Dlaczego nie mam dziecka? O społecznej presji bycia matką
Jest LATO

Chuck Wendig nie daje za wygraną: w kontynuacji Drozdów. Dotyku przeznaczenia prezentuje dalsze losy Miriam Black i Louisa Frienda, cudem ocalonego przez okrutną śmiercią. Niezniszczalna Miriam toczy kolejne walki z całym światem, dobroduszny Louis ugania się za nią po bezdrożach Ameryki, a polski wydawca raczy nas kolejnym pretensjonalnym podtytułem i paskudną okładką, podkreślającą dobitnie obrazoburczą niegrzeczność głównej bohaterki. Szkoda, że nikt nie wpadł na to, żeby wziąć przykład z oryginalnego wydania, pozostawić enigmatyczny tytuł (Mockingbird) w spokoju oraz zainspirować się grafiką na okładce amerykańskiej edycji, przywołującą skojarzenia z postacią Śmierci z Sandmana zamiast z młodzieżową gwiazdą muzyki pseudogotyckiej.

Miriam jest wciąż nieznośna: nie potrafi poradzić sobie z osiadłym trybem życia, do którego przekonał ją Louis, czuje coraz silniejszy zew krwi i chce ruszać w drogę. Diagnoza jest jasna: dziewczyna jest stanowczo za młoda i niespokojna, żeby skończyć jako kasjerka w supermarkecie, mieszkając w przyczepie na przedmieściach. Wybucha więc spektakularnie, jak rasowa drama queen, ratuje życie kilku osób i ucieka. Niestety, okazuje się, że to nie takie łatwe.

Niezachwiane wsparcie ze strony rozpaczliwie łaknącego bliskości towarzysza jest dla bohaterki punktem wybicia do kolejnej przygody. Tym razem zaczyna się niewinnie – ma tylko zdiagnozować kobietę, której wydaje się, że śmierć czyha na nią za rogiem. Wycieczka do szkoły dla trudnych dziewcząt okaże się jednak wstępem do bardzo mrocznej historii z rytualnymi morderstwami w roli głównej. Czy Miriam tym razem ocali skórę? Czy jej związek z Louisem przetrwa? Czy nasza Zła Dziewczynka wreszcie dojrzeje chociaż trochę?

W drugiej części Drozdów widać pewien progres: chociaż Wendig nie stał się nagle guru literatury, jego bohaterowie wypadają nieco bardziej przekonująco niż ostatnio. Na niewzruszonej masce zwalistego kierowcy pokażą się wreszcie ślady zniecierpliwienia, a pyskata autostopowiczka podejmie próbę konfrontacji z własną przeszłością, wzbogacając swoją postać o garść refleksji. Sama intryga jest też nieporównywalnie ciekawsza niż w pierwszej odsłonie cyklu, chociaż autor stanowczo przedobrzył z rytualną otoczką brutalnych morderstw i kreacją ogarniętego obsesją morderczego klanu. Urban fantasy jako gatunek oczywiście dopuszcza takie radosne bajki, jednak wydaje się, że nie zaszkodziłaby tu szczypta realizmu.

Niestety, ceną za lepszy pomysł jest jeszcze bardziej liniowa niż poprzednio fabuła. Wendig nie potrafi mylić tropów, nie wpada na to, żeby podstawić czytelnikowi kozła ofiarnego i zaskoczyć go przy scenie demaskacji mordercy, skupia się natomiast – jak zwykle – na jakże ciętych ripostach Miriam, której najwyraźniej wydaje się, że jest błyskotliwa i dowcipna oraz na coraz bardziej widowiskowych scenach czegoś, co z braku lepszego określenia należy określić mianem mordobicia. Bohaterka jest bita, kopana, rażona prądem, zostaje postrzelona, niemal uduszona, ostatecznie jej ciało przypomina raczej zużyty worek treningowy niż młodą kobietę, ale nie przeszkadza jej to w najmniejszym stopniu. Raźno rzuca się do gardła większym od niej agresorom, atakuje oprawców, a w wolnych chwilach ma jeszcze siłę, żeby odszczeknąć komuś, kto mierzy do niej z broni palnej.

Autor jest wyraźnie zafascynowany swoją pupilką – wzorem Xeny, wojowniczej księżniczki, wyprowadza ją cało z każdej opresji na pohybel wrogom i w zauważalny sposób emocjonuje się jej niegrzecznym wizerunkiem. Chociaż w drugiej części Drozdów Miriam poświęca jeszcze więcej niż ostatnio, żeby bronić uciśnionych i pokrzywdzonych przez los, to jej relacja z samą sobą wcale nie ulega zmianie na lepsze: wciąż jest siłą autodestruktywną, znajdującą masochistyczną przyjemność w samoudręczeniu, która lubi od czasu do czasu upić się do nieprzytomności w podrzędnym motelu, zedrzeć z siebie bieliznę na widok przystojnego trenera sztuk walki i wypalić na raz całą paczkę papierosów w przerwach między ściąganiem butów z nóg przygodnych trupów. Licealistki ze szkół dla dziewcząt prowadzonych przez zakonnice powinny być zachwycone.

 

Dlaczego nie mam dziecka? O społecznej presji bycia matką
Jest LATO