Taco Hemingway – “Umowa o dzieło” EP (2015)
Taco wdarł się na listy przebojów szturmem i wywołał masową histerię. I jak to zwykle bywa w takich przypadkach, w kontrze do jego fanatycznych fanów wyrosła grupa osób, które dla zasady są przeciw i gardzą wszystkim, co popularne. Znacie ich? To ci sami ludzie, których nie trzeba pytać o to, ile razy słyszeli “Despacito”, bo sami wam powiedzą. Nieproszeni. Nawet jeśli w ogóle was nie znają. To ten typ, który najpierw wrzuca na Facebooka występy sióstr Godlewskich, a potem narzeka i dziwi się, “kto tego słucha”. No jakby ty, Mariusz.
Wiadomo, że nie wszystko musi się podobać, ale to naprawdę wystarczy powiedzieć raz, zamiast pod każdą wzmianką o artyście pytać dramatycznie “czy ja jestem jedyną osobą na świecie, której to się nie podoba?!”, bo nie, Sandra, nie jesteś. Po prostu reszta się tym tak nie podnieca.
Rozumiem to uczucie, kiedy nagły wybuch popularności i wszechobecność jakiegoś dzieła sprawiają, że czuje się opór przed sięgnięciem po to. Jest na to jednak lekarstwo: mniej mediów, więcej samodzielnych poszukiwań oraz odcinanie zbędnych bodźców. Ja na przykład słyszałam “Despacito” może ze trzy razy w życiu i uważam, że to fajny taneczny numer, który sprawdziłby się na jakiejś letniej potańcówce jak złoto. Do dzisiaj nie słyszałam żadnego (!) kawałka Zenka Martyniuka, Sławomira, Ariany Grande czy Justina Biebera bo nie czułam takiej potrzeby. Nie wiem, jak brzmi Taylor Swift i nie znalazłam czasu na “Lemonade” Beyonce. Nie dlatego, że mam coś przeciwko któremukolwiek z tych wykonawców, bo nie wypowiadam się na ich temat – po prostu słuchałam wtedy czegoś innego. Nie mam radia, bo szanujmy się, nikt nie będzie za mnie podejmował decyzji, czego mam słuchać, wszędzie jeżdżę ze słuchawkami, nie chodzę po galeriach handlowych (a jeśli już, to też w słuchawkach) i mało czasu spędzam w knajpach, a mój świetnie wytresowany algorytm Spotify nigdy nie podsunął mi Rihanny czy Ariany.
Podsumowując: mam prawie 32 lata, wyrosłam już dawno z potrzeby bycia na bieżąco ze wszystkim za wszelką cenę. A że nie zajmuję się muzyką zawodowo, to mogę ze spokojem zasypiać, nie znając muzyki Taylor Swift. Gdybym się miała czymś przejmować, to raczej tym, że nie przeczytałam jeszcze “Czarodziejskiej góry” Manna i nie obejrzałam “Cienkiej czerwonej linii”.
A fakty są takie, że “Umowa o dzieło” to po prostu dobra EPka z błyskotliwymi, celnymi komentarzami do rzeczywistości. Nie ma uniwersalnego przekazu, ale przecież wcale nie musi. Jest na swój sposób hermetyczna, ale nie przeszkodziło jej to stać się manifestem społecznym. I nie oszukujmy się, mówi o realiach życia więcej niż 90% polskiego rapu, bo jednak większość Polaków nie miała przygód jak z “Czasu” i “Czasu II” Fokusa (co nie zmienia faktu, że “Czas II” to genialny numer).
Nie będę oryginalna: przesłuchajcie “Następną stację”, “6 zer” i “Awizo”, a do tego dorzućcie “Szlugi i kalafiory” z “Trójkąta warszawskiego”.