"Harry Potter: Hogwarts Mystery", czyli abrakadabra wyskakuj z kasy
5 praktycznych rzeczy, które warto mieć tego lata

Jakiś czas temu w mojej kosmetyczce pojawiły się produkty polskiej marki Mokosh – niedawno pisałam o melonowo-ogórkowym maśle do ciałabrązującym balsamie do ciała i twarzy, dzisiaj do kompletu dorzucam peeling solny z żurawiną i figowy krem do twarzy. Jeden z tych kosmetyków naprawdę przypadł mi do gustu, po drugi prawdopodobnie już nie sięgnę – przeczytajcie, dlaczego!

Po raz kolejny zaznaczę, że doceniam fakt, że Mokosh pakuje swoje produkty w szklane słoiczki – nakrętki mogłyby być co prawda metalowe, ale nie narzekam. Te opakowania sa na tyle ładne i solidne, że po zdjęciu z nich naklejek (schodzą z łatwością) i wyczyszczeniu można bez problemu wykorzystać je wtórnie jako pojemniczki na różne drobiazgi, przyprawy, własne kosmetyki domowej produkcji i inne cuda. Można też wykorzystać je do produkcji domowych świec i podarować komuś w prezencie. Zerowasterzy z pewnością docenią takie możliwości – nawet jeśli nie zaliczacie się do ich grona, nie słuchajcie Martyny Wojciechowskiej i ilekroć macie wybór, kupujcie produkty w szkle, nie w plastiku.

Peeling solny do ciała Żurawina Mokosh

Pisałam już ostatnio, że bardzo lubię peelingi z olejkami, po których nie muszę już używać balsamu do ciała. Myślałam, że scrub Nuxe był strzałem w dziesiątkę, ale peeling Mokosh bije go na głowę – po otwarciu słoika widać warstwę olejku na kosmetyku i nawet niewielka ilość zostawia na skórze film. Uwielbiam to!

To jeden z tych produktów, których lepiej używać na noc – trzeba też przyzwyczaić się do dotyku naolejowanej skóry, kompletnie innego niż po użyciu balsamu czy kremu. Kosmetyków tego rodzaju nie powinny chyba raczej używać osoby walczące z trądzikiem lub tendencją do wyprysków na ciele – ja sama od jakiegoś czasu zauważam małe krostki na jednym ramieniu (dlaczego tylko na jednym?) i mam podejrzenie, że to być może wina właśnie zapychających peelingów z olejkami. Sprawdzają się jednak one wspaniale do złuszczania skóry na wszystkich innych częściach ciała, od pleców do łydek poprzez tyłek, brzuch i dekolt.

Słoik z peelingiem jest duży i mieści aż 300 g produktu – to naprawdę dużo, a scrub jest niesamowicie wydajny dzięki swojej konsystencji. Zastosowany razem z szorstką rękawicą na pewno zdobędzie serca wielu spośród Was: pięknie pachnie, świetnie rozprowadza się na skórze i sprawi, że odłożycie na bok wszystkie nawilżające balsamy i masła do ciała.

Wygładzający krem do twarzy Figa Mokosh

Niestety, wygładzający krem do twarzy okazał się rozczarowaniem – szkoda, bo bardzo na niego liczyłam. W tym momencie cieszę się jednak, że dostałam go, a nie kupiłam, bo tani bynajmniej nie jest, a na listę moich ulubieńców na pewno nie trafi. Nie to, żeby było z nim coś nie tak, po prostu nie sprawdza się przy pielęgnacji suchej skóry, nawet latem. Chwilę po nałożeniu na twarz mam wrażenie, jakby moja skóra była ściągnięta i niewystarczająco nawilżona. Niby nie mam problemu z łuszczącym się naskórkiem, skórkami na nosie czy przesuszonymi partiami twarzy, ale nie jest to komfort, którego oczekuję po idealnym kremie.

Nie do końca odpowiada mi rownież jego zapach – lubię, kiedy moje kremy do twarzy są bezwonne albo ewentualnie mają delikatny, świeży aromat. Figowy krem Mokosh pachnie… dziwnie, jakby chemicznie i ta nieco dusząca, przyciężkawa woń niezupełnie kojarzy mi się z figami. Co prawda nie pamiętam za dobrze, jak pachnie figa, ale temu kosmetykowi znacznie lepiej zrobiłby brak jakiegokolwiek aromatu. Kolejnym minusem jest też to, że słoiczek z kremem nie ma naklejki – wszystko zostało nadrukowane bezpośrednio na szkle. To sprawia, że trudniej będzie to opakowanie wtórnie wykorzystać, bo nie będzie tak ładnie wyglądać. Szkoda. Niby to jeden odpad mniej (folia naklejki), ale w efekcie na pewno więcej słoiczków wyląduje w koszu.

Czy jest zatem ktoś, komu ten produkt mógłby przypaść do gustu? Sądzę, że może okazać się dobrym wyborem dla osób o normalnej, niesprawiającej problemów i niespecjalnie wymagającej cerze, być może sprawdzi się też przy pielęgnacji cery mieszanej. Jego lekka konsystencja i to, że błyskawicznie się wchłania to na pewno zalety z punktu widzenia zapracowanych kobiet, które rano nie mają zbyt wiele czasu między wklepaniem kremu a nałożeniem makijażu. Z podkładem czy kremem BB kosmetyk łączy się bowiem bardzo dobrze, nie roluje się i nie waży nawet w upalny dzień. Latem może znaleźć wiele entuzjastek, czy jednak sprawdzi się równie dobrze zimą – w to nieco wątpię.

Na pewno zużyję do końca opakowanie kremu, ale wciąż szukam swojego ideału, podobnie jak nie znalazłam jeszcze perfekcyjnego kremu pod oczy. Peeling Mokosh na pewno jednak trafi na moją listę ulubionych kosmetyków i nie mam wątpliwości, że jeszcze nieraz po niego sięgnę.



"Harry Potter: Hogwarts Mystery", czyli abrakadabra wyskakuj z kasy
5 praktycznych rzeczy, które warto mieć tego lata