5. Sztuka kochania: historia Michaliny Wisłockiej (reż. Maria Sadowska, 2017) – 7/10
Przyznam się szczerze, że “Sztuki kochania” w wersji książkowej nie miałam nigdy w rękach i chyba raczej nie zdecyduję się na lekturę, mają w pamięci falę krytyki, z jaką spotkało się nowe wydanie, pozbawione adnotacji i wyjaśnień przy bardziej kontrowersyjnych uwagach doktor Wisłockiej. Może właśnie z tego powodu nie przeszkadza mi powiązanie filmu z owym wydaniem, zauważalne zarówno w identyfikacji wizualnej jak w konkretnych scenach tego tytułu. Tego, czy “Sztuka kochania” jest jednym wielkim product placementem i rozbudowaną reklamą książki, nie będę zatem omawiać.
Może właśnie dzięki powyższemu nie byłam do tej produkcji uprzedzona, nie miałam w zasadzie żadnych oczekiwań i nie doszukiwałam się tam lokowania produktu, a konkretne rozwiązania fabularne nie drażniły mnie i nie powodowały niesmaku jak u części widzów. Zachwyciłam się natomiast już w pierwszych scenach warstwą wizualną filmu; niezwykle dopracowana scenografia, kostiumy, odpowiednio dobrane filtry i Boczarska w roli Michaliny Wisłockiej raz po raz starzejąca się i młodniejąca za sprawą zmiany gestów, mimiki, sposobu poruszania się – to wszystko robi naprawdę spore wrażenie i powinno zamknąć usta każdemu, kto jeszcze powątpiewa w możliwości polskiej kinematografii.


Do kina wybrałam się z babcią i dziadkiem i niech za rekomendację wystarczy Wam, że po seansie moja babcia pokiwała tylko głową i stwierdziła z zadumą, że dokładnie tak było, wspominając cenzurę za czasów PRLu, język, jakim powszechnie mówiło się o kobiecych dolegliwościach oraz seksie, a także poruszenie, które zapanowało po wydaniu książki Wisłockiej w drugim obiegu (dziadek stwierdził, że chciałby być o 30 lat młodszy, bo wtedy bardziej by go to wszystko emocjonowało). Nie oznacza to jednak rzecz jasna, że “Sztuka kochania” nie czaruje trochę rzeczywistości i nie dodaje jej kolorytu – ostatecznie mowa o filmie fabularnym, nie o dokumencie.
Uderza na przykład powściągliwość, z jaką Sadowska rozwija (czy też może raczej: nie rozwija) wątek związany z rodziną Wisłockiej; nietrudno domyślić się, że czegoś się tu widzowi nie mówi i na pewno jest w tej historii coś jeszcze. Już pal sześć co stało się ze Stanisławem Wisłockim, ale nawet w tych krótkich retrospektywnych ujęciach główna bohaterka, walcząca początkowo jak lwica o dzieci, okazuje się matką raczej nienajlepszą i nie idzie tu nawet o czas, który jest w stanie poświęcić na macierzyństwo, ale o brak jakiejkolwiek sugestii, że tam się w ogóle jakieś macierzyństwo odbywało.
Ale od początku: Michalinę Wisłocką poznajemy równolegle na dwóch planach – momentu, w którym żyje bohaterka, pani w średnim wieku, próbująca wydać swoją książkę “Sztuka kochania” lekarka ginekolog, cytolog i seksuolog. Jednocześnie dostajemy wycinki z przeszłości Wisłockiej – kolorowe, nasycone światłem kadry z młodości, prowadzące widza przez meandry życia osobistego i zawodowego bohaterki. To stąd dowiadujemy się, jak Michalina Braun (Magdalena Boczarska) poznała Stanisława Wisłockiego (Piotr Adamczyk), jak zdecydowali się żyć we troje z przyjaciółką głównej bohaterki, Wandą (Justyna Wasilewska), dzieląc codzienne problemy i łóżko i jak w tej początkowej sielance pojawiły się kolejno dzieci, zazdrość, zranione uczucia, ciężkie słowa i ostatecznie rozstania.

I tu pojawia się pierwszy problem: dopóki jeszcze cała trójka żyje razem, w jakimś sensie można uwierzyć w to, że główna bohaterka oddaje się pracy naukowej, a jej przyjaciółka niańczy w domu potomstwo. Kiedy jednak Wisłocka zostaje sama z córką, nagle ma się wrażenie, że to nie dziecko, ale złota rybka, bo mniej więcej tyle czasu się dziewczynce poświęca i trudno oprzeć się wrażeniu, że Sadowska bardzo bała się ruszyć ten temat, żeby jej nie zaczął śmierdzieć. W późniejszym życiu Wisłockiej córki w zasadzie w ogóle już nie ma. Co się z nią stało? Czy utrzymywały później relacje? O tym film nie mówi. A przecież wiemy, że tam do powiedzenia było bardzo wiele i jest jakiś żal o to, że zamiast kobiety z krwi i kości z całą jej barwną historią dostajemy w zasadzie marmurowy posąg bez większych skaz.
Najmocniejszym punktem filmu pozostaje historia z samego środka opowieści, czyli romans bohaterki z żonatym Jurkiem (gdzie jest wówczas córka Wisłockiej? Kto się nią opiekuje?): deut Boczarska-Lubos zapada w pamięć i ma tyle uroku, że z całego serca życzy się tej parze jak najlepiej, zwłaszcza że wszystko odbywa się w pięknych letnich plenerach, przy ogniskach, w efektownych wnętrznach starej posiadłości, nad wodą i w polu. Te fragmenty “Sztuki kochania” mają dla mnie o tyle duże znaczenie, że pojawia się tam również moja koleżanka z dzieciństwa, Patrycja, która na planie była asystentką kierownika produkcji i wystąpiła jako statystka w kilku ujęciach. Gratulacje, Pacia!

Trzeba powiedzieć wprost, że “Sztuka kochania” została skrojona pod masowego widza i ten zabieg sprawdził się w 100%: w ciągu 1,5 miesiąca od premiery film obejrzało w kinach 1,7 miliona widzów, bijąc na głowę wynik “Ciemniejszej strony Greya”, co nieprzeciętnie cieszy. Nie tak dawno pisałam o kondycji polskiego kina i podkreślałam niedobór właśnie takich filmów: lekkich, przystępnych, a mimo to niegłupich, które można obejrzeć z przyjemnością i bez wielkiego wysiłku psychicznego czy intelektualnego, a po seansie wymienić się opiniami w kulturalnym towarzystwie. Bezustannie trzymam kciuki za rodzimą kinematografię i mam nadzieję, że właśnie takich filmów, coraz to lepszych i lepszych, będzie się u nas robić coraz więcej.
“Sztukę kochania” obejrzyjcie legalnie tutaj (dostępna jest także wersja z audiodeskrypcją), tu możecie kupić film na DVD, a tutaj – na Blu-ray. Książkę “Sztuka kochania” Michaliny Wisłockiej w twardej oprawie znajdziecie tutaj, a w wersji elektronicznej – tutaj. Ścieżkę dźwiękową z filmu możecie nabyć natomiast tutaj.