2. Love (Love, S02-03)

Po raz kolejny polecę Wam “Love” Jude’a Apatowa: wreszcie dobiłam do finału 3. sezonu i chociaż ostatnie odcinki oglądałam już trochę z rozpędu, to nie żałuję. Polubiłam tych bohaterów i ich zmagania z rzeczywistością, pokochałam naturalizm, z jakim odmalowany jest związek Gusa i Mickey i mimo że miałam nadzieję na nieco inne jednak zakończenie, to cieszę się, że jest ono zakończeniem z prawdziwego zdarzenia. Serial zakończył się po 34 odcinkach i nie będzie już ciągu dalszego, a ja kibicuję tej decyzji. Ostatecznie trzeba wiedzieć, kiedy skończyć. I to był zdecydowanie dobry moment.
O pierwszym sezonie już pisałam, a o dwóch kolejnych powiedzieć mogę, że konsekwentnie rozwijają podjęte wątki i nie popadają w przesadę: bohaterowie ewoluują, ale są tylko coraz bardziej, a nie zamieniają się w zupełnie innych ludzi. Zbliżają się do siebie i oddalają, kłócą i godzą, rozwiązują swoje problemy, popełniają (nierzadko ogromne) błędy. Nie zawsze za nie płacą, bo Apatow nie umoralnia, nie zmyśla, że w życiu szczerość zawsze popłaca. Pozwala Gusowi i Mickey wyolbrzymiać, popadać w przesadę, histeryzować i wybierać złe ścieżki, z czego ci dwoje chętnie korzystają.

Przywiązałam się do tej pary przede wszystkim z powodu niejednoznaczności obydwu postaci: zwariowana Mickey jest taką dziewczyną z sąsiedztwa, na jaką zasłużyliśmy – ma problem z alkoholem i narkotykami, jest tak daleka od ideału, jak to tylko możliwe. Rankiem, skacowana, idzie pieszo na stację benzynową po kawę: włosy ma w nieładzie, wciąż nosi wczorajsze ciuchy i kiedy okazuje się, że zapomniała portfela, błaga sprzedawcę, aby ten dał jej kacobójczą kawę na kredyt. Bycie życiowym nieogarem nie przeszkadza jej jednak w odnoszeniu sukcesów zawodowych – Mickey jest dobra w tym, co robi i awans wydaje się być tylko kwestią czasu. To połączenie emocjonalnej niezaradności z umiejętnością przetrwania w miejskiej dżungli sprawia, że naprawdę nietrudno się z tą bohaterką przynajmniej do pewnego stopnia utożsamiać – jest po prostu chodzącą manifestacją hasła can’t adult today.
Pomimo mojej niewątpliwej sympatii do tego serialu “Love” pozostaje po prostu jedną z wielu produkcji, które w ciągu ostatnich lat obejrzałam. Nie nazwałabym tego serialu “genialnym” czy nawet “świetnym” i moje życie na pewno nie byłoby uboższe, gdybym nigdy na niego nie trafiła. Nie ma tu niczego, co sprawiłoby, że chciałabym do tej produkcji wrócić i obejrzeć całość raz jeszcze, a gdyby okazało się, że pojawi się kolejny sezon, nie byłabym już raczej zainteresowana towarzyszeniem bohaterom. Tak jak “Star Trek: Discovery”, “Love” jest dla mnie typowym reprezentantem oferty Netflixa.