Wybieram polskie pisarki: "Szum" Magdaleny Tulli i nie tylko
#flashback: "American Crime Story: Sprawa O.J. Simpsona" VS "O.J.: Made in America"

Ostatnie tygodnie spędziłam - jak każdej zimy, bo co jak co, ale zimą to ja gardzę niemożebnie - na Netflixie. W sumie to przyznam, że nie wiem, jak wyglądało moje życie przed tym wynalazkiem, ale na pewno było w nim mniej seriali. Jeszcze rok temu powiedziałabym, że to niedobrze, bo wciąż trwałam w fazie zachłyśnięcia się bogactwem wyboru i zatrzęsieniem naprawdę przyjemnych pozycji na liście "to watch". Coraz częściej jednak zastanawiam się, czy ten urodzaj nie jest złudzeniem: oglądam przecież tak dużo (za dużo) filmów i seriali, ale coraz rzadziej trafiam na coś wybitnego. Filmy, które rzucają mnie na kolana, przydarzają mi się właściwie tylko na festiwalach filmowych, a popularne i szeroko hajpowane seriale rzadko zaskakują mnie poziomem kultowych, ambitnych pozycji jak "Mad Men" czy "Twin Peaks". I nawet kiedy trafiam na coś, co naprawdę udaje mi się polubić - jak "Brooklyn Nine-Nine" - wciąż mam z tyłu głowy, że to nie jest tak naprawdę jakość, której szukam.

Netflix coraz bardziej kojarzy mi się z jakością "nawet spoko" lub co najwyżej "całkiem fajne". Dostarcza krótkotrwałej rozrywki, ale nie zwala z nóg. Jest dla mnie w zasadzie nowoczesnym odpowiednikiem skakania po kanałach na kablówce i przełączania się między Comedy Central, Polsatem, Cartoon Network i Animal Planet. Trafiają się rzeczy przyjemne, trafiają się nawet i dobre, ale prawdziwe perełki pokroju "BoJacka Horsemana" czy "Dark" to jednak rzadkość. I wiecie co? Czuję przesyt średniej klasy treści. I może to jest moment, żeby jednak trochę tę konsumpcję kultury ograniczyć, zredukować, przestać traktować seriale jak naturalny element dnia?

Póki co staram się (co nie znaczy, że mi wychodzi), być rozsądna: nie umiem dawkować sobie seriali i zawsze kończy się to binge watchingiem, próbuję więc przynajmniej zagospodarować dobrze czas pomiędzy kolejnymi produkcjami. 2 dni oglądania non stop - tydzień bez seriali. 1 cały dzień oglądania - 3 lub 4 dni przerwy. W takim systemie jestem w stanie obejrzeć od razu cały sezon lub nawet dwa i bez żadnych pokus wrócić do pracy.

2. Love (Love, S02-03)

Love - tattwa

Gus i Mickey to zwykli ludzie. I mają naprawdę zwykły związek ze zwykłymi momentami, banalnymi kłótniami i realistycznymi (chociaż czasami o dużej skali) problemami.

Po raz kolejny polecę Wam „Love” Jude’a Apatowa: wreszcie dobiłam do finału 3. sezonu i chociaż ostatnie odcinki oglądałam już trochę z rozpędu, to nie żałuję. Polubiłam tych bohaterów i ich zmagania z rzeczywistością, pokochałam naturalizm, z jakim odmalowany jest związek Gusa i Mickey i mimo że miałam nadzieję na nieco inne jednak zakończenie, to cieszę się, że jest ono zakończeniem z prawdziwego zdarzenia. Serial zakończył się po 34 odcinkach i nie będzie już ciągu dalszego, a ja kibicuję tej decyzji. Ostatecznie trzeba wiedzieć, kiedy skończyć. I to był zdecydowanie dobry moment.

O pierwszym sezonie już pisałam, a o dwóch kolejnych powiedzieć mogę, że konsekwentnie rozwijają podjęte wątki i nie popadają w przesadę: bohaterowie ewoluują, ale są tylko coraz bardziej, a nie zamieniają się w zupełnie innych ludzi. Zbliżają się do siebie i oddalają, kłócą i godzą, rozwiązują swoje problemy, popełniają (nierzadko ogromne) błędy. Nie zawsze za nie płacą, bo Apatow nie umoralnia, nie zmyśla, że w życiu szczerość zawsze popłaca. Pozwala Gusowi i Mickey wyolbrzymiać, popadać w przesadę, histeryzować i wybierać złe ścieżki, z czego ci dwoje chętnie korzystają.

Love - tattwa

Czy ta – naprawdę przekonująca w swojej dysfunkcyjności – para dostanie happy end? Sprawdźcie.

Przywiązałam się do tej pary przede wszystkim z powodu niejednoznaczności obydwu postaci: zwariowana Mickey jest taką dziewczyną z sąsiedztwa, na jaką zasłużyliśmy – ma problem z alkoholem i narkotykami, jest tak daleka od ideału, jak to tylko możliwe. Rankiem, skacowana, idzie pieszo na stację benzynową po kawę: włosy ma w nieładzie, wciąż nosi wczorajsze ciuchy i kiedy okazuje się, że zapomniała portfela, błaga sprzedawcę, aby ten dał jej kacobójczą kawę na kredyt. Bycie życiowym nieogarem nie przeszkadza jej jednak w odnoszeniu sukcesów zawodowych – Mickey jest dobra w tym, co robi i awans wydaje się być tylko kwestią czasu. To połączenie emocjonalnej niezaradności z umiejętnością przetrwania w miejskiej dżungli sprawia, że naprawdę nietrudno się z tą bohaterką przynajmniej do pewnego stopnia utożsamiać – jest po prostu chodzącą manifestacją hasła can’t adult today.

Pomimo mojej niewątpliwej sympatii do tego serialu „Love” pozostaje po prostu jedną z wielu produkcji, które w ciągu ostatnich lat obejrzałam. Nie nazwałabym tego serialu „genialnym” czy nawet „świetnym” i moje życie na pewno nie byłoby uboższe, gdybym nigdy na niego nie trafiła. Nie ma tu niczego, co sprawiłoby, że chciałabym do tej produkcji wrócić i obejrzeć całość raz jeszcze, a gdyby okazało się, że pojawi się kolejny sezon, nie byłabym już raczej zainteresowana towarzyszeniem bohaterom. Tak jak „Star Trek: Discovery”, „Love” jest dla mnie typowym reprezentantem oferty Netflixa.

Wybieram polskie pisarki: "Szum" Magdaleny Tulli i nie tylko
#flashback: "American Crime Story: Sprawa O.J. Simpsona" VS "O.J.: Made in America"