Dlaczego duch ściąga kołdrę?
Boski towar w kosmosie: China Mieville - "Ambasadoria"

Jesienią młodzież idzie do szkoły, studenci – do knajpy, ale wszyscy, starzy i młodzi, oglądają seriale. To czas, kiedy wychodzenie na zewnątrz przestaje być często przyjemnością samą w sobie, a czasami nawet staje się przykrym obowiązkiem. Jednocześnie telewizja (niekoniecznie w rozumieniu dosłownym) kusi bogactwem tytułów: nowych i tych, które zostały zawieszone na czas letnich miesięcy. Co zatem oglądać?

Po pierwsze, są seriale, które zyskały sobie już status kultowych. Przyjaciele, Jak poznałem waszą matkę czy Dr House to tytuły, o których słyszał już każdy – nawet jeśli nie zapoznaliście się z nimi bliżej, to na pewno wiecie, o co chodzi. Z tego samego powodu nie warto wspominać o Teorii wielkiego podrywu, Dexterze, Chirurgach, Kościach i CSI – wszystkie te seriale lubię (mniej lub bardziej i z różnych powodów) i większość polecam, nawet CSI (oglądałam tylko CSI: NY i chyba na tym poprzestanę), pomimo wielkiego zagęszczenia policyjnych sucharów na centymetr kwadratowy fabuły.

Do moich ulubionych należą – oczywiście – seriale animowane. Z zamiłowaniem oglądam Simpsonów, z czasem przekonałam się do Family Guya, mam też sentyment do Miasteczka South Park, chociaż ostatnie sezony są tylko nędzną namiastką początków tej produkcji i trudno oglądać je bez zażenowania. Trwam w żałobie po zakończonej Futuramie – do dzisiaj nie mogę zrozumieć, dlaczego była tak wiele razy przerywana i zawieszana. Na rodzimym gruncie mieliśmy przypadki stworzenia zabawnego serialu animowanego dla dorosłych, ale wszystkie kończyły się niepowodzeniem – o ile 1000 złych uczynków można jeszcze znieść w towarzystwie dużej ilości alkoholu, to Włatcy móch są dla mnie jak papierek lakmusowy na kloaczne poczucie humoru. Mówiąc wprost: jeśli ktoś się na tym śmieje, to bardzo łatwo go zabawić. Wystarczy beknąć albo pierdnąć.

Mamy też seriale ambitne. Miasteczko Twin Peaks Lyncha, Królestwo von Triera czy Sześć stóp pod ziemią to produkcje nieco bardziej wyrafinowane, dające do myślenia i wymagające od widza uwagi. Do tej grupy dorzuciłabym też Czarne lustro i Utopię – dwie świetne produkcje, które rzuciły mnie w tym roku na kolana. Zwłaszcza Czarne lustro – każdy odcinek tej krótkiej serii (2 sezony po 3 odcinki każdy) dał mi mocno do myślenia. Powiem więcej – nawet po pysku mi dał. Jeśli lubicie inteligentne obrazy sci-fi w rodzaju Brazil lub Blade Runnera, które w nieco ciemnych barwach odmalowują kierunek, ku któremu zmierzamy jako ludzkość, to jest to coś dla Was.

Seriale o wampirach i wilkołakach to w ogóle osobna grupa, bo robi się ich już całkiem sporo. O ile Czystą krewPamiętniki wampirów zna przynajmniej ze słyszenia każdy szanujący się serialomaniak, to istnieją też takie produkcje jak Teen wolf – nastoletni wilkołak. W przypadku tego ostatniego tytuł określa widownię. Widziałam pierwszy sezon ale w tym momencie nie jestem w stanie powiedzieć nawet, jak miał na imię główny bohater. Szału nie ma, ogólnie rzecz biorąc.

Jeśli chodzi natomiast o trochę mniej znane tytuły, chciałabym polecić Wam (raczej tylko kobietom) Gdzie pachną stokrotki – fanki Burtona i nietypowych historii o miłości będą zachwycone: to urocza, baśniowa opowieść z czarnym humorem w tle. Świetnym serialem jest także Siostra Jackie, niesprawiedliwie określana często jako kopia Dra House’a – głównie przez ludzi, którzy nie mają pojęcia, o czym mówią i poprzestali na przeczytaniu opisu. Jackie jest postacią złożoną, ją i mojego ulubionego doktora łączy jedynie to, że obydwoje pracują w szpitalu i mają taki tyci-tyci problem z prochami. Być może mają jeszcze podobną ku temu wymówkę. Na tym podobieństwa się kończą, ale zwolennicy seriali medycznych znajdą tu wszystko, czego oczekuje się od podobnych produkcji.

W całej mojej serialowej karierze zetknęłam się z jedynie trzema pozycjami, których nie byłam w stanie oglądać – Falling SkiesWalking Dead to dwa seriale, które znudziły mnie do tego stopnia, że z niedowierzaniem sprawdzałam co kilka minut, jak długo jeszcze będę się męczyć. Przyznam szczerze, że nie pojmuję fenomenu tych tytułów, zwłaszcza bardzo popularnego Walking Dead. Trzecim natomiast jest amerykańska wersja Biura – nie znam brytyjskiej, ale niewielu jest aktorów, którzy drażnią mnie tak bardzo jak Steve Carell. Tutaj wspina się na wyżyny bycia nieznośnym – popularność żadnego serialu nie szokuje mnie tak bardzo jak dobre opinie o Biurze: moim zdaniem każda sekunda jest tu cierpieniem. Nie przemawia do mnie paradokumentalna konwencja tej produkcji, Carell grający szefa, który każdego normalnego pracownika doprowadziłby do granic wytrzymałości, żenująco suche żarty. Wiem, że wszystko to zgodne jest z pierwotnym zamysłem, ale produkcja ta powinna nosić tytuł Zażenowanie, bo jest to uczucie towarzyszące bohaterom serialu (i widzom w konsekwencji też) przez cały czas. Byłoby to interesujące, gdyby Biuro było 15-minutową etiudą filmową – niestety, ta farsa ciągnie się przez 9 sezonów. Nie warto oglądać także infantylnego Alphas – chyba, że nie macie maksymalnie 13 lat, wtedy może się to wydawać całkiem przyzwoitym serialem sci-fi.

Są też serie, które oglądam, chociaż mocno mnie rozczarowały – Grimm to wciągająca produkcja z sympatycznymi bohaterami, jest jednak tak kiczowata, że czasami trudno powstrzymać śmiech. Szkoda – lepiej zrobiłaby jej solidna dawka grozy i odpowiednio mroczny klimat; potencjał baśni braci Grimm został tu moim zdaniem zmarnowany i gdyby nie fantastyczny Monroe i seksowny księciunio, nie traciłabym na ten tytuł czasu. Oglądam też Haven, chociaż sama nie wiem, czemu – zazwyczaj sięgam po ten serial, kiedy nie mam już nic innego do oglądania, a brak mi sił na coś, przy czym muszę używać mózgu. Jeśli chodzi o poziom kiczu, sytuacja jest tu podobna jak w przypadku Grimm – sam zamysł jest całkiem niezły, ale realizacja pozostawia sporo do życzenia. Niemniej, aktorka odtwarzająca główną rolę ma z pewnością twarz, która mogłaby wyprawić w morze parę okrętów.

Z powodu niezaspokojonego apetytu na horrory oglądam American Horror Story – ten serial ma wielu fanów, ale są też tacy, których jego klimat kompletnie nie porwał. Cóż, dla mnie to produkcja przewyższająca o klasę większość amerykańskich filmów grozy z AmityvilleObecnością na czele (skoro już jesteśmy przy nawiedzonych domach). Może dlatego, że jest odpowiednio creepy – a to niezwykle cenię sobie w horrorach. Z przyjemnością zakończyłam pierwszy sezon AHS i zabieram się do drugiego (Asylum), podobno jeszcze lepszego. Nie mogę się doczekać.

Co zatem będę oglądać tej jesieni? Na pewno skuszę się – nareszcie – na House of Cards, o którym słyszę same dobre rzeczy. Planuję obejrzeć Breaking Bad, bo (wstyd przyznać) zawsze odkładałam ten tytuł „na później”. Jak wszyscy wiemy, „później” ma to do siebie, że istnieje w bliżej nieokreślonej przyszłości, magicznej krainie Nigdy-Nigdy i bardzo często nie następuje. Na pewno poświęcę czas na drugi sezon Dwóch spłukanych dziewczyn oraz Jess i chłopaków. Wciąż mam też do nadrobienia drugi i trzeci sezon Gry o tron – jakoś nie mogę wykrzesać z siebie entuzjazmu względem tego serialu, kiedy wszyscy dookoła o nim mówią. Pierwsze odcinki bardzo mi się spodobały, ale żeby zanurzyć się znowu w tym klimacie, muszę mieć odpowiedni nastrój. Na razie go nie mam. Od dawna intryguje mnie za to Mad Men.

Tak mało życia, tak wiele seriali. Co będziecie oglądać tej jesieni? Jeśli chcecie mi coś polecić, to jest dobry moment.

 
(grafika: House of Cards)
 

Dlaczego duch ściąga kołdrę?
Boski towar w kosmosie: China Mieville - "Ambasadoria"