Numer dwudziesty
W zasadzie jestem ze wsi

Już pierwsze spotkanie z Drozdami uruchamia wewnętrzny alarm: pretensjonalny podtytuł (nie wiadomo w jakim celu doczepiony do oryginalnego tytułu Blackbirds) i okładka zwiastująca naiwny produkt z pogranicza grozy i fantastyki nie wróżą dobrze zawartości. Porównanie książki do Sześciu stóp pod ziemią, prozy Kinga i Palahniuka są niestety kolejnymi samobójczymi golami – Wendig nie ma większych szans na wpisanie się do obowiązkowego kanonu literatury światowej. Drozdy to jedna z tych serii, która zapewni nieco rozrywki w deszczowy wieczór, jednak w ostatecznym rozrachunku zginie wśród pozycji o wiele lepszych i bardziej wyrazistych.

Miriam Black jest Złą Dziewczynką. Pije alkohol, pali papierosy, klnie jak szewc, farbuje włosy na obłąkane kolory, podróżuje autostopem po całym kraju i – olaboga – uprawia przygodny seks. Określenie „niegrzeczna” oraz jego synonimy są tu stanowczo nadużywane – bohaterka średnio co dwie strony powtarza, jak bardzo jest niegodziwa i z nieukrywaną (chociaż ponurą) satysfakcją opowiada każdemu, kto chce jej słuchać, o mrokach, które skrywa jest dwudziestoletnia duszyczka. Dowiadujemy się zatem, że Miriam jest jak trucizna, jak chwast, że jest nasieniem szatana, zarazą, krukiem, padlinożercą, ropniakiem, jątrzącą się raną – i tak przed ponad 300 stron. Bohaterka jest niczym mroczne, egzaltowane alter ego pensjonarki trzymanej przez pod kloszem – z tego powodu powinny pokochać ją 15-latki, które imprezy i przygody znają jedynie z telewizji i opowiadań starszych, wyzwolonych koleżanek.

Oczywiście, już pierwsze rozdziały zdradzają prawdziwą twarz Miriam: w rzeczywistości jest ona w stanie poświęcić własne dobro (a nawet życie) w obronie kogoś, na kim jej zależy. W tym krótkim opisie zawiera się właściwie cała charakterystyka postaci – po dodaniu do niej tragicznej przeszłości (która nie jest specjalnie zaskakująca) oraz jej konsekwencji (Miriam Black widzi, jaka śmierć czeka ludzi, których dotyka), dostajemy gotową bohaterkę: dziewczynę, która pozuje na nieczułą, cyniczną egoistkę, jednak w rzeczywistości zmaga się z bólem istnienia i boi się okazywać uczucia. Z tego powodu Drozdy idealnie wpisują się w kanon amerykańskiej literatury zbuntowanej gloryfikującej outsiderów i wszelkiego rodzaju jednostki niekompatybilne ze społeczeństwem – Miriam jest jak Carrie Kinga, tylko spłycona na potrzeby nastoletniego czytelnika oraz stanowczo bardziej złośliwa i przemądrzała. Porównanie do Carrie nie wydaje się zresztą przypadkowe – Wendig umieszcza swoją bohaterkę w bogobojnym domu wraz z matką-dewotką i kieruje ją ku tragedii, która wyzwoli w Miriam jej mroczny, niebezpieczny dar. Od tej pory będzie żyła jak przeklęta, bezustannie stykając się ze śmiercią i czerpiąc ze swoich wizji masochistyczną przyjemność – ten wewnętrzny konflikt wypada w zasadzie najlepiej w całej powieści i szkoda, że autor zdecydował się na zwiększenie liczby średnio błyskotliwych utarczek słownych z Miriam w roli głównej zamiast jeszcze bardziej pogłębić jej postać.

W oparach narastającego szaleństwa, pomiędzy kolejnymi mrożącymi krew w nastoletnich żyłach wizjami, Miriam Black ucieka. Bezustannie przemieszcza jak kruk szukający kolejnego pola walki zasłanego martwymi ciałami. Nie ma celu ani żadnego planu aż do momentu, gdy spotyka Louisa – prostolinijnego, potężnego mężczyznę, pozbawionego (podobnie jak ona) sensu życia. Od tej pory będzie dążyła już tylko do tego, żeby zmienić przyszłość, którą zobaczyła po dotknięciu dłoni swojego nowego towarzysza.

Wydaje się, że trudno pisać o młodzieńczych rozterkach w sposób satysfakcjonujący dorosłego widza: wymaga to niezwykłego kunsztu literackiego i wrażliwości, umiejętności konstruowania prawdopodobnych i skomplikowanych charakterów. W prozie tego typu nie jest to jednak priorytetem – liczy się tu pomysł, atmosfera, napięcie, wartka akcja. Niestety, chociaż myśl przewodnia jest tu interesująca, Wendig nie potrafi jej wykorzystać: fabuła pozostaje liniowa, w zasadzie jednowątkowa, przewidywalna i stanowczo zbyt wiele tu Złej Dziewczynki, jak gdyby autor w każdym rozdziale próbował na nowo przekonać czytelnika, że Miriam jest naprawdę fajna, tylko miała w życiu pod górkę. Zawodzi także klimat – chociaż czarny humor robi Drozdom zdecydowanie przysługę, to w kategorii urban fantasy Wendig nie może równać się z Gaimanem – nie ma jego wyobraźni, wrażliwości i wyczucia, nie potrafi zaskakiwać, zmusić do refleksji ani wywołać emocji u czytelnika bez popadania w banał, egzaltację i patos.

Książki takie jak Drozdy to zmora recenzenta: ani wybitne, ani fatalne, po prostu przeciętne, gwarantują chwilę relaksu, ale nie zapadają w pamięć, pozostawiając po sobie jedynie nikłe wspomnienie fabuły i bohaterów. To tytuły, do których się nie wraca i które odkłada się na półkę bez chwili namysłu nad rozterkami czy dalszymi losami bohaterów. Drozdy polecić można jedynie młodszym nastolatkom i najbardziej zagorzałym fanom gatunku. Wyrobiony, wymagający czytelnik nie ma tu czego szukać, chyba, że szuka lekkiej książki do pociągu, w lekturze której nie będą przeszkadzały dochodzące z korytarza okrzyki „zimne piwo niosę” i zapach jajek spożywanych przez współpasażerów. 

 

Numer dwudziesty
W zasadzie jestem ze wsi