Wygrzebki #85: genialne teledyski, które warto sobie przypomnieć
Wygrzebki #84: latające domy, Nocne Marki i skarpetki z "Krzykiem" Muncha

W latach dziesiętnych XXI wieku przesłuchałam, jak to się mówi, shitload of music. Zwłaszcza w pierwszej połowie tego okresu, kiedy, nazwijmy to po imieniu, prowadziłam skrajnie hulaszczy tryb życia i często imprezy wiązały się z bezustannym komponowaniem list na Winampie (przypominam, że Spotify wystartowało w Polsce dopiero w 2013 roku i chwilę to potrwało zanim naprawdę stało się powszechne i wypełniło bibliotekę), bujaniem się po klubach i tzw. YouTube cup, czyli tych momentów, w których cała banda ludzi zaczyna tłoczyć się wokół komputera, krzycząc „to ja ci teraz puszczę!”.

Tworząc tę listę, pochyliłam się ze smutkiem nad tym, co od dłuższego czasu już mnie uwierało: chociaż słucham każdego roku setek nowych utworów, rzadko zdarza mi się odpalić cały album jednego artysty i przesłuchać go od początku do końca. To moje mocne postanowienie na ten rok. Na razie odłuchałam w całości „Kółko i krzyżyk” Cudownych lat (nieznośnie ejtisowe i naiwne, ale jeśli kogoś interesuje, jak w 1984 roku mogłaby brzmieć 13-letnia egzaltowana siostra Martyny Jakubowicz, to można odsłuchać),„Dwunasty dom”„Peorię” Enchanted Hunters (nie, po prostu nie – „Peoria” jest znacznie lepsza, ale to nie moje klimaty), dwie EPki Grace VanderWaal – „Perfectly Imperfect”„Letters Vol. 1” (warto, bardzo przyjemne) i mam na liście jeszcze kilkadziesiąt starych i nowych płyt. Chcę przede wszystkim poświęcić czas artystom, których znam i lubię za pojedyncze utwory, ale chcę też przyjrzeć się niszowym projektom i ciekawym debiutom. A jeśli czasu wystarczy, to fajnie byłoby i uczciwie przelecieć całe dyskografie muzyków, których nazywam ulubionymi, chociaż przecież nie znam 100% ich twórczości.

Kto zatem trafił na moją listę „to check”? Z Polski na pewno KRÓL (ostatnio poderwał mnie ten kawałek – kojarzy mi się ze stylem Róż Europy), Nagrobki (przesłuchajcie to), Baranovski, PRO8L3M (lubiłam zanim byli modni, ale nigdy nie przesłuchałam uczciwie wszystkich nagrań – za to chętnie wracam do tego), Video (bo ten kawałek) i… Dawid Podsiadło, który jakoś nigdy mnie dotąd nie porwał, więc chce sprawdzić, czy coś ważnego mnie omija. No i oczywiście Łąki Łan, bo „Lass” to przepyszny numer, a „Jammin” towarzyszyło mi latem. A jeśli chodzi o zagranicę – po „Zwierzetach Ameryki” zakochałam się w tym kawałku i od jakiegoś czasu zachwycam się alt-J, niedawno podbił mnie stary kawałek Soko pt. „We Might Be Dead By Tomorrow”, chętnie wrócę do Hot Chip, bo ten numer z tym cudownym, szczerym klipem i Bonnie „Prince” Billy wciąż chodzi mi po latach po głowie (ale podstawową wersję też warto obczaić), a z powodu „Drop the Game” posiedzę trochę z Chetem Fakerem, zwłaszcza, że ta wersja podoba mi się nie mniej niż pierwotna. Moją uwagę zwrócił także Ofenbach, tenten kawałek Timber Timbre wciąż brzmią świetnie, odkryłam Larkin Poe, z dziką radością wrócę do Broken Bells i zaprzyjaźnię sie z Broken Back.

A czego wy słuchaliście w minionych latach? Jakie płyty wspominacie najcieplej, które były dla was najważniejsze? Jakie macie muzyczne plany na najbliższy rok? Na końcu posta znajdziecie więcej propozycji poza główną dziesiątką oraz moje ulubione soundtracki do filmów, a w komentarzach wpisujcie swoje propozycje i typy!

Podczas lektury można odpalić sobie ścieżkę dźwiękową zawierającą moje ulubione kawałki ze wszystkich opisanych tu płyt (do odsłuchania pełnych wersji utworów konieczne jest posiadanie konta na Spotify – jeśli nie macie, pozostaje YT). Zachęcam też gorąco do odpalenia podlinkowanych klipów!

Poprzedni1 z 10Następny

Massive Attack – „Heligoland” (2010)

Gdybym miała zabrać ze sobą do grobu tylko jedna płytę i słuchać jej w zaświatach aż do skończenia czasu, to prawdopodobnie byłaby właśnie ta płyta. Do dziś pamiętam dreszcz, który przebiegł mi po całym ciele, kiedy usłyszałam po raz pierwszy „Splitting the Atom” z głębokim, pulsującym basem i niskim, ciepłym wokalem. Później: cudowne, hipnotyzujące i narkotyczne „Atlas Air”. I wreszcie „Paradise Circus” z zakazanym na YT  erotycznym klipem zbudowanym z fragmentów filmu dla dorosłych „The Devil in Miss Jones” (1973) i komentarzy występującej w nim aktorki – dziś już starszej, 83-letniej pani – Georginy Spelvin. Wszyscy moi bliscy znajomi znają ten teledysk. Nie mieli wyjścia.

Ale na tym albumie nie ma ani jednej fałszywej nuty, ani jednego gorszego kawałka, słabego utworu czy zapychacza (niech spłonie ten, kto nazwie tak „Psyche”, „Rush Minute” czy „Saturday Come Slow”!). „Heligoland” jak żadna inna płyta sprawia, że tęsknię za odsłuchiwaniem całych albumów i czasami, w których muzyka była dla mnie ważniejsza niż jakakolwiek inna forma kultury (może poza literaturą). Nie zrezygnuję już na pewno z cyfrowego formatu, ale coraz częściej zastanawiam się nad rezygnacją ze Spotify i Tidala. Ale do takiej decyzji potrzebny jest powód: spójne, przemyślane płyty i concept albumy, przy których przewinięcie jakiegokolwiek kawałka nie wchodzi w grę.

Ta płyta sprawiła, że pokochałam trip hop. I w obrębie tego gatunku chyba tylko płyty Portishead uwielbiam równie obsesyjnie.

Poprzedni1 z 10Następny
Wygrzebki #85: genialne teledyski, które warto sobie przypomnieć
Wygrzebki #84: latające domy, Nocne Marki i skarpetki z "Krzykiem" Muncha