ja – mimo, że nie grzeszę romantyzmem – uległam jej bez reszty.

Manga nosi tytuł „Klan Poe”, a dwojgu z głównych bohaterów autorka nadała imiona Edgar i Allan. Przypadek? NIE SĄDZĘ. Nie trzeba być geniuszem, żeby zauważyć aluzję, ale ja – mistrzyni szybkiego refleksu – załapałam o co chodzi dopiero pod koniec pierwszego tomu. Może dlatego, że Poe nigdy nie należał do moich ulubionych twórców i nie mam specjalnie nabożnego stosunku do jego dzieł? Trudno mi określić, jak mocno Moto Hagio inspirowała się twórczością słynnego Allana Edgara podczas rysowania mangi, ale entuzjaści klimatycznych opowieści naznaczonych cierpieniem powinni odnaleźć tu coś dla siebie. Zawiedzeni nie będą także fani serii „Vampire Princess Miyu” – nie wiem, czy to dobre porównanie (pewnie nie), ale zwolennicy tamtego tytułu powinni sięgnąć po „Klan Poe” przede wszystkim na filozoficzny, refleksyjny ton, brak dosłowności i wewnętrzne rozdarcie postaci.

Opowiedziana w mandze historia to losy Edgara, który wiele lat temu został przemieniony wbrew swojej woli w wampira i na zawsze już uwięziony w ciele 14-letniego chłopca. Tracąc po kolei wszystkie najbliższe mu osoby, próbuje rozwikłać zagadkę swojego pochodzenia i uporać się z przytłaczającymi go samotnością oraz narastającym poczuciem braku. Na tle opowieści o życiu (i śmierci) Edgara prezentowane są także perypetie osób związanych z nim na różne sposoby – od ukochanej siostry Marybell po zafascynowanego wampirem naukowca. Postaci są wyraziste – nawet te epizodyczne zapadają w pamięć, mają jakieś cechy, które je wyróżniają – zarówno wizualnie jak i pod kątem charakteru (lekarz – uwodziciel, Jane – szara myszka zakochana w doktorze, Sheila – oszałamiająco piękna, Hanna – władcza staruszka o orlim nosie). Rozczarowuje nieco sylwetka siostry Edgara – śliczna, urocza dziewczynka zdaje się być jedynie niewiele wnoszącą do fabuły przeciwwagą dla jego pełnej sprzeczności natury oraz późniejszym powodem wewnętrznych rozterek. Kolejne rozdziały wprowadzające nowe postaci wydają się początkowo całkowicie losowo uporządkowane i niepoddane żadnej logice, jednak na tym zabiegu opiera się jedna z najciekawszych cech „Klanu Poe” – czas nie jest liniowy, bo główny bohater nie jest nim ograniczony w żaden sposób. Żyjąc wiecznie, funkcjonuje zawsze w swoistym bezczasie, nie mając poczucia przemijania. Przeszłość splata się z teraźniejszością, najważniejsze nie są wspomnienia najświeższe, ale najbardziej znaczące i intensywne.A wszystko to przesiąknięte zapachem i smakiem róż, które stanowią dla wampirów źródło energii niemal równie cenne co ludzka krew.

Dla Moto Hagio wampiryzm jest tylko pretekstem do rozważań o życiu i śmierci, przemijaniu i poszukiwaniu sensu. To przede wszystkim poetycka, pełna elegancji opowieść o samotnym chłopcu, który zmaga się ze swoją kondycją i rozpaczliwie łaknie bliskości. W tym ujęciu przypomina na pewno bardziej bohaterkę szwedzkiego filmu „Pozwól mi wejść” niż Draculę Brama Stokera. Daleko mu jednak do Edwarda Cullena i reszty cierpiącej na bezustanny Weltschmerz krwiopijczej ekipy z współczesnych filmów i seriali dla młodzieży. Znamienna jest dynamika wzajemnych relacji między ludźmi i tytułowym klanem Poe. Wampiry (czy też – zgodnie z wolą autorki – wampanelle) Moto Hagio to nie ukryte w mroku bezwzględne bestie pozbawione moralności i uczuć. Chociaż potrafią być bezlitosnymi zabójcami, nie są z pewnością potworami napędzanymi zwierzęcym instynktem i łaknieniem krwi. Chyba właśnie na tym polega ich tragizm – z jednej strony niewiele różnią się od ludzi, czują emocjonalny ból, tęsknotę, łakną zemsty, z drugiej – czas odcisnął na nich piętno, które bezustannie daje o sobie znać. Sceny opisujące spojrzenie Edgara – stare, naznaczone wieloma bolesnymi doświadczeniami, nie mające nic wspólnego z jego dziecięcą fizjonomią – przypominają opisy elfów w prozie Sapkowskiego: smukłe, szlachetne istoty żyjące właściwie poza czasem, bezpłodne i emocjonalnie wypalone z powodu zbyt wielu doświadczeń, które ukształtowały ich pełny dystansu i rezerwy stosunek do świata.

Moto Hagio w subtelny sposób przypomina, że nieśmiertelność jest darem, ale i przekleństwem, że to poczucie upływającego, przeciekającego przez palce czasu jest tym, co pozwala docenić w pełni życie i cieszyć się każdym jego momentem. Nie traktujcie tego tytułu jako kolejnej pozycji z serii „o wampirach” – spójrzcie na niego jak na rozbudowaną, wielowymiarową refleksję na temat czasu i poszukiwania sensu. Polecam „Klan Poe” każdemu, kto szuka lektury na spokojny, pełen rozmyślań, wieczór.

collage

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o „Klanie Poe”, zachęcam Was do przeczytana recenzji Dahlii, która lepiej niż ja zna się na mandze (cz. 1cz. 2) oraz do pobrania katalogu informacyjnego na temat mangi ze strony wydawnictwa – tam też możecie zamówić tytuł.

 

Szorty kulturalne vol. 5, czyli Hiszpanie nie potrafią straszyć
Smok jak malowany