Nadrabianie studia Ghibli: "Podniebna poczta Kiki", "Narzeczona dla kota", "Spirited away – w Krainie Bogów", "Ruchomy zamek Hauru" i "Tajemniczy świat Arrietty"
Szorty kulturalne vol. 18, czyli jak (nie) śmiać się z miłości

Od kilku dni żyję studiem Ghibli: dostałam od wydawnictwa Kirin tę książkę i czytając ją – nadrabiam zaległości. Zostało mi jeszcze do obejrzenia kilka filmów: „Podniebna poczta Kiki”, „Szum morza”, „Szept serca”, „Powrót do marzeń”, „Szkarłatny pilot”, „Szopy w natarciu” i „Narzeczona dla kota”. Wczoraj po raz pierwszy przebrnęłam przez cały „Grobowiec świetlików” – wrażenia po seansie wywołały we mnie uczucie, że jestem pozbawiona wrażliwości. I serca.

Zastanawiam się, jak dalece nasze osobiste doświadczenia wpływają na to, co w późniejszym życiu oddziałuje na nas najmocniej. W związku z doświadczeniami z dzieciństwa posiadam do dzisiaj pozostałości po daddy issue i mam oczy w mokrym miejscu za każdym razem, kiedy bohater kreskówki traci i odzyskuje ojca. Nie płakałam na „Królu Lwie”, bo wówczas tego problemu nie miałam, dzisiaj już nie wiem, bo nie wracałam do tego tytułu od lat. Łzawię natomiast za każdym razem oglądając „Gdzie jest Nemo?”, kiedy dwa ptaki opowiadają sobie o dzielnej rybce, która przemierza oceany w poszukiwaniu syna. Jeden z nich kończy to konkluzją „i to się nazywa ojciec!”, co nawet teraz, kiedy tylko o tym myślę, porusza coś w mrocznym lochu mojej robaczywej duszy.

Podobnie mój przez lata pielęgnowany kompleks odrzucenia i obsesja na punkcie tego, że ludzie tak naprawdę mnie nie lubią, tylko udają uprzejmych, zbierają swoje żniwo: poryczałam się jak głupia na „Rudolfie Czerwononosym”. Wiecie, Rudolf był taki biedny, nieakceptowany, inne renifery śmiały się z niego i dokuczały mu. Nie wiem, z czego to wynika – nikt mi nigdy specjalnie nie dokuczał, nie miałam wrogów, nie jestem typem ofiary. Zawsze miałam z kim iść na sanki, na przerwach byłam nieodmiennie w samym centrum najgłośniejszej grupy, a jeśli było trzeba oddać, byłam w stanie dać komuś w zeby w obronie własnej godności. Mimo to, rozpaczliwej potrzeby bycia akceptowaną pozbyłam się dopiero 3 lata temu. Teraz mogę powiedzieć, że cudza opinia o mnie naprawdę zwisa mi i powiewa.

Piszę o tym dlatego, że „Grobowiec świetlików” nie zrobił na mnie większego wrażenia. Wiedziałam przed seansem, o czym jest ten film, wiedziałam, że umierają w nim dzieci i nastawiłam się na potoki łez. Łez jednak nie było.

Pozostałe części cyklu o filmach studia Ghibli znajdziecie tu i tu

Poprzedni1 z 3Następny

1. „Grobowiec świetlików” („Hotaru no Haka”, reż. Isao Takahata, 1988)

Studio Ghibli - tattwa

Zacznijmy może od tego, że we wspomnianej wcześniej książce znajduje się artykuł na temat Grobowca autorstwa Krzysztofa Stefańskiego pt. „Czy wypada płakać na Grobowcu Świetlików?” Autor twierdzi, że wypada, jednak warto zachować przy tym świadomość historyczną. Daleka jestem od tego, żeby potępiać film za to, że jego twórca nie bije się w piersi i nie przeprasza za udział Japonii w II wojnie światowej (dobrze wiemy, po której stronie), chociaż niektóre wypowiedzi japońskich polityków na ten temat do dzisiaj sprawiają, że krew się we mnie gotuje i rozbrojenie oraz przymusowy pacyfizm Japonii uważam za bardzo dobre posunięcie. Niemniej, nie jest to film historyczny lub edukacyjny i pozostaje mieć nadzieję, że jego widzowie mają świadomość tego, dlaczego Japonia została wówczas zaatakowana.

„Wojna to wydarzenie, w trakcie którego zabijają się ludzie, którzy się nawzajem nie znają i nie nienawidzą, ku chwale i pożytkowi ludzi, którzy się znaja i nienawidzą, ale się nie zabijają” – przeczytałam kiedyś takie zdanie i chociaż nie mogę odnaleźć jego autora, mocno zapadło mi w pamięć. Dlatego jestem pacyfistką. Nie mam nic przeciwko temu, żeby dobrowolnie  (!) zaciągający się żołnierze strzelali do siebie na ubitej ziemi. Problem leży w tym, że wojna pochłania miliony żyć i są to w większości życia cywilów.

Problematyka „Grobowca” dotyczy między innymi właśnie tego: wojna jest bezlitosna dla tych, którzy są jej mimowolnymi ofiarami. Nie oszczędza kobiet, dzieci, niepełnosprawnych i niewinnych. Co więcej, każda taka śmierć jest bezsensowna i bezwartościowa z punktu widzenia walki o zwycięstwo. W całym swoim tragizmie nie zmienia najczęściej nic: cywile podczas wojny są traktowani jak robactwo, które umiera pod butem przechodzącego wojska. Dlatego to ich dramat budzi tak gwałtowną reakcję, dlatego to na ich przykładzie omawia się najczęściej okrucieństwo i bezsens konfliktów zbrojnych.

Studio Ghibli - tattwa

Wykorzystanie tutaj dwójki dzieci w roli głównych bohaterów wzmacnia to przesłanie, sprawiając, że film staje się klasycznym wyciskaczem łez. Śmierć dziecka, starszej bezbronnej osoby lub wiernego zwierzęcia to ograne w kulturze chwyty, które z całą pewnością wzruszą większość widowni. Już samo to budzi we mnie bunt – nie dlatego, że nie obchodzi mnie cierpienie ludzkie, ale dlatego, że widziałam ten zabieg w tak wielu filmach i innych dziełach kultury, że utracił dla mnie swoją moc.

Następną kwestią jest sylwetka głównego bohatera. Cieszy mnie to, że nie jest to jednoznacznie nieskazitelny chłopiec o złotym serduszku, którego jedynym celem jest zapewnienie siostrze jak najlepszych warunków. Powiedzmy to sobie wprost: Seita jest nieodpowiedzialny, beztroski i… leniwy. Dzięki temu sprawia wrażenie normalnego nastolatka, a nie małego herosa, który zasługuje na pomnik. Pisze o tym Stefański w swoim artykule, podobna myśl pojawiła się także kilka dni temu w dyskusji na moim fanpage’u. 14-letni Seita pochodzi z uprzywilejowanej rodziny: jego ojciec jest wojskowym, więc chłopiec nie ma pojęcia, czy jest bieda (matka posiada cenne kimona, a żywność, którą chłopiec przekazuje ciotce, budzi jej zachwyt nie tylko dlatego, że podczas wojny wydzielane są skape racje żywnościowe – te produkty są po prostu bardzo kosztowne). W domu ciotki wychodzi na jaw, jak bardzo jest rozpieszczony: nie pomaga w pracach domowych (nie zmywa nawet naczyń po swoim posiłku), czuje się okradziony z żywności, którą oddał rodzinie, nie podejmuje edukacji ani pracy. Powiecie być może, że to tylko dziecko – ale wyraźnie zaznaczone jest, że przez zniszczeniem miasta Seita pracował w hucie! Ponadto czy 14 lat w czasie II wojny światowej to było naprawdę tak niewiele? Tak mało, żeby cały swój wolny czas poświęcać na zabawy z młodszą siostrą i nie poczuwać się do żadnej odpowiedzialności?

Jeśli chodzi o samą Setsuko, trudno ukryć, że powodem jej śmierci jest zaniedbanie brata, który wybiera do życia miejsce nie lepsze dla dziecka, ale to, w którym czuje się swobodniej. Być może zniecierpliwiona ciotka nie była najlepszą zastępczą matką, ale w zasadzie trudno jej się dziwić – widok 14-letniego próżniaka, o którego potrzeby musiała dbać, niewątpliwie działał jej na nerwy. Seita wybiera wolność – pozbawiony kontroli i opieki, próbuje być zaradny, jednak nawet wtedy, kiedy jego siostra głoduje, nie chce poprosić ciotki o pomoc.

Studio Ghibli - tattwa

Być może dlatego film mnie nie wzrusza, chociaż niewątpliwie przeraża i wywołuje bezsilną złość: mała dziewczynka umiera dlatego, że jej brat był zbyt arogancki i wolał kraść zamiast pracować. Pieniędze, które mogłby uratować jej życie, wybrał z konta matki dopiero pod sam koniec, kiedy już nie na wiele się zdały, wolał karmić dziecko suszonymi żabami niż schować dumę do kieszeni i przeprosić krewnych. Chociaż więź Seity z Setsuko jest ujmująca, a ich radosne pląsy po plaży niewątpliwie rozczulają, to główny bohater nie jest bez skazy. Umieszczanie go na liście ofiar wojny jest sporym przekłamaniem: Seity nie zabiła wojna. Zabiła go własna głupota i arogancja. I własnie dlatego nie mogę uznać Grobowca za film antywojenny – a tym mianem jest często określany.

Chociaż tłem tej historii jest konflikt zbrojny, zastanówmy się przez moment, jak potoczyłyby się losy Seity, gdyby rodziców rodziców nie stracił z powodu ataków, a np. w nieszczęśliwym wypadku. Tak czy inaczej trafiłby zapewne pod dach swojej ciotki. Chociaż o jedzenie byłoby zapewne wtedy łatwiej, ciotka prawdopodobnie i tak stawiałaby mu wymagania i oczekiwała, że w zamian za wikt o opierunek wesprze nową rodzinę swoim spadkiem po rodzicach. I na pewno, do kroćset, ktoś w nowym domu życzyłby sobie, ażeby panicz nauczył się po sobie zmywać. Czy w takiej sytuacji Seita również zabrałby siostrę pod pachę i wyniósł się na łono natury, żeby zasmakować wolności? Wiele w tej opowieści wskazuje na to, że tak. Być może tylko łatwiej byłoby mu kraść żywność.

A jeśli myślicie, że zbyt wiele wymagam od 14-letniego dziecka (gdyby bohater tego filmu miał lat 8 czy 10, napisałabym o „Grobowcu” coś całkowicie innego), zapytajcie swoich dziadków, co robili, gdy wybuchła wojna. Zapytajcie ich, jak szybko dorośli. Jestem pewna, że każdy z nich był w tym wieku dalece bardziej odpowiedzialny i samodzielny niż Seita. Jedna z ciekawostek na Filmwebie zawiera interesującą informację: film oparty jest na autobiograficznej powieści Akiyukiego Nosaki, który obwiniał się o śmierć siostry, zmarłej z powodu niedożywienia. W tym kontekście cała historia ma sens: jest szczera, nie pomija milczeniem kwestii odpowiedzialności, a dla samego autora mogła być formą rozliczenia z przeszłością. Mój zarzut dotyczy zatem nawet nie tyle co samego filmu, co jego percepcji: „Grobowca świetlików” nie odbieram jako obrazu pacyfistycznego i daleka jestem od idealizowania głównego bohatera oraz jego relacji z siostrą. To niezły film. Jak dla mnie – tylko niezły.

Poprzedni1 z 3Następny
Nadrabianie studia Ghibli: "Podniebna poczta Kiki", "Narzeczona dla kota", "Spirited away – w Krainie Bogów", "Ruchomy zamek Hauru" i "Tajemniczy świat Arrietty"
Szorty kulturalne vol. 18, czyli jak (nie) śmiać się z miłości