"Mindhunter" (S01): kiedy fikcja nie dorównuje rzeczywistości
Wygrzebki z sieci #64: słowa, których nie znasz, a powinieneś

Od dawna planowałam publikację takiego zestawienia, a nawet całej serii. Wielu z nas ma bowiem wśród przyjaciół osoby z innych państw; dla wielu z nich nasz kraj to kompletna egzotyka (tak po prawdzie, to i ja czasami czuję się jak w ukrytej kamerze) i warto wykorzystać okres świąteczny, żeby udowodnić, że „coś ładnego z Polski” to niekoniecznie pół litra Wyborowej. Bo nawet jeśli z okazji jakiejś tam okazji sięgamy po zapakowany w gustowną torebeczkę alkohol, to możemy wybrać przecież coś, co niekoniecznie można nabyć w każdym mopolowym 24/7. Czy wiecie zatem, co kupić w prezencie obcokrajowcowi? Może… polskie kosmetyki?

Ilekroć wyjeżdżam za granicę, staram się przywieźć sobie coś typowego dla danego kraju, w miarę możliwości tradycyjnego. W praktyce zawsze uprawiam gastroturystykę (jako najłatwiejszy i zarazem najlepszy sposób pozyskania pięknej, chociaż może nietrwałej pamiątki), robię sporo zdjęć i poluję na produkty firm, które uchodzą za flagowe dla danego państwa lub są niedostępne poza granicami kraju. Lubię rzemiosło, gadżety z regionalnymi bohaterami popkultury, lokalne produkty spożywcze i kosmetyki. O podobne gadżety proszę znajomych, którzy często podróżują. I tak w mojej kolekcji znalazły się karty do gry ze Smurfami (Belgia), breloczek z Krecikiem (Czechy), ponad 20-letnia już torebka ze skóry wielbłąda (Tunezja), chińska figurka smoka z (tak sądzę) zielonego onyksu i japońskie pałeczki, a w moim brzuchu wylądowały belgijskie czekoladki, kanadyjskie ciasteczka z syropem klonowym, słodycze brytyjskiej marki Cadbury, wrzosowy likier ze Szkocji, prawdziwy chiński pu-erh, japońska matcha oraz wiele innych pysznych rzeczy.

Jako człowiek dokonujący 90% zakupów w sieci, mam czarny pas w wydawaniu hajsu przez internet. Dlatego nie mam nigdy problemu z określeniem, co powinnam sobie przywieźć z kolejnej wycieczki i podobnie jestem w stanie doradzić, co warto kupić w prezencie osobie, która Polski nie zna w ogóle lub dopiero ją poznaje. Jeśli zatem spotykacie się z kimś z innego kraju (co być może stwarza też konieczność obdarowania potencjalnych teściów, szwagrów i pociotków), robicie interesy z obcokrajowcami i chcecie się podlizać kontrahentom lub po prostu macie wielu przyjaciół na całym świecie, zajrzyjcie do tego przewodnika. Prawie wszystkie polecane tu produkty przetestowałam na sobie – chociaż preferencje bywają różne i nie ma kosmetyków idealnych dla wszystkich, to za jakość tych rzeczy mogę ręczyć.

Polska mistrzem (nie tylko) Polski

Wiedzieliście, że Polska jest jednym z europejskich liderów pod względem produkcji produktów kosmetycznych? Eksportujemy je do aż 130 krajów, co daje nam 6. pozycję na liście na Starym Kontynencie. Możemy pochwalić się (w przeciwieństwie do większości krajów) uczelniami wyższymi kształcącymi kosmetologów na poziomie uniwersyteckim, a także nowoczesnymi laboratoriami i ośrodkami badawczymi. Ziaja, Delia czy Inglot to tylko wybrane przykłady polskich marek rozpoznawanych za granicą. Popularnością cieszą się także kosmetyki Laboratorium Kosmetycznego Dr Irena Eris, produkty firm Floslek, AVA, Phenomé, Dermedic, HEAN czy Oceanic. Dlaczego wygrywają z konkurencją? To proste: nie ustępują jej pod względem jakości, a najczęściej oferowane są w znacznie niższej cenie niż kosmetyki zachodnich brandów. Klienci podkreślają też, że wiele polskich marek wykorzystuje naturalne składniki zamiast zastępować je syntetycznymi odpowiednikami, co w czasach nasilającej się mody na naturalność może okazać się polską kartą przetargową na konkurencyjnym rynku.

polskie kosmetyki - prezent dla obcokrajowca

1-4 Soap Szop: seria Yen o zapachu bzu i agrestu (dostepna także w zestawie) – 1. Mus do ciała | 2. Cukrowy scrub do ciała (dostępny także puder kąpielowy) | 3. Mydło | 4. Szampon w kostce | 5. Serum antyoksydacyjne z witaminą C Clochee | 6. Bio Serum Neen i Tulsi Orientana | 7. Brązujący balsam do ciała Mokosh

Ja sama już jakiś czas przestawiłam się na naturę i dlatego polecę Wam przede wszystkim właśnie takie kosmetyki. To dobry wybór nie tylko dlatego, że ich składom trudno cokolwiek zarzucić. Z perspektywy obdarowanego ciekawe będzie na pewno i to, że większości tych produktów nie kupicie w pierwszej lepszej drogerii  – dostępne są zwykle online, na specjalnych targach i kiermaszach lub w wybranych sklepach, o których istnieniu po prostu trzeba wiedzieć. To rzeczy, na które turysta najprawdopodobniej nie trafi, spacerując uliczkami starówki lub Starego Miasta, nie znajdzie ich także raczej w galerii handlowej (chociaż to się powoli zmienia!).

W przypadku kosmetyków naturalnych naprawdę warto dowiedzieć się przed zakupem, czy nasza ofiara nie ma przypadkiem na coś alergii. Tego rodzaju produkty, opierające się najczęściej na roślinnych ekstraktach, mogą bowiem silnie uczulać. Kiedy kupuję np. coś dla mojej babci, zawsze zwracam, czy w składzie nie ma rumianku. To istotne, bo o ile istnieją rośliny uczulające bardzo rzadko lub nigdy, to jednak całkiem sporo osób ma alergię np. na cytrusy. Po prostu zapytajcie!

Polskie znaczy lepsze?

Wśród polskich marek kosmetycznych oferujących produkty naturalne nietrudno znaleźć takie, które są także fair trade i gwarantują wegańskie pochodzenie. Jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, pytajcie bezpośrednio poprzez formularze kontaktowe na stronach producentów lub na Facebooku. Na potrzeby tego zestawienia nie wyróżniałam osobno takich kosmetyków, ale na pewno wśród tu wymienionych znajdziecie sporo odpowiednich propozycji.

Zastanawiam się często, czy Polacy naprawdę wciąż niechętnie patrzą na polskie marki i myślą, że te zagraniczne są lepsze tylko dlatego, że są zagraniczne. Z jednej strony wiem, że produkty Inglot mają wiele fanek, podobnie jak Ziaja (jak dla mnie totalnie niezasłużenie, biorąc pod uwagę składy produktów), ale kiedy przychodzi np. do wyboru domowej chemii, to już jest gorzej. O ile jestem w stanie zrozumieć to podejście w przypadku niektórych konkretnych branż (np. motoryzacyjnej) i sama kupuję jedynie zagraniczną elektronikę (głównie dlatego, że w Polsce za wiele się jej nie robi), to o wiele chętniej sięgam po polskie ubrania i kosmetyki niż po ich odpowiedniki z innych krajów.

Dlaczego o tym piszę? Często irytuje mnie, że po nazwie marki i produktu nie jestem w stanie wywnioskować pochodzenia. O ile jestem w stanie zrozumieć, że niektórzy z góry nastawiają się na międzynarodową działaność i szukają nazwy, która będzie chwytliwa także za granicą, to jednak wydaje mi się, że można w języku polskim znaleźć słowa, które da się odczytać bez problemu bez znajomości znaków typu „ą” i „ę”. Nie podoba mi się trend na nadawanie markom nazw anglojęzycznych lub francuskojęzycznych żeby tylko brzmiały bardziej światowo, a przecież jest to praktyka bardzo częsta.

Inna sprawa, że nawet w przypadku nazwy obcojęzycznej można dać do zrozumienia, że marka ma polskie pochodzenie, na co przykładem są Soap Szop (ok, ten szop może być za granicą nieco trudny do rozszyfrowania w mowie, ale póki co jest to niewielka marka lokalna) czy RISK made in Warsaw. Da się? Da się. Traviaste, Vianek, Svoje czy Mokosh to nazwy, które nie zostawiaja cienia wątpliwości co do pochodzenia marki – i dobrze. Chcę kupować lokalne produkty i jest to dla mnie istotne, dlatego zawsze sprawdzam – jeśli mam wątpliwości – kto stoi za daną firmą (i czy przypadkiem nie jest ona odnogą jakiejś dużej korporacji). Irytuje mnie, że w wielu przypadkach te informacje trudno znaleźć nawet na stronach internetowych marek. A ja naprawdę chciałabym wiedzieć o nich coś więcej – zwłaszcza w przypadku tych małych manufaktur.

Sama o wiele chętniej wybieram polskie kosmetyki niż zagraniczne i naprawdę chciałabym, żeby kiedyś było to standardem dla wszystkim. Chciałabym, żeby Polacy ufali tym produktom tak, jak ufa im wiele innych krajów na świecie, gdzie polskie kosmetyki cieszą się sporym zainteresowaniem. A inna sprawa, że jeśli w tym kraju zarobki kiedykolwiek mają być normalne, to właśnie tędy wiedzie droga: poprzez wspieranie lokalnych przedsiębiorców i rozwijanie krajowej produkcji. Bo możemy sobie narzekać, że nikt nam nie chce płacić, ale sami niechętnie przekazujemy wciąż pieniądze krajowym markom.

To na szczęście zmienia się z roku na rok i sukcesy polskich firm w kraju i poza jego granicami pokazują, że jednak się da. Warto więc stawiać na to, co polskie: nie dlatego nawet, że polskie, tylko dlatego, że po prostu dobre. Dobrze znane szerokiej publiczności Resibo dostępne jest obecnie – jak wnioskuję z Instagrama – nie tylko we Włoszech i w Niemczech, ale i… w Chile, a wspaniałe Clochee – w Bułgarii, na Kostaryce, w Szwajcarii, w Kanadzie, w Wielkiej Brytanii oraz w Emiratach Arabskich. Kosmetyki Alkemie możecie znaleźć m.in. w Hong Kongu. I takiego samego sukcesu chciałoby się życzyć wielu polskim markom!

Jak już wspominałam, przetestowałam większość przedstawionych tu produktów i wiem, że jeśli zdecydujecie się umieścić je w ozdobnym świątecznym opakowaniu i wręczyć bliskiej osobie, niezależnie od tego, czy ta osoba będzie Polką / Polakiem czy też obcokrajowcem. Na liście moich ulubionych polskich marek znajdują się obecnie wspomniane Sylveco, Your Natural Side, Clochee, Alkemie, Ministerstwo Dobrego Mydła i Soap Szop, za którym stoi moja wieloletnia koleżanka.

A jeśli jesteśmy już przy Soap Szopie, to sprzedam Wam ciekawostkę na temat jednej z jego założycielek, Inki: kiedy była mała (i mówiąc to, mam na myśli naprawdę mała, bo dzisiaj też jest raczej kompaktowa), wyglądała i zachowywała się dokładnie jak Ciri z „Wiedźmina”. To znaczy najpierw było ją słychać, potem dopiero widać, nie przepuszczała nikomu, kto ją zaczepiał, a słownictwo w wieku 10 lat miała bogatsze niż niejeden zawodowy barman, który niejedno w życiu przeszedł. Od kiedy przeczytałam tę sagę, zawsze wyobrażałam sobie Inkę w tej roli w ekranizacji. I w sumie to dość zabawne, biorąc pod uwagę, jaki branding ma jej marka.

Polskie kosmetyki w kolorze

O ile większość Polek jest w stanie wymienić kilka polskich marek kosmetycznych bez dłuższego namysłu, to sytuacja komplikuje się, kiedy zawęzimy tę kategorię wyłącznie do kolorówki. Tutaj po Inglocie następuje zazwyczaj dłuższa pauza. Sama mam z tym problem – chociaż z powodu zainteresowanie tematem poznałam więcej takich marek, to jednak ich dostępność pozostawia wiele do życzenia. I nic to nawet, że nie ma ich w stacjonarnych drogeriach, bo do tych zaglądam bardzo rzadko, ale nie trafiam na nie także w sklepach internetowych, a to jest już problem. Bo skąd niby mam dowiedzieć się o ich istnieniu?

Sytuacji nie poprawia już wspomniane nazewnictwo: nazwa marki Inglot pochodzi oczywiście od nazwiska założyciela firmy, ale już w przypadku Annabelle Minerals o polskim pochodzeniu produktów trzeba po prostu wiedzieć. Flagowy produkt marki Bikor to Ziemia Egipska, a nie Egyptian Soil, ale już Bioline drukuje na swoich opakowaniach napis body oil. Nie wiem, być może przygotowanie osobnych opakowań na rynek polski to nieopłacalny biznes, ale przykład Soap Szopu pokazuje, że poslugiwanie się rodzimym językiem może być atutem. Pojawiające się w komunikacji marki i na słoiczkach oraz kartonikach zabawne komunikaty i żarty słowne przywiązują do produktu i zapadają w pamięć. RISK made in Warsaw nazywa swoje ubrania w sposób zrozumiały tylko dla polskiego odbiorcy, bawiąc się skojarzeniami – Tyrmandówka, Tiulewna, Baldresówa, Masz Wiadomość, Fuksiara czy Rzymskie Wakacje sprawiają, że chce się mieć te sukienki nawet dla samej tylko nazwy. Chyba że to jedynie ja tak mam?

Jeśli chodzi o polską kolorówkę, sama najczęściej – także z powodu dostępności – sięgam po produkty Inglota i w odróżnieniu od kosmetyków pielęgnacyjnych akurat tych produktów nie lubię kupować przez internet. Wiadomo, lepiej jest sprawdzić na miejscu kolor szminki czy też cieni, a podkład albo krem BB fajnie byłoby przetestować przed zakupem przynajmniej na grzbiecie dłoni. Przyznam Wam się przy tym, że ja niespecjalnie lubię kupować kosmetyki kolorowe – o ile testowanie nowych balsamów do ciała, olejków czy maseczek sprawia mi sporo frajdy, o tyle w makijażu lubię mieć pod ręką sprawdzone pewniaki, które nigdy mnie nie zawiodą. Wiem już, na który krem BB i na jaki korektor mogę zawsze liczyć, który tusz zapewni mi efekt dramatic look, jaka konturówka pasuje do mojej ulubionej czerwonej pomadki i wreszcie która to pomadka wytrzyma na ustach nawet kilkanaście godzin. Niestety, przejście na naturalne zamienniki okazało się w przypadku kolorówki bardzo trudne i zajęło mi sporo czasu.

Na chwilę obecną nie jestem jeszcze w stanie z czystym sumieniem polecić wielu produktów kolorowych (a już na pewno nie całych marek), które są jednocześnie naturalne i polskie. Wydaje mi się zresztą, że kosmetyki do makijażu sa zdecydowanie trudniejszym prezentem i łatwiej spudłować, jeśli nie zna się bardzo dobrze upodobań kolorystycznych. I nie to, że jakoś zawzięcie bojkotuję konwencjonalne produkty drogeryjne, bo sama jeszcze paru używam – po prostu nie znam drugiego kraju z tak rozwiniętym i jednocześnie przystępnym cenowo rynkiem kosmetyków naturalnych (a wierzcie mi, szukałam i to nawet w ramach obowiązków zawodowych), więc w mojej opinii to te właśnie rzeczy wypadają ciekawiej jako potencjalne upominki.

Nawet jeśli macie już pomysł na prezent mikołajkowy lub świąteczny, olejek ze słotymi drobinkami czy obłędnie pachnący mus do ciała w komplecie z ręcznie robionym mydełkiem to zawsze miły dodatek. Fan(ka) stylu życia zero (albo less) waste doceni z pewnością szklane opakowania i chętnie przetestuje szampon w kostce, a mocno nawilżający krem do rąk przyda się zimą prawie każdemu. I nie zapominajcie o obłędnie pachnących sojowych świecach!

A jakie polskie kosmetyki Wy najchętniej kupujecie?

"Mindhunter" (S01): kiedy fikcja nie dorównuje rzeczywistości
Wygrzebki z sieci #64: słowa, których nie znasz, a powinieneś