5. Taylor Jenkins Reid – “Malibu płonie”
To nie jest wybitna proza. Nie zostanie ze mną na lata, nie będę jej analizować i w sumie już zapomniałam, jakie imiona nosili jej bohaterowie. Ale będę ją polecać znajomym i niewykluczone, że kiedyś jeszcze do niej wrócę, co zdarza mi się bardzo rzadko. Dlaczego? To po prostu jedna z tych książek, których lektura sprawia przyjemność. Tyle i aż tyle.

“Malibu płonie” Taylor Jenkins Reid jest jak udany przygodny seks bez zobowiązań na wakacjach – na czas swojego trwania jest źródłem przyjemności i angażuje bez znużenia, a po wszystkim nie każe się nad sobą zastanawiać, nie rodzi napięcia i zostaje przyjemnym wspomnieniem. Opowieść o surfującym rodzeństwie, ich nieobecnym ojcu i szalonej imprezie, która wywróciła wszystko do góry nogami, to idealna propozycja na relaksujący weekend po ciężkim tygodniu w pracy, a jeszcze lepiej – na urlop pod palmami, na plaży albo nad brzegiem hotelowego basenu.
Dla tej książki zostałam cały dzień w łóżku, a po jej skończeniu czułam się psychicznie lepiej niż przed rozpoczęciem: chociaż opisana w niej historia rodzinna jest tak naprawdę smutna, to sposób jej opisania, sytuacja i decyzje bohaterów i fascynacja surfingiem zdejmują narracyjny ciężar z rodzinnej tragedii. Jeśli szukacie zatem do poczytania czegoś lekkiego, ale na tyle dobrego, żebyście po lekturze nie żałowali straconego czasu – warto.