#flashback: "Strażnicy Galaktyki", czyli o łowieniu na sentyment
Epigoni Candy Crusha: nie ma mnie i nie będzie

Uprawa roślin doniczkowych jest ostatnio szalenie modna i ostatecznie też dałam się złapać na ten trend – nie zwalczam tego w sobie, bo to niegłupia rzecz, mieć w domu roślinność i zawiesić czasem wzrok na czymś zielonym. Całkiem to przyjemne, muszę przyznać. Póki co próbuję hodować w kuchni miętę – nie spodziewam się po niej zbyt wiele, bo pochodzi z supermarketu, a sprzedawane tam doniczkowe zioła nie są raczej nastawione na długie życie. Moja mięta wygląda zatem cokolwiek skromnie, zwłaszcza że co jakiś liść podrośnie nieco bardziej, od razu ląduje w mojej butelce do cold brew w towarzystwie zielonej herbaty.

Nic to jednak. Do mięty dołączył ostatnio także aloes, jeszcze bardziej rachityczny (strasznie lubię to słowo, a nieczęsto mam okazję go używać), ale na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że trafił do mnie w stanie opłakanym, na skraju śmierci. Na razie nie wiem jeszcze, czy pacjent przeżyje, ale dam mu szansę – ponoć aloesy są bardzo wytrzymałe, więc może i ten da sobie radę?

Poproszę roślinę idiotoodporną

Okazale prezentuje mi się jedynie Scindapsus pictus, czyli inaczej ołustek. Głównie dlatego, że drogą kupna nabyłam okazały, dorosły już okaz, bardzo konkretnie określając pani w kwiaciarni, jakiej dokładnie rośliny szukam:

Grunt to znać swoje skromne możliwości. I nic to, że moja matka jest z wykształcenia ogrodnikiem i gdybym miała przerobić słynną pastę na jej cześć, zaczynałaby się ona od słów „moja matka jest fanatykiem ogrodnictwa, pół mieszkania zajebane roślinami w doniczkach”. Pamiętam z dzieciństwa, że cierpiałam bardzo, ilekroć rodzice wyjeżdżali na dłużej niż dzień-dwa. Musiałam wówczas podlewać te wszystkie cholerne beniaminy, draceny, fikusy i monstery, a do każdej doniczki lało się wodę wiadrami, bo największe okazy były wyższe ode mnie. A ja mam 164 cm wzrostu. Istotne jednak, że zarówno moja babcia (która przez lata ogarniała dwie ogromne szklarnie i rozległy ogród) jak i matka (ta co pół mieszkania zajebała fikusami) mają tzw. rękę do roślin. Ja chyba nie mam, biorąc pod uwagę, że kiedyś zamordowałam kaktusa.

Liczę jednak trochę na to, że – podobnie jak w przypadku gotowania – ten talent nagle się u mnie magicznie objawi i okaże się, że mi to po prostu jakimś cudem wychodzi, chociaż często nie mam pojęcia, co robię. Wczoraj na przykład, przesadzając jedną z roślinek, warstwę drenażu zrobiłam z połamanych muszli (nie pytajcie, skąd miałam połamane muszle, ja mam dużo dziwnych rzeczy w domu). No bo na logikę, skoro można tam wrzucić kamyki, piasek albo potłuczone gliniane doniczki, to czy roślinie mogą zaszkodzić muszle?

Tego nie wiem, ale wkrótce się przekonam i dam Wam znać.

Gadżet do każdej czynności

Za to, że dałam się przekabacić na rośliny, obwiniam przede wszystkim Ryfkę: na Instastory (które gorąco polecam w jej wykonaniu) i na Facebooku non stop szczuje zdjęciami wypieszczonych roślin. Nie pomaga także Kosta, której mieszkanie zachwyca mnie (i nie tylko mnie) do tego stopnia na Instagramie (a na żywo jeszcze bardziej!), że gdybym kiedykolwiek dorobiła się własnego, chciałabym na pewno właśnie ją i Jurka zatrudnić do zaaranżowania przestrzeni.

Scindapsus pictus - tattwa

Scindapsus pictus

Staram się jednak powściągać entuzjazm, w czym pomagają mi mocno ograniczone ostatnio fundusze, niewielki i dość ciemny pokój oraz chęć przeprowadzenia się jeszcze w tym roku do innego miasta. Zresztą, może być i tak, że mi ten ołustek, rzekomo idiotoodporny, po prostu padnie i wtedy będę już wiedziała, że nie ma co szaleć z kolejnymi roślinami. Jak żyję 30 lat, udało mi się do tej pory wyhodować tylko dwie bujne rośliny – bluszcz, który dorósł do imponującej długości ok. 10 metrów pnączy i paprotkę. Głównie dlatego, że zostawiłam obydwie roślinki w spokoju i od czasu do czasu przypominałam sobie, żeby je podlać.

Bridget Jones, bohaterka jednej z moich najukochańszych książek ever, powiedziała kiedyś o swojej matce, że ta „nie potrafi zostawić bez gadżetu żadnej czynności kuchennej” (czy jakoś tak). Ja mam podobnie, tylko bardziej i nie tylko w kuchni: kiedy zaczynam się czymś nowym interesować, od razu mam ciśnienie, żeby robić to porządnie, to znaczy – z pomocą profesjonalnych przyborów. Kiedy czymś się zajawię, odbija mi do tego stopnia, że ongiś o mało nie kupiłam własnego konia i do dzisiaj dziękuję niebiosom, że nie doszło wówczas do transakcji. Co prawda jeździłam już wtedy konno od wielu lat, ale jak przypomnę sobie skalę ówczesnych planów związanych z własnym wierzchowcem, to robi mi się zimno. Pomijając już w ogóle fakt, że byłabym wówczas jedną z tych dziewczynek, którym tata kupił kucyka. A to mi trochę nie pasuje do wizerunku.

Koń to nieco inna skala, zarówno pod względem wydatków jak i konsekwencji związanych z opieką nad nim, dość jednak powiedzieć, że mam w domu całkiem porządną rakietę tenisową tylko dlatego, że parę razy zagrałam na WFie w tenisa na studiach i bardzo mi się spodobało. Wciąż powtarzam sobie, że jeszcze zacznę grać. Żyję w tym kłamstwie póki co od dekady i wciąż nie dojrzałam do tego, żeby tę rakietę po prostu sprzedać. Niemniej to chyba jedyny przypadek (może jeszcze poza hantlami) czegoś, co kupiłam zbyt szybko i nieco głupio pod wpływem zapału. Bo nawet z butów do biegania korzystałam całkiem sporo, chociaż nie oszukujmy się, wciąż są w stanie zdradzającym, że nie przygotowuję się bynajmniej do maratonu. Z wiekiem wyrosłam trochę z tej manii zaopatrzania się w tysiąc akcesoriów teraz, już, zaraz, kiedy tylko postanie mi w głowie myśl związana z nowym hobby. I to nie dlatego, że zaczęłam bardziej szanować pieniądze, tylko po prostu nieco podrosłam.

Scindapsus pictus prawdę Ci powie

Zdecydowałam jednak, że tej potrzebie ulegnę: jeśli tylko mój ołustek przetrwa, kupię kilka gadżetów i rozejrzę się za kolejnymi roślinami. Może nawet wyhoduję coś ze szczepki albo z nasion? A może poproszę o pomoc babcię? Zobaczymy. Już teraz wiem jednak, że na pewno potrzebuję ładnej konewki, rękawic ogrodniczych (cholernie ciężko wyciąga się ziemię zza paznokci po przesadzaniu – a przy bladej cerze nie za bardzo mogę sobie pozwolić na jej niewyciąganie, bo ludzie potem na mnie dziwnie patrzą, może myślą, że właśnie wykopałam się z grobu czy jaka cholera.

Przyzwyczajcie się zatem, że – jako że mam nowe hobby – temat będzie powracał.

Przy okazji tego tematu, związanego w jakimś tam stopniu z naturą, chciałabym zachęcić Was do podjęcia pierwszych kroków do bardziej ekologicznego i racjonalnego pod względem wykorzystywania zasobów życia. Segregujcie śmieci i zastanówcie się, co możecie wtórnie wykorzystać – być może ładne szklane opakowanie po balsamie do ciała stanie się opakowaniem dla ręcznie robionej świeczki lub pojemniczkiem na drobiazgi? Sięgnijcie po metalowe, ceramiczne lub np. bambusowe niedrogie rurki wielorazowego użytku, płócienną torbę na zakupy, małe torebki na produkty kupowane na wagę i pieczywo, butelkę na wodę, kubek termiczny lub niewielki termos turystyczny, do którego mogą Wam zrobić kawę w Starbucksie czy innej sieciówce. A może macie możliwość i chęć zorganizowania sobie własnego domowego kompostownika?

Zero waste dla początkujących

Sprawdźcie, czy w Waszym mieście nie działają jadłodzielnie, w których możecie zostawić nadmiar jedzenia, ale często także plastikowe pojemniki (np. takie po lodach), słoiki, zakręcane szklane butelki – na miejscu są one wykorzystywane do dzielenia żywności i pakowania jej na wynos w mniejszych porcjach. Pudełko po lodach z powodzeniem może zastapić śniadaniówkę! Przy odrobinie szczęścia będzie wykorzystane jeszcze nieraz, a tym samym nie będzie konieczności zużycia kawałka plastiku, folii aluminiowej czy nawet torebki papierowej na zapakowanie posiłku.

Zorientujcie się też, czy w Waszych miastach nie działają przypadkiem jakieś grupy zero waste, które np. umożliwiają wymiany. Sama korzystam niedawno z tej możliwości w grupie Kraków się dzieli na Facebooku – ludzie wrzucają tam zdjęcia rzeczy, których chcą się pozbyć i piszą, czy oddają je za darmo czy też chcą otrzymać coś w zamian. To świetny pomysł na to, żeby odgruzować mieszkanie z przedmiotów, które nie są Wam potrzebne, ale których jednak szkoda Wam tak po prostu wyrzucić do śmieci. Sama pozbyłam się niedawno w ten sposób starej drukarki, której już nie potrzebuję, nadmiaru zeszytów i notatników z logiem znanej firmy kosmetycznej, które zostały mi jeszcze z czasów bycia konsultantką, nieotwartego nigdy opakowania świątecznych foremek do ciastek, które dostałam kiedyś jako dodatek do prezentu od marki, szkatułki na biżuterię, napoczątego zestawu wkładek odświeżających do butów, których na pewno nie zużyłabym do końca czy bidonu na wodę z Blog Forum Gdańsk. Nie żeby ten bidon nie był spoko, ja po prostu mam już swoją butelkę na wodę i po tym, jak przeleżał rok w szafce, nieużywany od nowości, stwierdziłam, że chyba czas puścić go w świat.

Miałam takich rzeczy całe pudło i wciąż jeszcze mam drugie tyle do wydania: część rzeczy oddałam tak po prostu,  żeby tylko pozbyć się ich z domu, inne przehandlowałam na zieloną i czerwoną herbatę, osłonki na doniczki, spieniacz do mleka, arbuzy i czereśnie. Wciąż czekam, aż ktoś będzie miał do oddania prasę do litrowego french pressa (moja się zepsuła, a samo naczynie wciąż jest w całości). Dziś czekam na dziewczynę, która w zamian za parę zbędnych mi zupełnie gadżetów ma podrzucić mi wino, którego liczne butelki zostały jej ponoć po weselu. I tak się to kręci: ludzie wymieniają lub oddają dosłownie wszystko – od napoczętych kosmetyków po komplet mebli kuchennych, szukają zarówno określonego rodzaju kabli jak i roślin domowych (te ostatnie cieszą się szczególną popularnością). Wiele z tych rzeczy nadawałoby się do sprzedania, ale nie każdy ma czas, żeby bawić się w tworzenie opisów, ogarnianie aukcji na Allegro, a potem pakowanie i bieganie na pocztę z paczkami. Zresztą, co to w zasadzie za różnica, czy za swoją książkę dostaniesz 10 złotych czy ktoś po prostu w zamian za nią przyniesie Ci kupioną specjalnie w tym celu pastę do zębów, którą wskażesz? Przecież i tak koniec końców trzeba byłoby wydać na nią tę dychę.

Być może taka grupa działa też w Waszej okolicy. A jeśli nie… może czas ją założyć i stać się prekursorem zero waste na dzielni? Podzielcie się w komentarzach informacjami o jadłodzielniach i giveboxach w całej Polsce, podlinkujcie grupy zero waste zachęcające do wymiany przedmiotów w różnych miastach oraz podrzucajcie namiary na inne inicjatywy w tym duchu!

#flashback: "Strażnicy Galaktyki", czyli o łowieniu na sentyment
Epigoni Candy Crusha: nie ma mnie i nie będzie