[tps_header]
Kocham animację japońską. Boli mnie fakt, że dla wielu osób to tylko “śmieszne chińskie kreskówki”, jak mawia mój znajomy. Jeśli myśląc o anime macie w głowach jedynie obraz “Czarodziejki z księżyca” i “Dragon Ball”, to nawet nie wiecie, co tracicie.
Animacja jest często niesłusznie dyskryminowana. Bo “dziecinna”. Dziecinna? Dobija mnie, kiedy słyszę taki komentarz z ust kogoś, kto śmiał się na “Kac Vegas” (ja w sumie też się śmiałam, ale nie w tym rzecz), nigdy nie oglądał “Walca z Baszirem”, ale śmiało zakłada, że skoro produkcja jest animowana, to adresowana jest automatycznie do młodszej widowni. Znam dziesiątki rysunkowych i w pełni komputerowych produkcji, które prezentują o niebo wyższy poziom niż wspaniała większość amerykańskiej kinematografii – ale pewnym ludziom po prostu nie przemówisz do rozsądku.
Nie oznacza to, że wszyscy muszą taki styl kochać. Po prostu – warto spróbować, zamiast bredzić o tym, że nie lubi się czegoś, o czym nie ma się tak naprawdę bladego pojęcia. A jeśli forma jest dla Was ważniejsza niż treść… cóż, w takiej sytuacji chyba Was nie przekonam. Ale jeśli jesteście uprzedzeni do anime i sami nie wiecie dlaczego, jeśli jakimś cudem nie widzieliście nigdy żadnej z produkcji Ghibli (czy to w ogóle możliwe?), to kontakt z nimi jest chyba najlepszą drogą do zamienienia każdego przeciwnika w zagorzałego fana. Sama wciąż nie obejrzałam wszystkich filmów studia, ale mam zamiar nadrobić szybko zaległości. Naprawdę warto!
PS – Pamiętajcie: oglądajcie tylko w oryginalnej wersji językowej, z polskimi lub angielskimi napisami. Dopiero później możecie zobaczyć wersję z dubbingiem, ale wtedy prawdopodobnie ją znienawidzicie.
Pozostałe części cyklu o filmach studia Ghibli znajdziecie tu i tu.
[/tps_header]
1. “Nausicaä z Doliny Wiatru” (“Kaze no Tani no Nausicaä”, reż. Hayao Miyazaki, 1984)
Formalnie nie jest to produkcja Studia Ghibli, które zostało założone dopiero w 1985 roku, ale zwykle jest wymieniana razem z pozostałymi filmami. To przedsmak tego, co zostanie rozwinięte później w “Księżniczce Mononoke” – te dwa obrazy występują w moich myślach zawsze w parze. Fundamentem obydwu jest proekologiczna refleksja (jakże dziś aktualna), a protagonistkami są silne, niezależne księżniczki, które chcą ocalić przed zniszczeniem to, co jest dla nich najcenniejsze.
Nausicaä jest przy tym znacznie sympatyczniejszą postacią niż San.
Dolina Wiatru jest enklawą, w której ludzie starają się żyć w zgodzie z toksyczną, dominującą przyrodą. Nie walczą z nią, ale usiłują funkcjonować obok, nie podejmując prób przejęcia kontroli. Temu pokojowemu nastawieniu przeciwstawia się ekspansywne podejście najeźdźców, którzy zachowują się jak typowy biały człowiek i niszczą wszystko, co da się zniszczyć. Las to przestrzeń równie niesamowita co w „Mononoke” – podobnie jak tam, jest areną działania ogromnych sił (chociaż z innych powodów) i stanowi przestrzeń sacrum, objętą tabu. “Nausicaä” jest próbą powiedzenia bardziej dobitnie tego, co „Laputa” jedynie sugeruje – że wszelka ekspansja wiążę się zawsze z destrukcją, że najlepsze jest życie w zgodzie z otaczającym ekosystemem. Nie sposób się nie zgodzić – obraz można polecić starszym dzieciom ale także i każdego dorosłemu. Na naukę i wnioski nigdy nie jest za późno.