Człowiek-scyzoryk (Swiss Army Man, reż. Dan Kwan, Daniel Scheinert, 2016) – 8/10
Nominacje: Sundance (Główna Nagroda Jury – konkurs na najlepszy dramat), Gotham – Nagroda Specjalna (Nagroda im. Binghama Raya)
Nagrody: Sundance (Nagrody Reżyserskie – najlepszy reżyser dramatu)
Jedno jest pewne: “Człowiek-scyzoryk” nie pozostawia nikogo obojętnym. Już sama umiejętność wzbudzania jedynie skrajnych emocji może być wystarczającym powodem do zaplanowania seansu tego niesamowicie dziwnego filmu, który wzruszałby prawdopodobnie do łez, gdyby nie był tak groteskowy.

“Film o pierdzących zwłokach Daniela Radcliffe’a” wywoływał emocje już w momencie opublikowania zapowiedzi i trailera. Atmosferę oczekiwania podgrzały relacje z Sundance: spora część widowni opuściła salę podczas projekcji. Nie inaczej było na American Film Festiwal – może nie tłumnie, ale pojedynczo lub małymi grupkami widzowie w pośpiechu wychodzili z seansu. Dlaczego? Cóż, nie ma co ukrywać: “Człowieka-scyzoryka” można nazwać na pewno obscenicznym. Scena, w której Hank (Paul Dano) pruje fale, siedząc na plecach napędzanego wiatrami nieboszczyka, nie jest bynajmniej najmocniejszą. Prawdziwa jazda bez trzymanki dopiero się zaczyna.
Szczycę się tym, że mam żołądek jak labrador i mogę nie dość, że zjeść wszystko, to jeszcze potrafię spożyć to w trakcie oglądania slashera lub serialu “Kości”. Nie ma sprawy. Moja odporność ma jednak swoje granice i zemdliło mnie na przykład solidnie podczas (nie)sławnej sceny wesela w “Salo” Pasoliniego. Spokojnie – “Człowiek-scyzoryk” to w ogóle nie ta liga, chociaż motyw traktowania zwłok jako beczułki na wodę pitną wywołał we mnie mocne poczucie dyskomfortu i ucisk w gardle. Im bardziej jednak ten rozrywkowy truposz się ożywia, tym łatwiej zapomnieć, że ledwo co przeszedł fazę rigor mortis.
Nie popełnijcie błędu, zakładając, że prezentowane jest tutaj to samo poczucie humoru, które cechuje amerykańskie komedie skierowane do masowego odbiorcy. To nie tak, że bohater puszcza głośnego bąka i oczekuje się od widowni salw śmiechu. Ten film może razić delikatnych widzów i nie każdy dostrzeże w tym sens, ale w “Człowieku-scyzoryku” afirmacja życia miesza się z naturalizmem i brzydotą cielesności, tworząc intrygujący dysonans pomiędzy emocjonalną potrzebą, a fizycznym ograniczeniem. “To tylko ciało” – zdaje się mówić Kwan, puszczają oko do publiczności. Naturalia non sunt turpia.
Sceny rozgrywające się w lesie, których spora część widzów nie zdążyła zobaczyć przez opuszczeniem sali, to Sundance w czystej postaci, to emocje, dla których tak bardzo śledzę coroczny program tego festiwalu. Zachodzące słońce przebijające się przez gęste korony drzew, długie rozmowy przy płonącym nocą ognisku, miłość, pragnienie akceptacji i bycia zrozumianym, odarta z patosu samotność i doprowadzona do absurdu desperacja, wyzwalający taniec – ożywiony za pomocą woli Hanka Manny przyjmuje rolę wyzwolonego alter ego głównego bohatera, pomoga mu zrzucić maskę ograniczeń i strachu przed odrzuceniem. Ten eskapizm wydaje się niezbędny, zwłaszcza w kontekście finałowej sceny: konfrontacja przynosi upewnienie, ale nie może zaspokoić pragnienia. Być może na marzycieli czeka inny, lepszy świat.



