POZA KONKURSEM
10. Nice Guys. Równi goście (The Nice Guys, reż. Shane Black, 2016) – 6/10
Zawsze powtarzam, że podstawowym zadaniem kina rozrywkowego jest to, że ma rozrywać. Jeśli film obliczony na niewymagającą zabawę męczy i nudzi, to znaczy, że nic go już nie może uratować: mnie ci mili chłopcy zmęczyli okrutnie, nie dając nic w zamian. Może to po części wina festiwali filmowych właśnie – po obejrzeniu n-tego o niedoli irańskiego chłopa zaczynam odkrywać, że nie odnajduję się już w uniwersum superbohaterów zapakowanych w lateksowe kostiumy oraz w konwencji akcyjniaków bez polotu. W wieku niespełna lat 30 moja wrodzona pretensjonalność zaczyna brać górę nad poczuciem humoru i jestem już tylko o krok od wybierania eleganckich porcelanowych filiżanek do herbaty.
Być może powodem mojego sceptycyzmu są zawyżone oczekiwania – po entuzjastycznych opiniach dobiegających z każdej możliwej strony nastawiałam się na szaloną jazdę bez trzymanki i festiwal celnej riposty. W zamian otrzymałam kolejnego hollywoodzkiego średniaka, skrojonego od linijki pod oczekiwania widzów, którym podobało się “Kiss Kiss Bang Bang”. To, co jednak było za pierwszym razem całkiem zabawne, tym razem już śmieszne nie jest, tym bardziej, że reżyser jakby nie zdawał sobie sprawy, że urok lat 90. polega na tym, że już minęły.
Paskudne koszule i kineskopowe telewizory, czyli wizualne wyznaczniki tej magicznej dekady, mogą wycisnąć nostalgiczną łezkę z widza podczas oglądania starych filmów i seriali, jednak nie mają już tej samej mocy, kiedy są elementem stylizacji skalkulowanej na zimno na wzbudzanie sentymentu. “Nice guys” żebrzą wręcz o sympatię widza i chociaż tytułowy duet ma swoje za skórą i sporo grzeszków na sumieniu, to Gosling i Crowe wychodzą wręćz ze skóry, żeby pozyskać publiczność. Chociaż tańczą na linie, jakimś cudem udaje im się nie przekroczyć granicy śmieszności, jednak oklasków też nie będzie: seans jest doświadczeniem umiarkowanie emocjonującym, a imion bohaterów nie sposób sobie przypomnieć w 24 godziny po projekcji.





