Prawo moralne we mnie
Wiwat hedonizm!

Dawno, dawno temu postanowiłam, że chcę być szczęśliwa. Brzmi jak bajka, prawda? Nierealna utopia, dziecięca mrzonka – nazwij to jak chcesz. Nazwy nie mają znaczenia. Znaczenia słów rozmywają się i tracą ostrość, przestają być nośnikami sensów.

Nigdy wcześniej nie myślałam w ten sposób. Bo czy można tak naprawdę zdecydować, że od teraz, od tej chwili, będzie mnie już zawsze przepełniać uczucie szczęścia? Czy to naprawdę może działać w ten sposób? Przecież gdyby tak było, bylibyśmy wszyscy szczęśliwi: uśmiechalibyśmy się do siebie ze spokojem i miłością, z ufnością patrzylibyśmy w przyszłość, przepełnieni kojącym ciepłem. Prawda?

Prawda?

Wybitni myśliciele od wieków głowią się nad tym, co daje człowiekowi poczucie spełnienia. Wiemy już, że nie są to pieniądze i dobra materialne, ale to wciąż nie rozwiązuje problemu. Ile mądrych głów, tyle pomysłów, tyle propozycji i dróg do tego błogiego stanu. Podróżujemy, zakładamy rodziny, pokładamy wiarę w siłach wyższych i to daje nam szczęście – uczucie, którego nigdy nie posiadamy na własność. Do którego zawsze jedynie zmierzamy. Jego krótkie przebłyski pozwalają wierzyć, że czeka nas coś lepszego, że gdzieś tam, daleko, znajduje się miejsce i czas, w którym będziemy mogli pozostać na zawsze, wolni od trosk.

Postanowiłam być szczęśliwa. Nie wiem, co to znaczy, nie wiem, jak ubrać to w zdania. Definicje tracą sens – wobec ogromu ludzkich emocji słowa są śmiesznie małe. Kiedy szukam ich w głowie, śmieją się ze mnie i brzmią patetycznie, wymykają się spod kontroli. A przecież czasami jest po prostu tak, że budzisz się rano i czujesz, że to jest to: słońce pada na Twój policzek, przeciągasz się powoli we wciąż pełnej snu pościeli i nagle coś pęka w Tobie, rozlewając się ciepłem po całym ciele. Chcesz tak zostać już na zawsze, po prostu trwać i cieszyć się chwilą, nigdy już nie opuszczać bezpiecznej przystani. Nieważne, czy budzisz się sam, czy czujesz czyjś oddech na ramieniu, czy czyjeś włosy łaskoczą Cię lekko w podbródek – być może leży obok Ciebie ukochany pies, być może słyszysz tupot dziecięcych nóg za ścianą, być może czujesz zapach świeżo parzonej kawy, którą ktoś niesie Ci do łóżka. Być może jesteś w pustym pokoju, w pustym mieszkaniu i jesteś tylko Ty i słońce i resztka tej kawy, którą zrobisz sobie sam. To nieistotne.

Błędnie zakładasz, że szczęście jest czymś, czego nie można posiadać, a co jednak wiąże się z posiadaniem. Coś daje Ci szczęście, coś Cię uszczęśliwia. Zdobywasz lub robisz coś, co wprawi Cię w ten stan. Patrzysz na męża, żonę, na swoje dzieci, kupujesz nowy samochód, pniesz się po drabinie sukcesu, masz swoją wiarę, patrzysz ze szczytu góry na zapierający dech krajobraz. Kiedy dochodzi do Ciebie świadomość tego, co osiągnąłeś, przez krótkie mgnienie oka czujesz ten smak i zanurzasz się w nim. Wiesz jednak, że musisz działać, coś zrobić, wykazac aktywność. Wiesz i boisz się, że mógłbyś to stracić. Bo przecież szczęśliwym nie jest się ot-tak. Bo przecież szczęście trzeba zdobyć, o szczęście trzeba walczyć.

Złożyłam przed sobą obietnicę i zrealizowałam ją. Nie zrobiłam nic w tym celu. Przestawiłam po prostu przelącznik w głowie, przemodelowałam sposób myślenia. Nie zmieniłam świata dookoła siebie, swojego statusu, położenia w przestrzeni – jedynie swój sposób pojmowania. Zrozumiałam, że bycie szczęśliwym to stan umysłu.

Czuję się dobrze nawet wtedy, kiedy dobrze nie jest. Kiedy nad miastem wisi burza, a chmury zasnuwają niebo i oddzielają mnie od słońca szarą, gęsta masą, wiem przecież, że to minie. To zawsze mija. Jestem szczęśliwa, kiedy płaczę, kiedy ból skraca mi oddech i kłuje gdzieś w środku, kiedy uciekam na oślep i kiedy boję się jutra. To niczego nie zmienia, bo coś przecież trzyma mnie wśród żywych, coś we mnie walczy o przetrwanie, nie pozwala skreślić swojego nazwiska z listy. To coś we mnie wie lepiej, że warto. To coś pamięta bezustannie, że mam tak wiele do zrobienia i z tak wielu rzeczy mogę się jeszcze cieszyć. Że mogę być szczęśliwa przez tak wiele godzin, których będzie przecież więcej, niż tych zlych. Bo tak sobie przyrzekłam.

Byc może nawet to właśnie łzy, pot i krew przypominają mi, jak wspaniale jest po prostu być, jakim cudem jest akt zaistnienia i trwanie, narodziny świadomości, unikatowość i zdolność odczuwania. Być może bez tych krótkich chwil, w których ziemia trzęsie się pod moimi nogami i nie potrafię złapać równowagi, nie byłabym w stanie każdego dnia budzić się z tym samym spokojem. Być może jest jakaś granica, po której przekroczeniu pozostaje już tylko czuć bezwarunkową wdzięczność za to, że udało się przetrwać. 

W letnie wieczory lubię siadać na parapecie kuchennego okna i obserwować w zachwycie rozedrgane energią miasto. Uwielbiam cykanie świerszczy w wysokiej trawie i rechot żab w upalne noce na wsi, oszałamia mnie zapach ziemi, która odradza się bezustannie i obumiera w zgodnie z logiką świętego czasu. Serce bije mi w rytm głębokich uderzeń basu w klubie pod ziemią, alkohol krąży w żyłach, zaciągam się dymem, przeżywam smaki i kolory, bo śnię zawsze w kolorze. Zapamiętuję zapachy – tak bardzo lubię dotykać ludzi, którzy są dla mnie ważni, czuć ciepło drugiej dłoni i ramienia, więc wtulam się ufnie w te ramiona i zatapiam się w drugim człowieku. Chodzi o ciepło, wiesz? O bicie drugiego serca, o pulsującą tętnicę na szyi, gdzie chowam nos, jak złaknione poczucia bezpieczeństwa dziecko. Kiedy jestem sama, słucham ciszy, idę przed siebie i liczę kroki, świadomie oddycham, w głowie układam wiersze, których nigdy później nie spiszę, które najczęściej rzucam po prostu na wiatr. Ciało i umysł stapiają się w jedność do tego stopnia, że nie wiem już czasami, co czuję fizycznie, a co jest domeną ducha, ale lubię w sobie ten holizm i pielęgnuję go, bo wszystko przecież jest jednym kosmosem, nawet jeśli przyroda dąży do entropii.

Nie gonię już obsesyjnie za euforią, chociaż wciąż zdarza mi się popadać w stan ekstazy. Najczęściej jednak po prostu jestem, uśmiecham się lekko lub zachowuję powagę, biorę i daję, wyciągam ręce i zamykam w objęciach. Cieszę się, że jestem, że zostało mi dane, że mogę biec, żyć i oddychać, że mam głos, że czuję, że myślę. Doceniam swoją wolność i prawo do stanowienia o sobie, to, że mam gdzie mieszkać i co jeść, że są obok mnie ludzie, których kocham, że w ogóle potrafię wciąż kochać i zakochuję się każdego dnia od nowa w świecie, w którym przyszło mi żyć, nawet jeśli ten świat coraz częściej boli i każe podejmować trudne decyzje. 

Nie szukam powodów do tego, żeby czuć radość. Jestem szczęśliwa. W skrócie – po prostu jestem. 

 

Prawo moralne we mnie
Wiwat hedonizm!