Szorty kulturalne #41: ja vs. Netflix, czyli seriale klasy raczej średniej
Wygrzebki #89: magiczne dzieciństwo i kalkulator wartości zwłok

Napisałam ten tekst niedługo po premierze „American Crime Story: Sprawa O.J. Simpsona” oraz „O.J.: Made in America” i przepadł mi gdzieś w czeluściach WordPressa. Odkopałam go, bo te dwa seriale naprawdę warto obejrzeć. Jeśli jeszcze tego nie zrobiliście, gorąco zachęcam was do seansu. 

***

Sprawę O.J. Simpsona znam – a raczej znałam – pobieżnie. Kiedy został oskarżony o zamordowanie swojej byłej żony Nicole i jej nowego partnera, miałam kilka lat i nawet jeśli moi rodzice byli tym wydarzeniem w jakikolwiek sposób zainteresowani, to nigdy nie dali po sobie tego poznać. Amerykańska kultura popularna, celebryckie plotki i skandale nigdy nie były częścią mojego wychowania z zakresu kultury w ogóle, więc jakimś cudem ta historia dotarła do mnie dopiero w wieku dorosłym, głównie za sprawą nawiązań pojawiających się regularnie w innych produkcjach (m.in. w „BoJacku Horsemanie”) lub amerykańskich programach telewizyjnych. Ma to znaczenie o tyle, że do niedawna nie wiedziałam tak naprawdę, co stało się z Simpsonem – miałam świadomość, że trafił do więzienia, ale nigdy nie zbadałam okoliczności jego oskarżenia i wyroku. W jakimś sensie oglądałam więc ten serial „na czysto”, nie wiedząc do końca, jak się skończy i co wydarzy się po drodze.

O.J. Simpson - tattwa

[kadr: „American Crime Story: Sprawa O.J. Simpsona”] Bez skrupułów: O.J. Simpson miał po swojej stronie stado prawniczych rekinów słynących z dążenia do celu po trupach. Po procesie Simpsona Robert Shapiro (w tej roli John Travolta) porzucił prawo karne i przerzucił się na wierną służbę największym korporacjom, którym pomagał obalać pozwy. Specjalnością Johnniego Cochrana (Courtney B. Vance) były natomiast sprawy na tle rasowym: chociaż wielokrotnie służył słusznej sprawie, punktując nierówne traktowanie, profilowanie rasowe i dyskryminację w amerykańskim systemie prawnym, argumentem rasowym posługiwał się nader chętnie także tam, gdzie wina jego klientów była w zasadzie jednoznaczna – jak w przypadku Simpsona. Wśród jego klientów znajdowała się cała śmietanka amerykańskiego rapu, m.in. Sean Combs (P. Diddy), Tupac Shakur czy Snoop Dogg. W latach 1993 i 1994 Cochran bronił także Michaela Jacksona w sprawie o molestowanie seksualne nieletnich.

Nie wiedziałam na przykład, że O.J. związany był z rodziną Kardashianów (w Roberta Kardashiana, jednego z prawników Simpsona, wcielił się w serialu David Schwimmer) – odkrycie tego faktu było dla mnie sporym zaskoczeniem. Plusem tej niewiedzy było jednak nieustające napięcie, które odczuwałam podczas seansu: złapią go? Nie złapią? Pójdzie siedzieć, nie pójdzie? Czy na pewno zabił? Narracja w „American Crime Story” poprowadzona jest w taki sposób, że jeśli uda się na moment wyprzeć ze świadomości finał tej tragedii, wyrok jest zagadką do samego końca i widz nie ma pojęcia, jak potoczą się dalej losy Simpsona. Z podobnych powodów doceniałam zawsze „Melancholię” von Triera (cholera, do ostatnich sekund nie wiadomo, czy ta planeta uderzy w Ziemię czy też nie) oraz serial „Broadchurch” (pomijam kwestię tego, że w pierwszym sezonie tożsamość zabójcy okazuje się bardzo dużym zaskoczeniem, ale warto przyjrzeć się sezonowi drugiemu, w którym do samego końca nie można być pewnym wyroku, jaki wyda ława przysięgłych i co zrobi w tej sytuacji sędzia).

Fikcja vs. rzeczywistość

Duża w tym zasługa obsady: Cuba Gooding Jr. (O.J. Simpson) dowodzi swojej niewinności tak przekonująco, że raz po raz naprawdę chce mu się wierzyć, John Travolta przypomina, że bycie cynicznym i pozbawionym skrupułów dupkiem wciąż wychodzi mu wspaniale, a David Schwimmer, czyli pamiętny Ross z „Przyjaciół”, zmaga się z własnymi wątpliwościami w sposób usuwający go z kręgu podejrzanych o mataczenie i kłamstwo. Courtney B. Vance jako Johnnie Cochran gra tymczasem prawdopodobnie rolę swojego życia, skutecznie zacierając granicę między moralnością i cynicznym naginaniem zasad w imię osiągnięcia wyższego celu, a Sarah Paulson w roli Marcii Clark uświadamia z całą mocą, jakie pułapki czekały na kobiety, które ośmielały się wchodzić do piaskownicy zarezerwowanej do nie aż tak dawna jedynie dla chłopców.

O.J. Simpson - tattwa

Prawdziwy O.J. Simpson podczas rozprawy. Dzięki staraniom Johnniego Cochrana obciążające Simpsona dowody zostały odrzucone po tym, jak prawnicy obrony udowodnili jednemu z funkcjonariuszy policji rasizm i zasugerowali możliwość podłożenia dowodu. Teatralny pokaz mierzenia przez oskarżonego rzekomo zbyt małych rękawic (jedna z nich została znaleziona na miejscu zbrodni) Cochran skwitował w swojej mowie zamykającej słynnymi słowami: „If it doesn’t fit, you must acquit”. 

Chociaż 10 odcinków (po 42 minuty każdy) to bite 7 godzin śledzenia sądowych przepychanek, manipulowania faktami, nadużyć moralnych i wypaczeń amerykańskiego systemu prawnego (łapa przysięgłych, duh) bez większego udziału akcji, która posuwa się do przodu raczej niespiesznie, to od tego serialu nie da się oderwać. Jeśli macie zamiar go obejrzeć, do czego zachęcam, zarezerwujcie sobie od razu cały dzień lub wolny weekend, nie zaczynajcie wieczorem w przeddzień dnia roboczego, bo po prostu zarwiecie noc. Nawet jeśli wiecie, jak ta historia się skończyła, to będziecie chcieli zobaczyć, jak do tego rozwiązania doszło. I dlaczego.

Serial sprawił, że sprawa Simpsona ożyła na nowo, zwłaszcza że premiera tytułu zbiegła się w czasie z serialem dokumentalnym „O.J.: Made in America”. Obydwie produkcje zostały obsypane nominacjami i nagrodami: do „American Crime Story” trafiły m.in. 2 Złote Globy (Najlepszy serial limitowany lub film telewizyjny oraz Najlepsza aktorka w serialu limitowanym lub filmie telewizyjnym dla Sarah Paulson), 9 statuetek Emmy i 2 Satelity, a na konto „Made in America” trafił przede wszystkim Oscar za najlepszy pełnometrażowy film dokumentalny (5 odcinków miniserialu zostało zaprezentowane jako spójna całość – nie ma w tym przekłamania, bo podczas seansu widać wyraźnie, że podział wynika przede wszystkim z metrażu i komfortu oglądania) oraz 2 nagrody Emmy za reżyserię i montaż filmu dokumentalnego.

Obejrzałam obydwa seriale jeden po drugim, bo ten fabularny rozbudził tylko apetyt na detale związane z historią Simpsona. Rozczaruje się jednak ten, kto złakniony jest sensacyjnego tonu i pikantnych detali (np. związanych z relacją głównego bohatera opowieści z rodziną Kardashianów): twórcy konsekwentnie unikają brukowego tonu, rzetelnie prezentując wydarzenia z mrówczą skrupulatnością. Nie poprzestają też na zaprezentowaniu okoliczności samego procesu: „O.J.: Made in America” to drobiazgowe studium postaci, obejmujące okres od wczesnej młodości obiecującego sportowca aż po jego karierę przestępczą w późniejszych latach, która ostatecznie zaprowadziła go za kratki. Ten 5-godzinny dokument stara się ze wszystkich sił, żeby wyczerpać temat – w intrygujący sposób analizuje proces budowania tożsamości Simpsona w świadomości publicznej, przywołując głośne słowa ówczesnej gwiazdy futbolu: „I’m not black, I’m O.J.”.

O.J. Simpson: studium w czerni i bieli (oraz odcieniach szarości)

Ta część biografii Simpsona jest nie mniej fascynująca niż okoliczności jego uniwinnienia, wyrok sądu cywilnego i późniejsza kariera przestępcza. Twórcy serialu rekonstruują drogę sportowca na szczyt w kontekście ówczesnej sytuacji społecznej i wciąż silnie wybrzmiewające w USA echa nie tak dawnej segregacji rasowej. W tym kontekście ten istotny cytat jest po prostu wyrazem niezgody na nierówności wynikające z koloru skóry i wyrazem pragnienia O.J., aby być postrzeganym przez pryzmat swoich osiągnięć i możliwości, a nie pochodzenia. Odsuwając na moment na bok późniejsze przestępstwa dokonane przez Simpsona, dla Afroamerykanów stał się symbolem przekraczania barier: jako pierwszy czarnoskóry mężczyzna brał udział w kampaniach reklamowych największych marek, które do tej pory kierowały swój przekaz jedynie do białej, konserwatywnej społeczności. „Made in America” rozkłada na czynniki pierwsze tło tych wydarzeń: O.J. Simpson konsekwentnie grał rolę celebryty, który chociaż był czarny, tak naprawdę reprezentował „białe” wartości i takiż styl życia, tak ukochane przez republikanów. Dzięki temu mógł zostać idolem całego narodu, a nie tylko ulubieńcem społeczności afroamerykańskiej.

previous arrow
next arrow
Slider

Ten wątek wyjaśnia, dlaczego ta właśnie społeczność tak zaciekle broniła Simpsona w trakcie procesu i z radością świętowała jego uniewinnienie. Pojawiały się głosy – że przyczyną takiego rozgłosu towarzyszącego procesowi nie były sława i bogactwo oskarżonego, ale sam fakt, że ofiarami morderstwa było dwoje białych ludzi, w tym biała kobieta. Czy byłby to proces stulecia, gdyby z ręki O.J. zginęła jego pierwsza, czarnoskóra żona Marguerite? Można założyć również, że wsparcie okazywanego upadłej gwieździe nie było tak naprawdę powodowane wiarą w niewinność Simpsona, ale opowiedzeniem się po konkretnej stronie znacznie większego konfliktu, którego niesłabnącym rzecznikiem był Johnnie Cochran. Amerykańskie statystyki nie pozostawiają złudzeń: Afroamerykanie są częściej ofiarami niesłusznych oskarżeń, historycznie otrzymywali wyższe wyroki i byli częściej skazywani nawet w oparciu o poszlaki, częściej skazywano ich na karę śmierci lub dożywocie i podczas interwencji policji częściej padali ofiarą brutalności funkcjonariuszy i nadużycia siły (aż do nieuzasadnionego użycia broni).

Kariera gangstera

„O.J.: Made in America” nie jest próbą wybielenia Simpsona i nawet przez moment nie sugeruje, że mógł on być faktycznie niesłusznie oskarżony. Jednocześnie wybiera trudniejszą drogę, uwzględniając tło kulturowe i społeczne, które umożliwiło obronie manipulację faktami i doprowadziło do uniwinnienia mordercy. To seans obowiązkowy nie tylko dla tych, którzy zainteresowani są okolicznościami procesu dawnej gwiazdy futbolu, ale także (a może i przede wszystkim) dla osób zgłębiających niuanse nierówności na tle rasowym we współczesnych Stanach Zjednoczonych. Dziś, niemal ćwierć wieku po głośnym procesie, który podzielił Amerykanów, kontekst procesu O.J. Simpsona nie traci na aktualności.

Czy O.J. naprawdę zabił swoją żonę Nicole Brown Simpson i jej partnera Ronalda Goldmana? W 2006 roku Simpson udzielił wywiadu na antenie stacji FOX: emisja materiału została wówczas wstrzymana i nagranie ujrzało światło dzienne dopiero w roku 2018. Przez wiele osób traktowane jest jako przyznanie się O.J. do zarzucanych mu zbrodni. W 2007 roku ukazała się książka, którą O.J. Simpson napisał wspólnie z ghostwriterem Pablo Fenjvesem pt. „If I Did It: Confessions of the Killer”. Publikacja zawiera opis hipotetycznego przebiegu morderstwa Nicole i Rona

O.J. Simpson opuścił więzienie w Nevadzie 1 października 2017 roku. W wyniku wyroku skazującego za napaść spędził w zakładzie karnym 9 lat. Obecnie przebywa na wolności.

***

Na zamieszczonym w tekście sliderze znajdziecie nawiązanie do sprawy O.J. z serialu „BoJack Horseman” (finałowy odcinek 4. sezonu): zamieszczam go, bo jest naprawdę celnym komentarzem do tego, jak wyglądał proces Simpsona i jakie stanowisko zajmowała obrona. W tym dialogu ukryte są dwa żarty, niekoniecznie czytelne dla polskiego widza: po pierwsze głos pod postać Barry’ego Schecka, prawnika O.J., podkłada tu Bob Murrow, odtwórca roli Schecka w serialu „American Crime Story”. Po drugie: z ust Schecka pada zdanie: „[my car] ran out of juice”, które zostało w polskiej wersji przetłumaczone jako „może zabrakło… wachy?”. Niestety nie da się dobrze oddać sensu tego żartu w języku polskim, ale O.J. Simpson miał przydomek „The Juice” (czyli sok), które wzięło się od jego inicjałów (O.J. = Orenthal James = Orange Juice; skrót OJ na określenie soku pomarańczowego jest powszechny w języku potocznym w USA).

Szorty kulturalne #41: ja vs. Netflix, czyli seriale klasy raczej średniej
Wygrzebki #89: magiczne dzieciństwo i kalkulator wartości zwłok