5. Dom z papieru (La Casa de Papel, S01-02)
Tak, wiem, to będzie bardzo niepopularna opinia. Ale gdybym miała ten serial określić jednym słowem, byłoby to słowo “hiszpański”, a to w moich ustach nie jest komplement. Wręcz przeciwnie. W “Domu z papieru” jest wszystko, co prawie zawsze pojawia się w produkcjach iberyjskich i latynoamerykańskich: egzaltacja, krzyki, tanie dramaty, namiętne miłości, seksy w kiblu z orgazmem instant wywołanym zapewne adrenaliną, pasja odbierająca bohaterom zdrowy rozsądek i zacierają ślady jakiegokolwiek zastosowania mózgu, jeszcze więcej krzyków, heroiczne akty poświęcenia, totalny brak logiki w postępowaniu i zupełnie gratis jeszcze odrobina krzyków i egzaltacji. I patos, strasznie dużo patosu.


Zacznijmy może od tego, że bohaterka, której dostajemy tu najwięcej, czyli Tokio, jest absolutnie nie do wytrzymania: jej rolą jest napędzać akcję, co w praktyce sprowadza się do bezustannej niesubordynacji, tupania nogą, fochów, wspomnianych seksów w kiblu, przekonania o własnej genialności i zachowywania się jak rozpuszczona do granic możliwości 10-latka. Nic dziwnego, że jej partnerem jest najmłodszy z członków szajki, Rio – tylko bardzo młody chłopiec mógłby być tak głupi, żeby nie tylko znosić cierpliwie zachowania furiatki, ale – co znacznie gorsza – ekscytować się jej niestabilnością psychiczną i mylić ją z emocjonalną głębią i intrygującą osobowością.
Nie mogę powiedzieć, że to jest zły serial, bo trzeba mu oddać, że naprawdę wciąga – i ogromna w tym zasługa bohaterów, którzy (dla odmiany) naprawdę się tu udali: relacja Profesora i Berlina, ukoronowana poruszającą sceną odśpiewania “Bella ciao”, naprawdę ma w sobie coś magicznego (chociaż patos i egzaltacja przelewają się tu przez sufit), sceny po postrzeleniu Moskwy (z winy, a jakże, Tokio i jej szczeniackich kaprysów), niejednoznaczny Helsinki czy naprawdę przekonująca Nairobi to elementy, które sprawiają w “Domu z papieru” autentyczną satysfakcję. Niestety, stężenie taniej dramy w stylu kolumbijskiej czy wenezuelskiej telenoweli jest po prostu tak wysokie, że trudno powstrzymać facepalm.
Komiczna jest jest już sama koncepcja fabuły, w ramach której grupa profesjonalnych złoczyńców podczas brawurowej kradzieży nie potrafi utrzymać na wodzy hormonów, a co gorsza – emocji. Nasuwa się pytanie, czy Profesor szukał swoich pomagierów w liceum? Bo to, że tam właśnie zatrzymała się w rozwoju emocjonalnym Tokio, a w intelektualnym – Denver, nie ulega wątpliwości. Mamy tu zatem i Wielką Miłość (Rio i Tokio) i syndrom sztokholmski (Denver i jedna z zakładniczek), który jest o tyle gorszy, że twórcy serialu naprawdę próbują przetworzyć go w prawdziwy związek i sugerować, że ta para wcale nie ma poważnych zaburzeń (co jest jednocześnie straszne i odrażające), a gdyby tego było mało, mamy też przemoc seksualną i toksyczną, opartą na nadużyciu relację Berlina z jedną z przetrzymywanych kobiet. Sam Profesor też angażuje się, rzecz jasna, emocjonalnie, bo skoro jego przeciwniczką jest kobieta, to jakże mógłby się nie zaangażować. W końcu jest Hiszpanem i ma gorrrącą krew. Corrida. Kastaniety. Czarne koronki. Namiętność.
Rzecz jasna prawie wszystkie te relacje prowadzą do pięknych związków opartych na miłości i bliskości, w telenowelach to dość oczywiste – łobuz kocha najbardziej. Nie dziwota, że głównym obiektem uwielbienia kobiet na całym świecie stał się w tym serialu psychopata. Jedyny z tego plus, że nie da się o tym serialu powiedzieć, że w złym świetle przedstawia tylko jedną płeć, bo genitaliami myślą tu zarówno kobiety jak i mężczyźni. Ten ach, och, stereotypowy hiszpański temperament ich zdradza.

Obejrzałam 2 sezony “Domu z papieru”, bo historia poprowadzona jest w taki sposób, że naprawdę chciałoby się wiedzieć, co będzie dalej. Z ulgą zakończyłam pierwszą część historii i upewniwszy się, że sezon trzeci to już nowa drama, nowy skok i nowe problemy, wyłączyłam ten serial raz na zawsze. Ale jeśli ktoś z was ten serial dalej ogląda i jest mi w stanie powiedzieć, że Tokio w tym trzecim sezonie umiera bezpowrotnie, to dajcie znać. Oglądać dalej nie będę, ale zrobi mi się trochę lepiej na duszy.
Ten serial jest naprawdę świetnym case’em do omówienia w kontekście mechanizmów, które przykuwają ludzi do ekranu. Zmieniają się czasy, zmienia się forma, sposób prowadzenia narracji, problemy bohaterów i niewątpliwie nowe seriale mają ten cool sznyt, którego nie mogą zaoferować produkcje oglądane przez nasze babcie. Ale koniec końców tricki, za pomocą których manipuluje się uwaga widzą, są w produkcjach pokroju “Esmeraldy” i “Domu z papieru” bardzo podobne. Brakuje tylko sceny, w której ktoś spektakularnie spada ze schodów i zapada w śpiączkę.
“Bella ciao” jako pieśń patriotyczna
Jak dobrze wiemy, bardzo rzadko udaje się zrobić obecnie Hiszpanom jakikolwiek film (nie wiem jak z serialami, bo niewiele ich do nas dociera, ale “Dom z papieru” potwierdza istnienie tego problemu), który nie podejmowałby przynajmniej w tle tematu wojny domowej. Na punkcie rozliczania się z własną historią poprzez dzieła kultury Hiszpanie mają, zdaje się, obsesję jeszcze większą niż Polacy. Warto tu pochylić się nad wspomnianą sceną z “Bella ciao”, która – jakkolwiek poruszająca – jest przecież taką właśnie historyczną kliszą.
Ta skądinąd piękna piosenka powstała w 1942 we Włoszech; uznawana jest w potocznym rozumieniu za antyfaszystowską i stała się hymnem rewolucyjnym w wielu państwach poza Włochami. W samej Italii bywa czasami śpiewana przez polityków partii prosocjalistycznych. Ładnie to bardzo brzmi – “antyfaszystowska”. Sytuacja komplikuje się jednak nieco, kiedy spojrzeć z bliska na historię lat 40. i nazwać rzeczy po imieniu: włoscy partyzanci walczący z faszyzmem byli po prostu komunistami, a ich działalność bywa dziś nierzadko romantyzowana. W efekcie ich metody – często równie zbrodnicze co ich przeciwników – są legitymizowane, kiedy usprawiedliwia się je, przeciwstawiając postępowaniu włoskich komunistów zło faszyzmu.
Współcześnie nie trzeba być wcale faszystą, żeby mieć do tej piosenki stosunek co najmniej niejednoznaczny. Zarówno we Włoszech jak i w Hiszpanii kultura do dziś rozlicza się z tą częścią historii i powoduje to sporo intensywnych emocji, zupełnie jak u nas. Chociaż tekst “Bella ciao” nie ma wymowy komunistycznej (dlatego tak dobrze przyjął się na całym świecie – opiewa po prostu walkę bliżej nieokreślonych partyzantów z “wrogiem”), to historia tego utworu ma swoją ciemną stronę. W Polsce podobny spór toczy się wokół żołnierzy wyklętych – dla konserwatystów to bohaterowie, dla liberałów – zbrodniarze. Historia, rzecz jasna, nie jest tak prosta i we Włoszech także wśród partyzantów znajdowali się zwyczajni bandyci.
Dla wielu Włochów “Bella ciao” to dziś po prostu komunistyczna piosenka. W innych budzi po prostu dreszcze, bo kojarzy się ze strachem przez nadchodzącą przemocą. Jeszcze inni czują dumę i patriotyczny dreszczyk. A to, że śpiewa się ją w parlamencie… przypominam, że mówimy o kraju, który wcale nie tak dawno wybrał sobie alfonsa na premiera. W naszym parlamencie też dzieją się rzeczy niepojęte, m.in. czci się pamięć żołnierzy wyklętych i oddaje się kraj Matce Boskiej we władanie. To o niczym nie świadczy, politycy robią różne rzeczy i trudno to uznać za legitymizację czegokolwiek. U nas na przykład wielu posłów uważa, że “Rota” to spoko kawałek i z tekstem “nie będzie Niemiec pluł nam w twarz” idealnie nadawałaby się w XXI wieku na hymn narodowy.
“Bella ciao” stała się utworem chętnie przygarnianym przez różne ugrupowania w wielu krajach: można uznać, że ich wspólnym mianownikiem jest sprzeciw wobec uczucia zagrożenia i opresji we własnym kraju. Ostatnio była popularna np. po atakach terrorystycznych we Francji (atak na redakcję Charlie Hebdo) i można tu doszukiwać się nie tyle nastrojów antyfaszystowskich co wręcz ksenofobicznych (w oryginalnym tekście jest mowa o “najeźdzcy”, który pojawił się w kraju). A to nie jest jedyne jej użycie, które z antyfaszyzmem nie ma nic wspólnego. A wręcz przeciwnie.
Jak w przypadku wszystkich sytuacji tego typu, wszystko zależy od tego, jakie poglądy ma oceniający. Słynna “L’estaca” Lluisa Llacha (“Mury” Kaczmarskiego to adaptacja tej właśnie pieśni, z tą samą melodią i luźnym tłumaczeniem tekstu; “Mury” nie są autorskim utworem Kaczmarskiego) obecnie jest np. śpiewana przez ugrupowania dążące do wyzwolenia Katalonii. A te dążenia też są bardzo różnie oceniane w różnych środowiskach (ze względu na ich uzasadnienie), niekoniecznie złych moralnie. Historia nigdy nie jest łatwa. Rzadko jest jednoznaczna. Dość jednak powiedzieć, że “Bella ciao” jest pieśnią patriotyczną w takim sensie, że śpiewający uważają się zwykle za patriotów. W praktyce, jak zawsze, ich patriotyzm bywa bardzo różnie rozumiany.
Uczulam na to dlatego, że nazywanie włoskich komunistów “partyzantami anyfaszystowskimi” bywa bardzo mylące i rozmywa fakty. Jeśli ktoś nie zna historii Włoch (a uczymy się o niej w Polsce raczej niewiele), nie wpadnie w pierwszej chwili na to, jaka ideologia towarzyszyła powstańcom. Oczywiście w krajach Europy Południowej komunizm znaczył coś innego niż u nas, ale w Hiszpanii, gdzie toczy się akcja serialu, czasy białego terroru nacjonalistycznego (jeszcze przed II wojną światową) poprzedzał bezpośrednio czerwony terror ugrupowań lewicowych (anarchistów i komunistów). Nie było między nimi specjalnej różnicy w szlachetności i subtelności metod.
W latach 40. Europa Wschodnia zrozumiała bardzo dobrze, czym jest komunizm stalinowski w praktyce. W 1947 roku zaczęła się zimna wojna, która rozpoczęła paranoję USA na punkcie wszechobecnych radzieckich szpiegów, czających się na każdym rogu. Niedługo później od Kambodżańskiej Partii Komunistycznej oderwali się Czerwoni Khmerzy – konsekwencje zbrodni dokonanych z namaszczenia Pol Pota widoczne i odczuwalne są tam do dziś. W efekcie dziś, w zależności od kraju, komunizm demonizowany jest jako ideologia zbrodnicza sama w sobie (co jest po prostu bzdurą, dopóki nie sprecyzujemy, o której wersji komunizmu mowa) lub bywa romantyzowany z uwagi na to, dla czego był przeciwwagą. Warto o tym pamiętać, kiedy dobiera się słowa.