6. Orange is The New Black – 6/10

Oczekiwania miałam ogromne: po tych wszystkich ochach i achach spodziewałam się serialu, który wbije mnie w ziemię i rozsmaruje po posadzce na mokrą plamę. Zamiast tego dostałam solidnie zrobioną produkcję, która spływa po mnie jak po kaczce i o której w zasadzie nie za bardzo chce mi się nawet rozmawiać.
Nie to, żeby to był zły serial – jest porządnie zrealizowany, co widać, dobrze zagrany, ma parę ciekawych postaci (Ruda!) z interesującą przeszłością. Perspektywa 5 sezonów zniechęca jednak bardzo mocno – po obejrzeniu 3 pierwszych odcinków nie lubię głównej bohaterki, niespecjalnie interesują mnie losy którejkolwiek z jej towarzyszek, całość wydaje mi się potwornie naciągana i przeraża mnie perspektywa poświęcenia tak wielu godzin na cos, co mnie w ogóle nie wciagnęło. Nawet na tyle, żeby oglądać ten serial przy prasowaniu.
Sytuacji nie poprawia fakt, że serdecznie nie znoszę Laury Prepon, odtwórczyni roli Alex – drażniła mnie okrutnie w “Różowych latach 70.”, a gdybym dziś miała robić sobie powtórkę “Jak poznałem waszą matkę” lub “Doktora House’a”, przewijałabym odcinki z jej udziałem (w tym drugim serialu miała na szczęście rolę tylko epizodyczną). W zasadzie trudno mi powiedzieć, której z bohaterek nie lubię w “Orange is the new black” bardziej – Alex czy pretensjonalnej, nieco głupawej Piper o mentalności typowej zadowolonej z siebie przedstawicielki klasy średniej, rozpieszczonej pozerki i kłamczuchy.

Długo szukałam słowa, którym mogłabym podsumować ten serial (mając tu na myśli ten początek, który widziałam), ale chyba byłoby to “nieszczery”. Podczas oglądania mam bezustanne wrażenie, że wszystko jest tu nadmiernie upozowane, przesadzone, starannie wystudiowane i ta sztuczność nie pozwala mi o sobie zapomnieć. Szczerze żałuję – liczyłam na coś, co mogłabym dopisać do listy ulubionych, aw zamian dostałam kolejną pozycję na liście średniaków, które oglądać byłaby w stanie tylko i wyłącznie siłą rozpędu. Szkoda. Wciąż szukam czegoś, co przywiąże mnie do siebie na dłużej.