Julia Pietrucha “Parsley” (2016)
Dziewczyna, jej banjo i swing. Zajechałam ten album do szczętu, odtwarzając go w pętli bez żadnej przerwy przez długi czas. Ta cudownie spójna, bezpretensjonalna płyta pasuje do lata, hamaka, plaży, szumiącego w tle morza, drinka z palemką i słomkowego kapelusza. Jako że mamy zimę, nie wahajcie się ani chwili i rozwieszajcie hamak w domu, podkręćcie kaloryfery i przesłuchajcie czym prędzej.
Liryka miesza się tu z energią, a wszystko to jest zalane ciepłem, światłem, radością: “Parsley” to dźwiękowy odpowiednik promieni słońca przebijających się przez palmowe liście i padających na twarz. Chillout w stanie czystym.
Ja wracam najchętniej do “Stand Still”, “Swing Boy”, “Growl It” i “Ship of Fools”. A samą Julię bardzo, ale to bardzo chciałabym kiedyś poznać osobiście.