Ostatni człowiek na Ziemi: Peter Heller – "Gwiazdozbiór psa"
"Grace and Frankie" (S01-03): życie zaczyna się po siedemdziesiątce

Kiedy po raz pierwszy w moje ręce trafiła książka Terry’ego Pratchetta, miałam 9 lat. Do dziś pamiętam dokładnie fragment wstępu zamieszczony na tylnej okładce: …ponieważ jest to również opowieść o seksie, chociaż raczej nie w sensie atletyczno-gimnastycznym czy też w sensie „policz wszystkie nogi i podziel przez dwa”. Tytuły ze Świata Dysku pojawiały się wówczas na nadmorskich straganach z tanią książką, jeszcze pod banderą Nowej Fantastyki. Cena wydawcy nadrukowana na moim egzemplarzu „Równoumagicznienia” wynosiła 5,70zł: był rok 1997, byłam dzieckiem i od tamtego czasu ilość bezsennych nocy, które spędzałam z latarką pod kołdrą, z dala od czujnych oczu rodziców śledząc poczynania moich ulubionych bohaterów, rosła w postępie geometrycznym.

Para w ruch - tattwaWychowana przez Babcię Weatherwax

Na kolejne książki polowałam. Nie było łatwo dorwać je, schowane gdzieś w małych księgarniach przy bocznych uliczkach miast. Każda zdobycz była na wagę złota, każdy kolejny tom zapewniał godziny świetnej rozrywki, ale to wciąż było za mało. Tytuły serii stawały się coraz droższe i drukowane były na coraz lepszym papierze: 9,90; 11,90; 15,90; 19,90. Popularność autora rosła w Polsce i na świecie, a moje zaczytane i podniszczone egzemplarze stawały się obiektami kolekcjonerskimi. Terminarze (dzisiaj na wagę złota), mappy, sprowadzane z zagranicy kalendarze ścienne – Pratchett zajmował już całą półkę dużego regału, a nowe tomy brały w posiadanie miejsca obok swoich poprzedników już w dzień premiery.

Były tytuły gorsze i lepsze, chociaż – gdyby się nad tym zastanowić – nie tyle gorsze, co po prostu nie trafiające do końca w mój gust. Z powodu „Równoumagicznienia” cykl o wiedźmach już na zawsze pozostał moim ulubionym, chociaż pokochałam też opowieści o Rincewindzie, a z czasem także Sama Vimesa. Lubiłam wracać do tych starych historii, przypominać sobie, jak to wszystko się zaczęło; obserwowałam kształtujące się osobowości bohaterów: Babcię Weatherwax i Nianię Ogg, Mustruma Ridcully’ego, wspomnianego Vimesa czy kapitana Marchewę, śledziłam losy tych, którzy na kartach sagi pojawili się tylko raz, by potem powrócić na moment w szybkim perskim oku puszczanym do czytelnika przez samego autora.

Gry i szarady

Para w ruch - tattwa

Paul Kidby

Bogactwo aluzji, nawiązań i intelektualnych szarad sprawia, że Świat Dysku to niekończąca się przygoda, gra, którą odbiorca może podjąć, dając się wciągnąć w szereg łamigłówek wymagających nie tylko bystrego umysłu, ale czasami i potężnej wiedzy ogólnej. Tu nie ma tematów tabu: kultura miesza się z ekonomią, hermetyczne żarty odsyłają do konkretnych wydarzeń historycznych, dialogi bohaterów są parodią innych dialogów innych bohaterów w innej książce lub innym filmie, a bieżące wydarzenia polityczne przeniesione do świata płynącego przez wszechświat na skorupie Wiekiego A’Tuina (i czterech słoni) dodają całości pikanterii. Slangowe „going postal” służy za fundament opowieści o – nomen omen – poczcie, alter ego Conana Barbarzyńcy ma już setkę na karku i diamentowe zęby, a pewna cytadela do złudzenia przypomina klasztor pachomiański; Chiny czy Egipt, Australia czy Holy Wood (aka Święty Gaj) – Pratchett wszędzie czuje się jak u siebie w domu, raz po raz wyzywając swojego czytelnika, by ten podjął intelektualny wysiłek i rozszyfrował wszystkie zagadki. Skąd wzięła się nazwa państwa Krull? Kogo do złudzenia przypominają mieszkańcy Zmokbergu? I dlaczego Śmierć przybiera nazwisko Bill Brama (Bill Door)?

Dziś mam 29 lat i mój entuzjazm wobec prozy spod znaku Świata Dysku wciąż nie wygasł. Przynajmniej tak było jeszcze do premiery „Niucha”, prawdopodobnie jednej z najlepszych książek w dorobku autora. Ta skrząca się od brytyjskiego humoru powieść oznaczała jedno: Pratchett pomimo postępującej choroby nie poddawał się do samego końca i walczył, nie opuszczając gardy ani na moment. Oczekiwania postawione zapowiedzianej już wówczas „Parze w ruch” wzrosły jeszcze bardziej. Być może za bardzo.

Kiedy fikcja szarzeje, by stać się rzeczywistością

To nie tak, że kolejna część przygód Moista von Lipwiga jest pod jakimkolwiek względem pozycją obiektywnie słabszą niż poprzedniczki. Wysoki poziom języka jest tu utrzymany, tłumacz (niezastąpiony Piotr W. Cholewa) spisuje się bez zarzutu, a sama historia nosi znak jakości autora i nie posiada dziur ani logicznych uchybień. Co w takim razie zawodzi?

Para w ruch - tattwaByć może sam Moist nie jest bohaterem tak interesującym jak inni mieszkańcy dyskowego uniwersum: chociaż Pratchett przekonuje o jego wyjątkowości, oszust nie posiada fascynującej głębi patrycjusza ani charyzmy Vimesa, nie jest tak rozbrajający jak Śmierć lub Rincewind ani czarujący jak Niania Ogg. Von Lipwig i jego ukochana Adora wydają się na ich tle jednowymiarowi i płascy, pozbawieni charakterów i przez to zwyczajnie nudni. Z kolei brawurowo rozpisana postać Vetinariego traci jakby w „Parze…“ pazury: Havelock sprawia wrażenie bohatera, który mocno zestarzał się od czasu wydarzeń opisanych w poprzednim tomie sagi. Łagodniejący od jakiegoś czasu Patrycjusz nie jest już tym tyranem, którego pokochaliśmy i na którego ostre jak garota tnąca riposty czekaliśmy z narastającą ekscytacją, by ostatecznie wydać z siebie kwik zadowolenia: momentami wydaje się po ludzku wahać, mieć wątpliwości, a czytelnik stopniowo, lecz nieubłaganie traci wiarę w to, że ta niesamowita postać jest aż tak dobrym graczem, za jakiego do tej pory ją uważał.

Możliwe, że na tym właśnie polega problem. Przerysowane do granic możliwości sylwetki indywiduów zaludniających Świat Dysku tracą swoje komiczne rysy i próbują udawać kogoś, kim nie są: prawdziwych ludzi. Pratchettowski absurd rozmywa się w próbach nadania historii rysu prawdopodobieństwa, a sama historia lokomotywy-bogini wydaje się nieco za bardzo przypominać opowieść opisaną w „Muzyce duszy“. Tempo akcji, chociaż narasta wraz z rytmem rozpędzającego się pociągu, nie przypomina już tego, które uważny odbiorca zapamiętał z opisów turystycznych przygód trzech wiedźm (Dziewica, Matka i… ta trzecia) oraz  szalonych eskapad Rincewinda i Dwukwiata. Wrażenie to podsyca także język „Pary…“: chociaż to wciąż stary, dobry Pratchett i stary, dobry Cholewa, to trudno oprzeć się wrażeniu, że kolejne okrągłe zdania pozbawione są ostrości i charakterystycznego dla autora iskrzenia, które zmuszało nierzadko do cofnięcia się o akapit lub dwa, gdy ukryta głęboko metafora czy zawoalowana ironia uderzała po czasie prosto między oczy. Krzesłem.

„Para w ruch” i gorzki smak pożegnania

Para w ruch - tattwa

Paul Kidby

Koniec końców jest to jednak dobra powieść, chociaż jakby nie do końca zdecydowana, czym właściwie chciałaby być: satyrą i absurdalną humoreską, których przebłyski wciąż jeszcze widać w dynamicznych dialogach i konstrukcjach postaci, czy może poważną powieścią fantasy, która pod płaszczykiem przygody próbuje przemycić treści zupełnie poważne i dające do myślenia w nowy, mniej przewrotny sposób. Pratchett usiłuje mówić wprost, rzucając swoich bohaterów w wir wydarzeń, które po małym retuszu mogłyby stanowić kanwę realistycznej opowieści. Czy to dobrze? Czy źle? Trudno oprzeć się wrażeniu, że pętająca przekaz fantastyczna forma sprawia, iż całość – niestety znajduje się na granicy lekkiej rozrywki i poważnych rozważań; granicy, której nie jest w stanie przekroczyć. „Parze w ruch“ nie wychodzi to na dobre: czytelnik otrzymuje książkę, która jest zbyt poważna, żeby doprowadzić do łez ze śmiechu i zbyt lekka, by potraktować ją serio, jako punkt wyjścia do głębokiej refleksji.

Od momentu przewrócenia ostatniej strony zastanawiam się bezustannie, jak ustosunkować się wobec kolejnych tomów serii, po które jeszcze nie sięgnęłam. Czy słusznie wydaje mi się, że „Para w ruch“ zawodzi pokładane w niej nadzieje? Czy wyrosłam ze Świata Dysku i jego magicznego, brytyjskiego sarkazmu? A może wyrósł z niego sam autor, mając już dość swoich komicznych i odrealnionych bohaterów, balansujących brawurowo na krawędzi obłędu? Być może to tu właśnie zaczęło się jego pożegnanie, pieśń na odejście? Od polskiej premiery „Pary w ruch” minęły już 3 lata, a ja wciąż odwlekam te ostatnie spotkania. Tym razem wiem już, że to naprawdę koniec, że ta monumentalna saga, która mnie wychowała i która towarzyszyła mi przez całą młodość, została ukończona na dobre. Dopóki jednak w pamięci mojego czytnika czekają jeszcze niezaczęte tomy, dopóty mogę mówić sobie, że Pratchett nie powiedział jeszcze ostatniego słowa w moim życiu.


Chcesz przeczytać książki Pratchetta, ale nie wiesz, od czego zacząć? Zajrzyj do mojego poradnika


Książki Terry’ego Pratchetta możesz kupić, klikając w powyższy baner reklamowy („Parę w ruch” znajdziesz tutaj) – drobny procent od sprzedaży książki trafi wówczas na moje konto. Dokonując zakupu, przyczyniasz się do rozwoju bloga i umożliwiasz mi odwlekanie w nieskończoność momentu, kiedy będę musiała wziąć się za prawdziwą pracę. Z góry dziękuję.

Znajdź mnie na Goodreads.

Jeśli nie chcesz przegapić kolejnych wpisów, obserwuj mnie na Facebooku lub Twitterze. Zwłaszcza na Twitterze. Tam jest po prostu fajniej. Jeśli jednak wolisz Facebooka, dołącz do mojej grupy „Wygrzebki: pretensje do kultury”, która w założeniu ma stać się miejscem do merytorycznej dyskusji na związane z kulturą tematy niekoniecznie z pierwszych stron gazet. 

Ostatni człowiek na Ziemi: Peter Heller – "Gwiazdozbiór psa"
"Grace and Frankie" (S01-03): życie zaczyna się po siedemdziesiątce