Jak jesień, to seriale
Kind of magic

China Miéville znowu próbuje uwodzić: kreuje niesamowite światy i rasy, stawia przed bohaterami złożone dylematy etyczne, zmusza do rozważań na tematy – wydawałoby się – kompletnie nieistotne w kontekście szarej codzienności zwykłego człowieka. „Ambasadorii” brakuje jednak tej hipnotycznej mocy, która wylewała się z okładek „Dworca Perdido” – to pozycja bez wątpienia bardzo dobra i zasługująca na uwagę, ale pozostawiająca lekkie uczucie niedosytu. Cóż – po autorze tego formatu wszyscy chyba oczekiwali czegoś więcej.

Avice Benner jest flokerką na statku podróżującym w Nurcie. Czym jest Nurt i jakie jest zadanie flokera – tego nie dowiadujemy się od razu. Właściwie trudno nawet jednoznacznie stwierdzić, że zostaje to jasno wyjaśnione. W typowym dla siebie stylu Miéville wspina się na wyżyny abstrakcji, proponując konstrukt niezwykle złożony i wymagający od czytelnika bardzo bujnej fantazji. Jego wyjaśnienia przypominają opisy rodem z podręcznika fizyki teoretycznej: próbują oddać za pomocą słów zjawisko ledwie uchwytne w języku, majaczące gdzieś na granicy tego, co wyobrażalne. Nurt fascynuje – podobnie jak teoria strun czy boska cząstka – i pozostaje jedynie ukłucie żalu, że rozważaniom na jego temat autor nie poświęcił więcej miejsca. Niedosyt ten rekompensuje jednak obraz świata przedstawionego: kiedy Miéville pisze o Obcych, to kreowane przez niego rasy są rzeczywiście tak obce, jak tylko się da. Wygląd tych istot to rzecz mniejszej wagi – podstawą podziału, tym, co tworzy granice, jest tutaj język i sposób myślenia

ambasadoria,big,401666

„Ambasadoria” z uwagi na problematykę powinna zwrócić uwagę lingwistów, semiologów oraz osób zainteresowanych filozofią języka i zagadnieniami metafory czy kłamstwa (rozpatrywanymi z punktu widzenia teorii nauk humanistycznych). To w rzeczywistości rozbudowana refleksja na temat możliwości nawiązania komunikacji oraz zdolności wyrażania w słowach tego, co w rzeczywistości niewyrażalne.

Opisaną w powieści planetę zamieszkuje kilka ras, z których najważniejsi są bez wątpienia tubylcy – Ariekeni (nazywani Gospodarzami), oraz ludzie z miasta Ambasadoria. Aby porozumieć się z Gospodarzami, ludzie hodują specjalne pary klonów, dubli, którzy (przemawiając jednocześnie) jako jedyni są w stanie wydobyć z siebie dźwięki zrozumiałe dla obcych istot. Ariekeni nie znają metafor, nie rozumieją kłamstwa, ich Język opisuje tylko to, co rzeczywiste – nie ma mocy kreacyjnej, sprawczej, nie kształtuje otaczającej rzeczywistości. Ten system pełen kompromisów i dobrych chęci funkcjonuje w miarę sprawnie, jednak pewnego dnia do miasta przybywa nowy Ambasador, inny niż wszyscy do tej pory. Jego wpływ na Gospodarzy oraz rozwijająca się z drugiej strony wśród Ariekenów sztuka kłamstwa doprowadzą do tragedii. Ciężar ponownego nawiązania zerwanej komunikacji spocznie na barkach Avice. Ale jak mogą porozumieć się dwie strony, które wzajemnie nie mogą się usłyszeć?

Tym, co w „Ambasadorii” zawodzi najbardziej, jest sama narracja. Nie sposób zarzucić Miéville’owi brak talentu literackiego, jednak nie ulega wątpliwości, że konstruowanie uniwersum i zamieszkujących go ras wychodzi mu zdecydowanie lepiej niż opowiadanie historii. Tworzy fascynujące tło, na którym rozwija się opowieść interesująca, ale stopniowo wytracająca pęd. Niestety, w tym wypadku nie udało się utrzymać napięcia do samego końca. Nie oznacza to jednak, że nowe dzieło Miéville’a to pozycja kiepska lub nawet średniej jakości – mamy wciąż do czynienia z prozą ponadprzeciętną, inteligentną i zaskakującą, która powinna skłonić czytelnika do pewnych rozważań. Zawiedzeni mogą poczuć się jedynie fani wcześniejszych książek autora, zwłaszcza tych z cyklu Bas-Lag: „Ambasadoria” mogła być książką wybitną. Jest „tylko” bardzo dobrą. Szkoda.


„Ambasadorię” oraz inne książki Chiny Mieville’a możesz kupić, klikając w powyższy baner reklamowy – drobny procent od sprzedaży książki trafi wówczas na moje konto. Dokonując zakupu, przyczyniasz się do rozwoju bloga i umożliwiasz mi odwlekanie w nieskończoność momentu, kiedy będę musiała wziąć się za prawdziwą pracę. Z góry dziękuję.

Znajdź mnie na Goodreads.

Jeśli nie chcesz przegapić kolejnych wpisów, obserwuj mnie na Facebooku lub Twitterze. Zwłaszcza na Twitterze. Tam jest po prostu fajniej. Jeśli jednak wolisz Facebooka, dołącz do mojej grupy „Wygrzebki: pretensje do kultury”, która w założeniu ma stać się miejscem do merytorycznej dyskusji na związane z kulturą tematy niekoniecznie z pierwszych stron gazet. 

Jak jesień, to seriale
Kind of magic