Co ja czytam?! część 2: szeroko pojęta KULTURA
Co ja czytam?! - część 1. MODA


 

Chcesz usłyszeć więcej? Pobierz aplikację Audioblog i posłuchaj, jak czytam moje teksty.
 

pobierz
appstore_pl-1dced49b5dd129a391277cd40afb5a48
 


 

Jak myślisz, w jak wielu miejscach można czuć się jak w domu? To, że człowiek urodził się w stajni, nie oznacza, że jest koniem, powiedział ktoś, a ja nie pamiętam, kto. Dom jest tam, gdzie wieszasz kapelusz – słyszałeś to kiedyś? Gdyby zrobić konkurs na najbardziej oklepany i ckliwy motyw w kulturze, dom byłby na pewno w pierwszej trójce. Że to miejsce, gdzie ludzie Cię rozumieją. Że tam, gdzie czujesz się bezpiecznie, że miłość, że spokój, że przystań, myśl za myślą wywołuje osuwanie się w coraz większy banał.

O pewnych rzeczach trudno mówić bez tego banału. Wydają się oczywiste, proste, dlatego największą siłę wyrazu mają wtedy, kiedy ubrane są w równie proste słowa.

Nie czuję, żebym miała jeden dom. Jest wiele miejsc, w które uciekam i do których wracam. Wspomnienia nakładają się na siebie falami, wycofują się i wracają, nie zawsze spodziewanie, nie zawsze wtedy, kiedy tego chcę. Pamiętam tak wiele.

Czuję się dobrze wszędzie tam, gdzie jestem chciana. Gdzie nikogo nie męczy moja obecność, gdzie nie przeszkadzam i nie jestem obcym, gościem, przed którym z wysiłkiem, pod maską fałszywego uśmiechu, ukrywa się prawdę o życiu rodzinnym. Gdzie wiem, że mogę sama zaparzyć sobie herbatę, gdzie mogę zostawić w łazience swoją szczoteczkę do zębów przynajmniej na kilka dni. Moim domem na weekend może zostać Twoja kanapa, mogę na chwilę zamieszkać w hotelowym pokoju.

Są też takie miejsca, gdzie mam już swoją szufladę. Małą torbę z niezbędnikiem podróżnika schowaną na pawlaczu czy w głębi szafy. Pidżamę, czystą bieliznę, t-shirt na zmianę – bo czasami jest tak, że pojawiam się niespodziewanie i czasami może być tak, że nie będzie czasu na to, żeby się spakować. Innym razem nogi poniosą mnie w przeciwną do właściwej stronę i zamiast na progu własnego mieszkania stanę właśnie u Ciebie z butelką wina, zapytam, czy chcesz zobaczyć, jak wygląda świt witany od tej strony, którą lubię najbardziej.

Dom jest wszędzie. Błąkam się po wynajmowanych mieszkaniach, nigdzie nie zagrzewam miejsca przesadnie długo. Nie ozdabiam ścian, nie wieszam obrazków, nie układam ramek ze zdjęciami na półkach. Jestem niby u siebie, ale wiem, że to nie moje, wiem, że to tylko na chwilę, że na jakiś czas, że jeśli przywiążę się za mocno, trudno będzie odejść. A przecież wiem, że odejść będzie trzeba. Mimo to czuję się dobrze, wcale nie obco, zadomawiam się w ciągu kilku dni, żeby później bez żalu przenieść się w inne miejsce, zacząć od nowa. Nie jestem przesadnie sentymentalna.

Jest jeszcze ten rodzinny, który też przestał być już domem w pełnym tego słowa znaczeniu. Jest bardziej jak cofnięcie się do stadium płodowego, zwinięcie umysłu i ciała na kształt embrionu, osunięcie się w przestrzeń tak bezpieczną i otoczoną taką barierą ochronną, że aż obezwładniającą. To był mój dom, ale przestał już być mój, bo szukam własnego miejsca i chcę zrobić to po swojemu. Więc czasami chowam się do skorupy, zbieram siły, ale zawsze idę później dalej, nigdy nie zostaję na zawsze. Nigdy tak naprawdę tu nie wracam.

Dopóki nie będziesz wreszcie u siebie, w przestrzeni, której jesteś jedynym władcą, która należy do Ciebie na wszystkie możliwe sposoby, jesteś nomadą wędrującym po cudzych kanapach i dmuchanych materacach. Przewijasz się przez pokoje wynajętych na chwilę – rok, dwa – mieszkań, starasz się nie posiadać zbyt wiele i nie pozwalasz, żeby ściany obrastały Twoim życiem. Bo kiedy Twój zapach wniknie już w tynki, kiedy wiesz już, na jaką melodię gra parkiet pod Twoimi stopami, kiedy na pamięć znasz rytm, w jakim budzi się do życia Twoja okolica – czas się wyprowadzić. Polubić, ale nie pokochać, czuć się dobrze i pewnie, ale nie czuć się nigdy to końca u siebie.

Ostatecznie dom może być wszędzie i nigdzie. Niektórym wystarczy, że widzą nad głową wciąż te same gwiazdozbiory, inni nie potrzebują nawet tego. Są tacy, którzy nie potrafią zasnąć spokojnie po innej niż zwykle stronie łóżka i są też ci, którym do pełni szczęścia wystarczy widok kota leżącego na klawiaturze, bo wiedzą, że to własnie jest to. Bo któregoś dnia zaczynasz po prostu rozumieć, że dom to nie miejsce, ale stan umysłu, że nie ma nic wspólnego z tym, co materialne i namacalne. Że nie można go kupić, ale można znaleźć, zbudować, nauczyć się go i pojąć. Być wreszcie w domu, nawet jeśli ten dom jest tylko w Twojej głowie.

 

Co ja czytam?! część 2: szeroko pojęta KULTURA
Co ja czytam?! - część 1. MODA