2. “Laputa – podniebny zamek” (“Tenkū no Shiro Laputa”, reż. Hayao Miyazaki, 1986)
Dopiero niedawno zaczęłam nadrabiać starsze wiekiem pozycje studia Ghibli i “Laputa” poszła na pierwszy ogień. Film, chociaż jego tytuł kojarzy się z książką Diany Wynne Jones “Zamek w chmurach (to druga część cyklu, na którego pierwszej części oparty jest “Ruchomy zamek Hauru”), nawiązuje do “Podróży Guliwera” Jonathana Swifta. Ta bezpretensjonalna i urocza historia jest przeznaczona raczej dla młodszego widza, ale ja osobiście nie nudziłam się podczas seansu. Chociaż faktycznie brakuje tu nieco głębi, przygody Sheety i Pazu są bardzo Ghibli style – w świecie twardych zasad, narzuconych przez pozbawionych wyobraźni dorosłych, dwójka dzieci odkrywa, że marzenia i determinacja mogą zdziałać cuda.
Jeśli macie zamiar obejrzeć wszystkie produkcje studia Ghibli, a do tej pory nie oglądaliście jeszcze żadnej lub tylko nieliczne, zacznijcie od nastarszych i oglądajcie je w kolejności powstawania: nie są, rzecz jasna, połączone ze sobą fabularnie (poza jednym przypadkiem), ale unikniecie dzięki temu rozczarowań. “Laputa”, niestety, nieco sie już zestarzała i widać to przede wszystkim w warstwie graficzne – być może to po prostu kwestia mojego umiłowania do nowoczesnej grafiki, ale różnicę w poziomie wykonania widać już nawet w zestawieniu z “Moim sąsiadem Totoro”.
Chociaż obydwa te filmy były skierowane do młodszego widza, to “Lapucie” – mam wrażenie – zaszkodziło to, że film był przygotowany z myślą o rynku amerykańskim. Jest przez to prostszy, uboższy o typową dla Ghibli głęboką refleksję i wieloaspektowe ujęcie problemu, w którym dobro i zło nie są nigdy jednoznaczne. O dwa lata starsza “Nausicaä” jest filmem o wiele mądrzejszym, z mocniejszym przekazem, jakby nastawiała się z góry na dojrzalszego (lub po prostu mądrzejszego) odbiorcę. Nie sprawia to jednak, że “Laputa – podniebny zamek” jest filmem kiepskim – bynajmniej. To wciąż kawał świetnego kina, które warto pokazać dziecku (lub samemu sobie).
Zastanawiałam się kiedyś, co pociąga mnie u Miyazakiego najbardziej i podczas tego seansu doszłam do wniosku, że to przede wszystkim pacyfistyczny wymiar jego historii. Wojna – każda wojna – jest złem, wynikającym z pragnienia dominacji i żądzy posiadania, wyzwalającym najniższe instynkty. Czy można się z tym nie zgodzić?
