Wygrzebki #77: co jeść latem? 5 pysznych pomysłów na upały
#flashback: "Strażnicy Galaktyki", czyli o łowieniu na sentyment

Mamy – przynajmniej teoretycznie – lato, sezon urlopów, internet pęka więc w szwach od poradników z listami książek, które warto przeczytać. I to jest jeden z nich. A jak Bóg da, to nawet pierwsza część spośród wielu. Tak mi dopomóż!

Wielu znajomych zagaduje do mnie z pytaniem o dobrą książkę – są tacy, którym regularnie wciskam tytuły rzucające mnie na kolana, raz po raz polecam kolejne ulubione pozycje. Po zadaniu kilku pytań zwykle jestem w stanie dobrać komuś coś interesującego, dopasowując lekturę do upodobań, potrzeby chwili, cenionych twórców i budzącej zainteresowanie rozmówcy tematyki. Nie zostawiam na lodzie nawet fanów polskiego fantasy najgorszego sortu, altruistycznie zakładając, że każdy czytelnik przeciągnięty na dobrą stronę literatury jest bezcenny, a każda złotówka odebrana grafomanowi może zasilić budżet twórcy, który naprawdę potrafi pisać.

Ale żarty na bok, porozmawiajmy o czymś, co da się czytać na trzeźwo i do czego czytania wypada przyznać się publicznie. Mam nadzieję, że znajdziecie tu coś dla siebie – lato niestety mamy tego roku wyjątkowo kapryśne, ale w dobrą książkę zawsze warto się zaopatrzyć. Jeśli jednak nie wybierzecie ani jednego tytułu z poniższej listy, zajrzyjcie także do mojego starszego, podobnego tekstu.

Kobiety o kobietach

Dostaję mikrowylewu za każdym razem, kiedy po wejściu do księgarni widzę na regale naklejkę „literatura kobieca”, a na półkach piętrzą się romansidła za dychę, których nie tknęłabym kijem przez szmatę. I nie to, że neguję sens istnienia takich książek, bo każdemu jego porno, drażni mnie po prostu przypisanie tego określenia prozie, która zazwyczaj nie oferuje żadnej wartości artystycznej. Powiedzmy sobie szczerze: większości osób „literatura kobieca” jednoznacznie kojarzy się z książkami klasy B, „babskimi” (tak jakby to była obelga!) czytadłami pokroju co najwyżej [sic!] „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. Pomijam kwestię tego, że to określenie to kpina, a nie gatunek, czy ktoś kiedyś słyszał o „literaturze męskiej”? A przecież tyle jest świetnej prozy pisanej przez kobiety. Tyle jest wspaniałych książek o kobietach, których lekturę można polecać znajomym bez względu na ich płeć. To właśnie jest dla mnie literatura kobieca z prawdziwego zdarzenia: pisana przez kobiety i o kobietach, ale niekoniecznie tylko do i dla kobiet.

A czy nazwałabym „literaturą kobiecą” na przykład „Wojnę polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną”? Nie, do kroćset, tak samo jak nie nazywam „kinem kobiecym” filmu „Hurt Locker”, bo ani ta książka ani ten film nie eksplorują zagadnienia kobiecości. Ale to ja, rzecz jasna, nigdy nie twierdziłam, że mam monopol na prawdę. Przynajmniej nie w tej kwestii.

O niektórych spośród tych książek pisałam już w przeszłości, odsyłam więc do starszych tekstów o „Pępowinie”, „Dziuni”„Second-handzie” i zaznaczam, że „Seria z miotłą” wydawnictwa W.A.B jest pełna perełek; warto przekopać się przez te tytuły i poszukać czegoś dla siebie. Z tej trójki moją faworytką jest zdecydowanie „Dziunia” – nie czytałam jeszcze drugiej i trzeciej części, ale mam nadzieję, że wkrótce uda mi się wygospodarować nieco czasu na lekturę. Namówiłam na tę książkę już całkiem sporo koleżanek i powiem Wam w tajemnicy, że wszystkie podzielają moje zdanie!

„Piąte dziecko” noblistki Doris Lessing polubiłam późno, dopiero po ponownej lekturze – może za pierwszym razem byłam na tę refleksję po prostu za młoda, być może najzwyczajniej w świecie wówczas tej książki nie rozumiałam i odczytywałam ją zbyt dosłownie. Dzisiaj doceniam ją jako niesamowicie przejmujący obraz trudów macierzyństwa i raz po raz zagłębiam się w wywód o wymogach związanych z pełnieniem roli matki – zarówno tych społecznych, zewnętrznych, kulturowych, jak i internalnych, psychologicznych, narzucanych przez kobietę samej sobie. Trudno rozmawia mi się o tej książce i wciąż mam wrażenie, że zaledwie musnęłam jej rdzeń – chociaż niewielka objętościowo, przykuła moją uwagę na długo i od dobrych 5 czy 6 lat nie mogę przestać o niej myśleć. „Piąte dziecko” to lektura bolesna, niewygodna i trudna – taka będzie zwłaszcza dla matek – ale niesamowicie ważna i potrzebna, demityzująca kulturowe sacrum i odzierająca ze złudzeń. Ilekroć myślę o postaci matki w literaturze, wracam myślami do Doris Lessing.

Jeśli wolicie jednak coś lekkiego i przyjemnego w odbiorze, wybierzcie „Marię i Magdalenę” Magdaleny Samozwaniec. Córka Wojciecha Kossaka, wnuczka Kossaka Juliusza, siostra Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, kuzynka Zofii Kossak-Szczuckiej, ciotka Simony Kossak, pisarka, satyryczka, kobieta z charakterem i ogromnym poczuciem humoru: do jej wspomnień z czasów dzieciństwa wracam, ilekroć potrzebuję powodu do śmiechu. „Maria i Magdalena” plastycznie, za pomocą żywego, ironicznego języka, prowadzi czytelnika przez meandry życia rodziny Kossaków na początku XX wieku w Krakowie. Ci, którzy Pawlikowską-Jasnorzewską uważają za natchnioną nimfę o rozmarzonym spojrzeniu, zdziwią się mocno, czytając o tym, jak diabelskie siostrzyczki wypuściły się na wycieczkę do kasyna w Monte Carlo, gdzie przehulały wszystkie pieniądze i dzwoniły po ojca, żeby przyjechał je wykupić. Albo o tym, jak przyszła poetka ufryzowała sobie grzywkę przed wyjściem do teatru z rodzicami – w czasach, w których największą ozdobą panienki miała być skromność i obyczajność. Albo lepiej: o tym, jak nastoletnia wówczas autorka, jakimś cudem uchodząc bacznemu spojrzeniu matki, z okazji ważnego balu z udziałem księcia przefarbowała się na rudo. Na początku XX wieku w Polsce.

Dziś jedynym zarzutem wobec tej książki (i w ogóle wobec wczesnej twórczości Samozwaniec) pozostaje jej klasowy snobizm. Chociaż autorka zdradza ślady świadomości społecznej, zwłaszcza gdy ironizuje na temat postawy własnej matki, to niezaprzeczalnie jest dzieckiem swojego świata i nie dostrzega wielu palących go problemów: jej rzeczywistość to społeczeństwo klasowe, podzielone na lepszych i gorszych, który to podział Samozwaniec zdaje się akceptować bez mrugnięcia okiem, co więcej – z nostalgią te czasy wspomina, nie okraszając ich stosowną (wydawałoby się) refleksją. Jeśli jesteście w stanie wziąć na to poprawkę, będziecie bawić się przy tej lekturze wybornie, obserwując przedwojenny Kraków oczami pisarki i poznając m.in. Antoniego Słonimskiego z zupełnie innej strony niż na lekcjach polskiego. Bo w tle przewija się tu plejada polskich artystów, pisarzy, w tym cała grupa Skamander, a poetka Lilka od „nie widziałam cię już od miesiąca” okazuje się nie przynudnawą leliją tylko niezłym drapichrustem. A jeżeli polubicie Magdalenę Samozwaniec, to gwarantuję, że przypadną Wam do gustu także inne jej książki, na przykład zbiory krótkich tekstów „Tylko dla kobiet”, „Tylko dla mężczyzn” oraz „Tylko dla dziewcząt” – chociaż dziś rady i sugestie pisarki są mocno archaiczne, to te felietony stanowią bezcenne źródło wiedzy o mentalności Polaków w latach 50. i 60. Mówią Wam, że drzewiej dziewczęta były skromniejsze, ludzie się nie rozwodzili, wszyscy szanowali się bardziej? Cóż, Samozwaniec zdaje się pisać o otaczającej ją rzeczywistości coś zupełnie innego. I opowiada o tym tak zabawnie, że można popłakać się ze śmiechu.

A, i tak, uwielbiam Bridget Jones, dwa pierwsze tomy przeczytałam – nie przesadzam – na pewno ze trzydzieści-czterdzieści razy. Tutajtutaj pisałam więcej na temat tych książek (trzeciej i czwartej części nie polecam, a wręcz gorąco je odradzam). Jeśli podczas lektury tych tekstów jakieś zdanie Wam zazgrzyta, to z góry przepraszam – właśnie przeglądam te artykuły, porównuję z moimi oryginalnymi plikami i mam wrażenie, że po redakcji i korekcie (nie wiem, czyjej) prezentują się gramatycznie gorzej niż przed. Co nie oznacza, że stan wyjściowy był idealny, po prostu dziwne to uczucie, widzieć własne wpadki zastąpione cudzymi.

Gdybym jednak miała wymienić swoją ulubioną pisarkę, bez namysłu odpowiedziałabym: Zadie Smith. Nie czytałam jeszcze co prawda jej dwóch ostatnich książek, ale mam za sobą już cztery, a dwie pierwsze, które wpadły mi w ręce, wywróciły mój świat do góry nogami. „Białe zęby” przeczytałam niemalże 8 lat temu, „O pięknie” – rok później. Wciąż planuję powtórzyć sobie obydwie oraz zweryfikować ówczesny zachwyt i cały czas odkładam to na później. Póki co mam jednak wspomnienia i na ich podstawie biorę odpowiedzialność za tę rekomendację. Proza Smith jest i jednocześnie nie jest o kobietach: w tych dwóch tytułach są one co prawda na pierwszym planie, a i te drugoplanowe pozostają kluczowe dla końcowych refleksji, ale tak naprawdę obydwie książki opowiadają o współczesnym, multikulturowym świecie, w którym pojęcia narodowości i ojczyzny zaczynają się rozmywać. Obserwujemy losy rodzin – angielskich i amerykańskich, ale jednocześnie o korzeniach haitańskich, jamajskich, hinduskich, żydowskich i innych: rdzeniem ich historii są próby odnalezienia się w społeczeństwie, pogodzenie własnej tożsamości kulturowej z realiami codziennego życia. Niełatwo jest pielęgnować swoje korzenie, skoro znane są one jedynie z opowiadań matek i babć. Niełatwo jest kochać ojczysty kraj i ojczystą kulturę, jeśli wspomnienie o nich łączy się z traumą. Co trzeba zrobić, żeby nazywać się Anglikiem, Amerykaninem? I czy będąc Anglikiem można jednocześnie z dumą mówić o swoim jamajskim pochodzeniu? Jako ludzie nowocześni i postępowi chcemy instynktownie powiedzieć, że oczywiście, w czym problem: ekspaci wiedzą jednak dobrze, że to nie takie proste. Mieć dwie ojczyzny oznacza często nie mieć żadnej, nigdzie nie być tak naprawdę u siebie.

Od czasu premiery tych książek minęło już sporo czasu – „Białe zęby” zostały opublikowane w 1999 roku, „O pięknie” – w 2005. Żadna nich siłą rzeczy nie uwzględnia więc obecnych napięć związanych z migracją i sytuacją uchodźców w Europie i Stanach Zjednoczonych, nie poświęca wiele miejsca polityce jako takiej. Być może właśnie dlatego obydwie pozostają tak aktualne, mówiąc w uniwersalny sposób o mechanizmach asymilacji i o tym, jak ważne jest godzenie przeszłości z teraźniejszością, pochodzenia z codziennością. Smith zna te zagadnienia z autopsji: jej matka pochodziła z Jamajki, ojciec był (jest?) Anglikiem – w „Białych zębach” z łatwością odnajdziecie tę rodzinę i być może to pozwoli Wam zrozumieć, jak mogło wyglądać życie autorki, z jakimi wątpliwościami mogła się borykać, dorastając.

To literatura, przy której odbiorze trzeba nieco chcieć, która wymaga pewnej otwartości i dobrych intencji, przede wszystkim chęci zrozumienia mechanizmów stojących za międzykulturowymi napięciami we współczesnym świecie. Nie szuka usprawiedliwień, ale pomaga pojąć, gdzie leżą źródła problemów, jakie błędy zostały popełnione przy budowaniu wielojęzycznego, wielobarwnego i wieloreligijnego społeczeństwa, złożonego z ludzi, których tak naprawdę nie łączy nic. Zadie Smith uświadamia, jak istotną rolę pełni możliwość zachowania odrębności, pielęgnowania swojej tożsamości kulturowej przy jednoczesnym poczuciu akceptacji, jak ważna jest świadomości przynależności. Przypomina, że do budowania zdrowego społeczeństwa niezbędna jest realna równość wobec nie tylko prawa, ale i norm społecznych, a prawdziwa sprawiedliwość nie oznacza takiego samego traktowanie dla wszystkich bez względu na okoliczności, a raczej konsekwentne wyrównywanie szans. Uczucie rozdarcia i zagubienia w świecie, które opisuje Smith, wykracza dalece poza zagadnienia migracji i uchodźctwa – po latach jest jeszcze bardziej jasne, że jest ono po prostu znakiem naszych czasów.

Do napisania o „Fatum i Furii” Lauren Groff zbierałam się kilkakrotnie i ostatecznie nigdy się nie zebrałam. Trochę żałuję. Po pierwsze więc – jak to jest napisane! Czytałam co prawda przekład, ale jeśli dobrze oddaje on język oryginału, to ten jest brawurowy, nasycony nieoczywistymi skojarzeniami, wybijającą z rytmu konstrukcją zdań, które nie pozwalają na zamknięcie się w strefie komfortu. Po drugie – bohaterowie. Pełni skaz, niedoskonałości, cieleśni, fizyczni, przejmująco realni. Obojgu daleko do przeciętności, a ich portrety odmalowane są z bezlitosną, obnażającą szczerością. Po trzecie: relacja. „Fatum i Furia” to historia pewnego związku, opowieść spisana przez dwóch narratorów reprezentujących dwa odmienne punkty widzenia. Część pierwsza, Fatum, to wyobrażenie Lotta o jego małżeństwie z Mathilde, o niej samej, jego emocje, pragnienia, frustracje i plany. Część druga, Furia, zawiera prawdę o Mathilde oraz jej wersję wydarzeń opisanych wcześniej przez Lotta. Mathile tworzy realistyczną mapę do naładowanego emocjami świata swojego męża i jednocześnie ujawnia, jaki naprawdę był sekret jego sukcesu.

Te zderzenia osądów są momentami bolesne, czasami budzą niesmak, szokują i każą zastanawiać się, czy nie tak właśnie wygląd każdy związek, każda międzyludzka relacja. Uderza różnica między tym, jak bohaterowie postrzegają samych siebie i jak są postrzegani przez partnera, jak wiele zmieniają w ich głowach słowa, których nie mówią na głos. Jak różne kierują nimi motywacje. „Fatum i Furia” pozostawia z pytaniami o naturę związku dwojga ludzi, o definicję miłości, poświęcenia, utraty, o granice wglądu w drugiego człowieka. Nie popada przy tym ani na moment w banał i tani dramat, nie operuje schematami, nie ucieka się do tandetnych rozwiązań. Pozostawia bardzo wiele w sferze podtekstu, sugestii, każe wyciągać wnioski z subtelnych metafor. Chociaż bezwzględnie szczera, wręcz brutalna, bywa poetycka. Trzeba przeczytać.

Udanej lektury!

Dokonując zakupu książki za pośrednictwem któregoś z linków zamieszczonym w powyższym tekście, przyczyniasz się do rozwoju bloga i umożliwiasz mi odwlekanie w nieskończoność momentu, kiedy będę musiała wziąć się za prawdziwą pracę. Z góry dziękuję.

Znajdź mnie na Goodreads.

Jeśli nie chcesz przegapić kolejnych wpisów, obserwuj mnie na Facebooku lub Twitterze. Zwłaszcza na Twitterze. Tam jest po prostu fajniej. Jeśli jednak wolisz Facebooka, dołącz do mojej grupy „Wygrzebki: pretensje do kultury”, która w założeniu ma stać się miejscem do merytorycznej dyskusji na związane z kulturą tematy niekoniecznie z pierwszych stron gazet. 

Wygrzebki #77: co jeść latem? 5 pysznych pomysłów na upały
#flashback: "Strażnicy Galaktyki", czyli o łowieniu na sentyment