4. Ty (You, S01)

Nie pamiętam, kto polecił mi ten serial w ubiegłym roku, ale próbuję sobie przypomnieć, bo chcę znaleźć tę osobę i zmusić ją, żeby oddała mi moje zmarnowane godziny. Ta produkcja powinna znajdować się jako przykład w encyklopediach pod hasłem guilty pleasure. Obejrzałam cały pierwszy sezon, bo to cholerstwo naprawdę wciąga jak chodzenie po bagnach, ale czuję się po tym doświadczeniu trochę brudna, jeśli mam być szczera. Stężenie teen dramy jest tu tak wysokie, jakby “Plotkara” spotkała się z “Riverdale” i poszli wspólnie odwiedzić “Słodkie kłamstewka”. To dokładnie ten typ produkcji (tylko znacznie gorszy od “Plotkary” i nie tak efektowny wizualnie jak “Riverdale”).
Serial zaczyna się nie najgorzej, to znaczy jest creepy: ostatecznie rzecz traktuje o stalkingu – trudno, żeby było inaczej. Napięcie narasta, ofiara wpada coraz głębiej w pułapkę swojego prześladowcy, atmosfera się zagęszcza… i niestety wtedy zaczyna ścielić się trup. Gęsto. I sprawia to, że cała historia traci pozory realizmu, przestaje być niepokojąca, a zaczyna być absurdalna. Z opowieści, która mogła dotyczyć każdego i zapewne niejednej osoby naprawdę dotyczyła, “Ty” staje się przesadzoną do granic możliwości kolejną bajką o mordercy. Zamiast creepy jest cringe.

Nie jestem w stanie potraktować tego serialu serio. Chociaż nie mam wątpliwości, że drugi sezon pochłonąłby mnie równie mocno, nie chcę go nawet zaczynać: już końcówka pierwszego zjeżdżała po równi pochyłej prosto w przepaść egzaltacji i absurdalnych rozwiązań fabularnych. Tyle dobrego, że sezon pierwszy zamknął na dobre opowiadaną w nim historię, rozwiązał, że tak powiem, ostatecznie, kwestię dziwnej relacji bohaterów i nawet wepchnięcie kolanem w fabułę nowej-starej bohaterki (Candace) nie stworzyło zakończenia na tyle otwartego, żeby finałowy cliffhanger zadziałał w “You” jak trzeba. Kończyłam ten seans z ulgą i do dziś trochę nie dowierzam, kiedy proszę o polecenie dobrego serialu i ktoś poleca mi własnie to.