4. Małgorzata Musierowicz – “Jeżycjada”
Przyznaję bez bicia – odpadłam od tej serii przy “Kalamburce” i dalej już czytać nie mam ochoty: Ignacy Borejko, senior rodu, już na kilka tomów wcześniej rozpoczął swoją transformację z charyzmatycznego mędrca w nieznośnego, protekcjonalnego zarozumialca, który stopniowo odrywa się coraz bardziej od rzeczywistości. Z tego co wiem, później było już tylko gorzej.
Wolałam przerwać w dobrym momencie, niż zrazić się do serii, którą jako dziecko i nastolatka bardzo lubiłam: pozostało mi dużo ciepłych wspomnień o rodzinie Borejków. Pamiętam, że wraz upływem czasu moje ulubione tytuły zmieniały się – długo nie mogłam przekonać się do “Opium w rosole” i “Dziecka piątku”, smutniejszych i poważniejszych niż pozostałe tomy, ale to właśnie one przykuły moją uwagę parę lat później. Nie byłam fanką Elki – Noelki, ale dziś to chyba tę opowieść pamiętam najdokładniej, może przez powiązanie (przez Tomcia Kowalika) z moją ukochaną “Kłamczuchą”, bodajże pierwszą książką Musierowicz, jaką wzięłam do ręki. Chociaż nie polubiłam nigdy Beaty Bitner, to popiersie Bartóka stawiane na fortepianie przez jej matkę, Józefinę, zostało ze mną aż do dziś. I chyba tylko do Robrojka i jego córki nigdy nie zapałałam sympatią. I może jeszcze nigdy nie minęła mi chęć trzymania Laury “Tygrys” Pyziak o chlebie i wodzie w ciemnej piwnicy – tam, gdzie było miejsce tego małego, przewrotnego potwora.
Gdybym dzisiaj miała sięgnąć po jedną z tych książek, wybrałabym pewnie właśnie “Kalamburkę” – chyba z powodu tego, jak odmienna jest, także w formie, od pozostałych powieści z cyklu. Fabuła skupiona ten jeden, jedyny raz wokół wiecznej bohaterki drugiego planu, Mili, wyjaśnia, dlaczego pewne rzeczy potoczyły się tak, a nie inaczej, odsłania mechanizmy rządzące całą rodziną. Nareszcie staje się jasne, że Borejkowie byli tym, kim byli, nie dzięki Ignacemu, jego cytatom, mądrym książkom i patetycznym przemowom, ale właśnie dzięki matce, żonie, babci i prababci, która była najbardziej wyjątkową kobietą ze wszystkich opisanych w “Jeżycjadzie”.
Być może Mila przypomina mi po prostu moją własną babcię. Być może to właśnie o to chodzi.
