2. “Narzeczona dla kota” (“Neko no ongaeshi”, reż. Hiroyuki Morita, 2002)
Nie chodzi o to, że jest to słaby film. Nie jest. Trudno nazwać go wybitnym, ale seans daje sporo przyjemności – problem w tym, że jest to pozycja skierowana raczej do dzieci. Na pierwszy rzut oka problematyka może przypominać tę opisaną w “Podniebnej poczcie Kiki” (bohaterka poszukująca własnego „ja”, proces dojrzewania), jednak “Narzeczona dla kota” wydaje się po prostu łatwiejsza w odbiorze.
Główna bohaterka, Haru, to przeciętna nastolatka – ani specjalnie uzdolniona, ani oszałamiająco piękna, do tego dość chaotyczna i pozbawiona pewności siebie. Potyka się o wszystko, co stanie jej na drodze, wiecznie się spóźnia i przeżywa bardzo intensywnie fakt, że obiekt jej westchnień zdaje się nie mieć pojęcia o jej istnieniu. Haru ma jednak dobre serce – i to własnie ono stanie się przyczyna jej kłopotów: uratowany przed zderzeniem czołowym z ciężarówką kot okazuje się być księciem Królestwa Kotów, a oszołomiona nastolatka dowiaduje się, że w ramach kociej wdzięczności właśnie została jego narzeczoną.
Trzeba tu podkreślić, że Haru wpada w tarapaty właściwie z własnej woli – dobrowolnie decyduje się odwiedzić króla w jego zamku, wyraźnie ociąga się, mając zawczasu możliwość opuszczenia dziwnej krainy. Wszystko przez to, że bohaterka nie ma pojęcia, co ze sobą zrobić: jej własne życie nie wydaje jej się przesadnie atrakcyjne, więc pomysł zostania kotem i wylegiwania się całymi dniami jawi się jako przynajmniej interesujący.
Bądźmy szczerzy: kto z nas o tym nie marzył? Przynajmniej przez kilka minut? Mnie takie myśli towarzyszą za każdym razem, kiedy spojrzę na moje czarne demony, śpiące po 16 godzin na dobę (minimum). Haru chce spróbować czegoś innego, a jej eskapistyczne tęsknoty wysyłają ją na wycieczkę, jakiej nie powstydziłaby się Alicja Lidell. W ogóle sporo tu motywów, które budzą skojarzenia z innymi baśniami i historiami – dziewczynka rusza w pogoń za białym… kotem, zostaje zamierzona w zwierzę i przeniesiona do magicznego Królestwa, a towarzyszy jej Baron, dorodny (i chyba przystojny) kocur w eleganckich oficerkach.
“Narzeczoną dla kota” trudno nazwać pozycją obowiązkową, jednak warto poświęcić godzinę (konkretnie 70 minut) na seans – to zabawna, lekka bajka z niegłupim przesłaniem, która zajmie dziecko, a i u dorosłych wywoła uśmiech na ustach.
Ciekawostka – nawiązanie do tego filmu pojawia się w “Szepcie serca”!

