[tps_header]Czytam, odkąd sięgam pamięcią. Fajnie brzmi, nie? W rzeczywistości nie było aż tak spektakularnie: moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa kończy za kilka dni 25 lat. Miałam nieco tylko ponad 3 lata, kiedy urodziła się moja siostra i moje doświadczenia z literaturą ograniczały się wówczas do doprowadzania co wieczór matki do załamania nerwowego, kiedy domagałam się kolejnego odczytu “O kuchciku, o nadziei i o drzwiach zamkniętych” Lucyny Krzemienieckiej. A przywołane powyżej pierwsze wspomnienie? Pamiętam, że wchodziłam po szerokich schodach szpitala w niebieskiej sukience, w jednej ręce dzierżyłam foliową siatkę z bułkami, w drugiej – dłoń mojego ojca.
Zaczęłam uczyć się czytać mniej więcej rok później: za elementarz posłużyła “Wyborcza”. Być może moje losy potoczyłyby się inaczej, gdyby ktoś wpadł na pomysł zastąpienia jej Pismem Świętym? Obecności tego ostatniego jednak nie przypominam sobie w domu rodzinnym: oto, jak pokrętnymi ścieżkami chadza przeznaczenie. W wieku lat 5 czytałam płynnie, co wydawać by się mogło spełnieniem marzeń każdego rodzica: oto bowiem dziecko nie potrzebuje już towarzystwa do zabawy i nie zawraca dupy całemu światu przez 20 godzin na dobę. Rzeczywistość jednak jak zawsze dogoniła satyrę: nauczyłam się czytać, nie opanowałam jednak sztuki czynienia tego w myślach. A że głos miałam zawsze jak dzwon, po domu niosły się opowieści o księżniczkach, zwierzątkach i wróżkach, odcyfrowywane przeze mnie z wielkim zapałem przez znaczną część dnia aż do późnych godzin wieczornych.
Pamiętam, że wspomniane schody wiodące do szpitala wcale nie wydawały mi się już takie duże, kiedy wróciłam w to miejsce po kilkunastu latach celem porównania. Pamiętam też, że – bezustannie spragniona dźwięku własnego głosu – w latach szczenięcych sama sobie opowiadałam bajki i rozmawiałam nocami ze sobą, kiedy udało mi się wykończyć już wszystkich członków rodziny.
I nie to, że poświęcano mi mało uwagi. Wręcz przeciwnie. Czego jak czego, ale uwagi ze strony najbliższego (a później i dalszego) otoczenia nigdy mi nie brakowało. Mimo to nierzadko zdarzało mi się przedkładać zacisze własnego pokoju i stos książek nad towarzystwo rówieśników, zwłaszcza zimą, kiedy białe ścierwo spowijało okolicę i język przymarzał mi do metalowego guzika kurtki (nie mówcie, że tego nie robiliście, i tak nikt wam nie uwierzy). Chociaż więc przepadałam za badmintonem i meczami siatkówki rozgrywanymi na ulicy, na której za siatkę robiła linia narysowana krzywo wprost na jezdni, to i wiele letnich dni spędziłam w chłodnym, przestronnym pokoju z północną ekspozycją i skośnym dachem, w którym nigdy nie było dostatecznie jasno.[/tps_header]
1. Zbigniew Nienacki – “Pan Samochodzik”
Książki o sympatycznym historyku w zabawnym pojeździe rozbudziły we mnie w dzieciństwie zamiłowanie do historii. Szkoła przez wiele, wiele lat walczyła z tą fascynacją, próbując zabić we mnie niezdrowe zainteresowanie: jak to często bywa w przypadku szkoły, starania owe zostały uwieńczone częściowym sukcesem. Nie mam serca do historii współczesnej – ludzie, którzy naprawdę mnie interesują, pozostają martwi od ok. 2,5 tysiąca lat. Mimo to kusi mnie czasami, aby wrócić do tego cyklu i odświeżyć sobie całość: z jednej strony cieszę się na to spotkanie po latach, z drugiej – trochę obawiam się rozczarowania.
Dla współczesnego czytelnika cykl przygód Pana Samochodzika to historyczna ciekawostka sama w sobie: z perspektywy czasu trudno się oprzeć wrażeniu, że te książki pełniły trochę rolę taką jak “Czterej pancerni i pies”, przekonując usilnie odbiorcę, że te Ruskie wcale takie złe nie były i że do PRLu też się dało przyzwyczaić. Ostatecznie Pan Tomasz się przystosował – był dobrym obywatelem i dobrym ORMOwcem (z MO żył za pan brat), stanowiąc w pewnym sensie odbicie prokomunistycznych fascynacji autora, Nienackiego-Nowickiego, który kult jednostki potępiał całym sercem i legitymacji partyjnej nigdy się nie wstydził.
Jeśli jednak oceniać cykl powieści w oderwaniu od politycznego uwiązania, postać Pana Tomasza, historyka – detektywa, wciąż ma w sobie pewien urok: ostatecznie trudno podać przykład zagadek bardziej znaczących niż wielkie tajemnice historii, ukryte skarby, wielkie oszustwa, zuchwałe kradzieże, sekretne grobowce i komnaty, zaginione dokumenty, które nawet po upływie setek lat mogłyby zatrząść znanym nam światem w posadach. Życie Pana Samochodzika to w pewnym sensie mokry sen niejednego mola książkowego: chociaż nie był pierwszym w swojej kategorii, wyprzedził o niemal dwie dekady Indianę Jonesa i przekonywał, że za wielką przygodą nie trzeba wcale wyjeżdżać daleko.
Chociaż Nienacki próbował zyskać szerszy rozgłos jako poważny pisarz, jego książki skierowane do dorosłego czytelnika nigdy nie zdobyły uznania: wypomina mu się za to miękką propagandę (której tu wspomniana “ballada o dobrym ORMOwcu” jest świetnym przykładem), nie do końca przykładne życie i wybory, które postawiły go w opozycji do walczącego z reżimem podziemia – jak na przykład walkę z bronią w ręku przeciwko “wrogom systemu” w latach 40. Pod tym względem lektura jego książek mogła być przed laty o tyle niebezpieczna, że faktycznie miała moc kształtowania młodych umysłów. Dzisiaj jednak, kiedy PRL dla młodego pokolenia jest tylko reliktem, o którym naucza się na lekcajach historii w jednoznaczny sposób, ryzyko jest nieco inne: poglądy Pana Tomasza to nie tyle wykładnia komunistycznych ideałów, co deklaracja pełnej zgody poddańczości wobec panującej rzeczywistości, przekonanie o tym, że świat zastany jest światem funkcjonującym prawidłowo.
Cóż – gdyby komuna naprawdę wyglądała tak, jak w przygodach Pana Samochodzika, być może nie walczyłoby się z nią aż tak zawzięcie.
Aktualizuję ten tekst początkiem 2023 roku, kiedy wiemy już, kto zagra Pana Samochodzika w serialowej ekranizacji. Czy to może się w ogóle udać? To trudne zadanie – ostatecznie dochowanie wierności oryginałowi niesie za sobą ryzyko romantyzowania PRLu, a rewizji wymagają przecież także zachowania, wypowiedzi i postawy głównego bohatera względem młodzieży, zwłaszcza młodych kobiet (i kobiet w ogóle). Kiedy wraca się do tych powieści dzisiaj, można wyczuć w Panu Samochodziku i jego rozmowach z młodymi ludźmi odpychająco dydaktyczny smrodek i napuszone moralizatorstwo. Obawiam się, że serial nie ma szans zadowolić nikogo – dawnych fanów powieści, zwłaszcza tych wobec nich bezkrytycznych, rozczaruje na pewno koniecznym unowocześnieniem postaci, która jako małomiasteczkowa fantazja na temat Bonda (ach te kobiety, żywo zainteresowane niepozornym muzealnikiem w pokracznym samochodzie) połączona z manierą druha zastępowego, który (trochę za bardzo) kocha młodzież, nie zdaje już dłużej egzaminu. Dla widzów, którzy nie wychowali się na książkach Nienackiego, serial sam w sobie nie będzie z kolei interesującą propozycją – bo i dlaczego miałby być? Przed Netflixem stoi trudne zadanie unowocześnienia kultowej swojego czasu serii w taki sposób, żeby zachować ducha przygody i osadzenie w konkretnym momencie dziejowym i jednocześnie nie narazić się na zarzuty o romantyzowanie PRLu. Do tego dochodzi problem seksizmu i mizoginii, które Nienacki w swojej prozie wytrwale pielęgnował; tu po prostu zostaną wprowadzone zmiany, niezależnie od opinii starych fanów, pragnących jak najwierniejszej ekranizacji. Niestety, po Netflixie trudno spodziewać się jakościowej produkcji.
