9. Strrraszna historia
Pierwszą część, pamiętam, kupili mi rodzice na “taniej książce” nad morzem, to znaczy na takim stoisku z plandeką, na którym w tamtych czasach sprzedawało się Pratchetta po 5,70zł, bo taką cenę miał nabitą na okładce. Spędzaliśmy wakacje w Ustroniu Morskim, a dookoła zaskakiwała cudami typowa letnia polska pogoda, czyli napierdalało deszczem, zimnem i ogólnie złem. Jako że rodzice nastawiali się na upały i ogólnie trzymanie potomstwa na zewnątrz, domek kempingowy składający się z jednego dużego pokoju z łazienką i kącikiem do gotowania stał się nieco ciasny. Jedynym rozwiązaniem, które gwarantowało, że nikt nikogo nie zamorduje, było redukowanie liczby bezpośrednich interakcji: zaspokojenie moich potrzeb kontaktu ze słowem za pomocą stosu książek rozwiązało częściowo ten problem.
Już w gimnazjum zdałam sobie sprawę, że te książki mają od cholery merytorycznych błędow i czego jak czego, ale wiedzy to nie powinno się z nich wynosić. Były jednak zabawne, lekkie, przystępne i ilustrowane komicznymi rysunkami, które dzisiaj na pewno miałyby sporo lajków na fejsie. Popularność tej serii sprawiła, że powstały także części opisujące historię Polski, pisane przez rodzimych autorów – niestety już nie tak dowcipne, ale wciąż nienajgorsze.
Chociaż nie nauczyłam się ze “Strrrasznej historii” wiele, to czytanie tych książeczek miało podobny efekt jak lektura “Tomków” i przygód Pana Samochodzika: wszystkie one rozbudzały zainteresowanie tematem, zmuszały do weryfikowania faktów, do sięgnięcia po poważniejsze źródła. Nie mam wątpliwości, że to w dużej mierze wrednym Rzymianom i koszmarnym Celtom zawdzięczam późniejszy wybór studiów. A na zawsze już chyba zapamiętam historię o rycerzu, który umarł po zderzeniu z drzewem: “czy to jodła go ubodła? Nie, to klon wywołał zgon”.
