Znajdź mnie na Goodreads, gdzie na bieżąco oceniam i omawiam wszystkie czytane książki. Czytaj razem ze mną najlepsze i najgorsze fragmenty książek na Instagramie.
***
Polskie pisarki: (moja ulubiona) literatura jest kobietą
Ta lista nie jest kompletna. Trudno, żeby była, skoro liczy sobie tylko 11 pozycji (tak naprawdę trochę więcej, ale ćśśś). Z całą pewnością brakuje na niej książek napisanych przez polskie autorki, które uwielbiacie. Przyczyna jest prosta – albo je czytałam i rozczarowały mnie (jak “Psy ras drobnych” Olgi Hund) albo po prostu jeszcze nie dotarłam do nich, przebijając się dzielnie przez stos z książkami do przeczytania (z którego patrzy na mnie wymownie twórczość Zyty Rudzkiej, Zośki Papużanki czy Ishbel Szatrawskiej). Nie zdecydowałam się też np. na umieszczenie tu “Wojny polsko-ruskiej” Doroty Masłowskiej, bo czytałam ją tak dawno, że nastarsi górale nie pamiętają i tak w ogóle to myślę, że jeśli nie przekonało was do lektury wszystko to, co działo się wokół tej książki od momentu premiery, to i ja was raczej nie przekonam. Nie krępujcie się jednak, jeśli chcecie coś do tej listy dodać – zostawcie po sobie ślad w komentarzu, polećcie mi coś, czego nie znam, byleby mieściło się to w temacie posta: książka powinna być polska, napisana przez kobietę i opublikowana w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Powiedzmy nawet, że po 2000 roku, niech stracę. O książkach z ubiegłego tysiąclecia porozmawiamy innym razem.
Odpowiadając zawczasu na pytania “hurr durr, a gdzie książki napisane przez mężczyzn” powiem tylko, że czasami przez 15 minut coś może nie być o mężczyznach i to jest ok, ale śmiało, możecie sami stworzyć takie zestawienie. Wręcz do tego zachęcam. A o innych ważnych i dobrych książkach napisanych przez kobiety pisałam więcej tutaj.
Przy niektórych pozycjach odsyłam do swoich starych recenzji i będę wdzięczna za wyrozumiałość – pisałam te teksty wiele lat temu, niekoniecznie chce mi się je poprawiać i dzisiaj napisałabym je inaczej. Być może lepiej, być może nie, buk jeden raczy wiedzieć – dość powiedzieć, że zgadzam się z tym, CO napisałam, mam jednakowoż pewne zastrzeżenia odnośnie JAK.
Dominika Słowik – “Atlas. Doppelganger” (2015)
Kiedy debiutancka powieść Dominiki Słowik ukazała się w sekcji nowości na stronie wydawnictwa, zrobiłam coś, czego nigdy nie robię – przeczytałam zamieszczony tam fragment książki. Czy przekonała mnie rekomendacja Bronisława Maja? Blurb Pawła Huellego? A może po prostu skusił mnie opis? Nie pamiętam, ale dość powiedzieć, że to była świetna decyzja i wiedziałam to już po kilku pierwszych stronach – wtedy zdałam sobie też sprawę z tego, że chcę o tej książce porozmawiać z samą autorką. Mój wywiad z Dominiką Słowik znajdziecie tutaj, a pełną recenzję książki – tutaj.
Zarzuca się nam, millennialsom, brak jednoczącego nas doświadczenia pokoleniowego, ale każdy czytelnik urodzony w drugiej połowie lat 80. i spędzający świadomą część dzieciństwa we wczesnych latach 90. znajdzie w “Atlasie” rozsypane fragmenty swoich własnych wspomnień. Osiedlową codzienność bloków z wielkiej płyty, trzepaków i matek wołających na obiad, podrabianych dresów Adidasa, zapomnianych dawno smaków, dźwięków i zapachów. Słowik unika przemawiania w imieniu pokolenia i nie próbuje nawet przez moment tworzyć jego manifestu – zamiast tego z wnikliwością nieco obłąkanego badacza podróżuje beztrosko po krainie naiwności i absurdu, w której możliwe jest to, co niemożliwe. Nieprawdopodobne historie, którymi raczy swoich odbiorców, w uważniejszych z nich przywołają echa sensacyjnych nagłówków gazet zapowiadajach historie, które nie miały prawa się wydarzyć i które dzisiaj budzą w nas śmiech. Dla mnie pozostaje mistrzynią przywoływania atmosfery lat 90. z ich charakterystycznymi dekoracjami – zapachem babcinych szminek, wąsami wujków maczanymi w wódce podczas toastu, meblościankami i płóciennymi chusteczkami do nosa.
Chociaż to właśnie “Atlas. Doppelganger” mam na zawsze w sercu, po drugą powieść Słowik, “Zimowlę” (2019), sięgnęłam równie chętnie (chociaż po pewnym czasie od premiery). Lektura bywała momentami wyzwaniem – nie dlatego, że z samą powieścią coś jest nie tak, po prostu “Zimowla” obrośnięta jest hiperbolą i sama też jest przez to napęczniała, zwielokrotniona. Ale warto, bo sprawia ogromną satysfakcję! “Zimowla” doczekała się adaptacji teatralnej w krakowskim Teatrze im. J. Słowackiego – sztuka niestety nie jest już wystawiana, ale jeśli kiedyś pojawi się znowu na deskach teatru (lub w formie nagrania), to nie wahajcie się i idźcie, bo jest naprawdę rewelacyjna. A jeśli lubicie styl tej autorki, to oprócz zakupu jej późniejszych książek możecie też pobrać bezpłatnie opowiadanie “Sanatorium”, napisane na zamówienie Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie w bodajże 2016.
Wioletta Grzegorzewska – “Guguły” (2014)
Istnieje szansa, że zrobiłaby na mnie większe wrażenie, gdybym przeczytała ją przed Weroniką Murek, przed Bronką Nowicką, przed Dominiką Słowik, przed Joanną Fabicką, przed genialną „Dziunią” Anny M. Nowakowskiej. A tak… mam wrażenie pewnej wtórności, chociaż Grzegorzewska była od ponad połowy z nich szybsza. Nie jest to zatem zarzut pod adresem samej autorki i jej tekstu, chociaż “Guguły” pozostają raczej niezłe niż świetne, momentami nierówne. Dlaczego więc mimo wszystko polecam ten zbiór rozedgranych migawek z dzieciństwa w innej epoce, lapidarno-absurdalnych obrazków ze wsi polskiej? Grzegorzewska zaczyna mocno, ale kończy imponująco, w tytułowym tekście zawierając maksimum, zdaje się, swoich możliwości. I to z powodu tego tekstu warto po tę książkę sięgnąć, najlepiej w pierwszej kolejności, żeby pozwolić się jej urzec prawem pierwszeństwa. Grzegorzewska jest najlepsza tam, gdzie nie tylko relacjonuje chłodno i krótko, ale pozwala sobie na głębsze refleksje i snucie opowieści: tytułowe “Guguły”, poświęcone historii ojca głównej bohaterki, zostały ze mną na długo i kiedy myślę o tej autorce, wciąż mam w głowie ostatnie zdania z tego tekstu.
Barbara Klicka – “Zdrój” (2019)
Zaczęłam, z braku czasu przerwałam (często mi się to zdarza, na co dowodem jest sam ten tekst, powstający etapami) i po przerwie odkryłam, że muszę zacząć raz jeszcze, żeby na nowo wejść w ten rytm i klimat. A jest w co wchodzić – atmosfera się zagęszcza, narasta poczucie osaczenia i zamknięcia, w pewnym momencie oczekuje się już wręcz, że “placówka” okaże się być pułapką bez wyjścia i dojdzie do krwawego rytuału. W tym anturażu to byłaby opowieść grozy, którą mogłaby zekranizować Jagoda Szelc, ale nawet i bez finału w stylu horroru jest tu dość niepokoju i dyskomfortu.
Bohaterka Klickiej trwa w stanie nieustannego dyskomfortu – jego źródłem jest z jednej strony jej własne ciało, od dzieciństwa zawodzące i sprawiające ból, z drugiej dyskomfort ten ma podłoże psychiczne, osadzając się na poczuciu wyobcowania, odczuwanej wrogości otoczenia i lęku przed nim, potrzebą nawiązywania kruchych sojuszy nawet za cenę własnego psychicznego spokoju. Nadmierna uległość, przeciwko której Kama buntuje się w środku, przerwana zostaje dopiero przez “cud”, który zmienia status bohaterki i pozwala jej domagać się przestrzeni i prawa do samostanowienia.
Skojarzenia z Kafką nasuwają się same – Kama trafia w sam środek struktury rządzącej się własnymi, nieoczywistymi zasadami, z piętrzącymi się absurdami, w której jest intruzem (“z Warszawy? To nie za dobrze”), krok po kroku traci autonomię, ulega naciskom bez żadnego niemal oporu, sprawia wrażenie gotowej na wszystko, aby tylko móc wreszcie opuścić sanatorium. Porusza się wśród postaci, które – zdają się świetnie w tej przestrzeni odnajdywać i nic dziwnego, w końcu nie są tam po raz pierwszy.
Dyskomfort w odbiorcy budzą zarówno jej wspomnienia z dzieciństwa jak i opisy interakcji – tak z kobietami jak mężczyznami. Pełne mikroagresji, subtelnej przemocy (być może nawet nieuświadomionej) są wyrazem hierarchiczności struktury “placówki” i odbiciem panujących w niej zasad, tym trudniejszych do przestrzegania, że niepisanych. Jest zatem duszno, z wyraźnym posmakiem czasów, które – wydawałoby się – dawno odeszły: u Klickiej ta przeszłość wciąż jest obecna, senna i niespieszna, jakby zatopiona w żywicy, zamrożona w swoistym bezczasie poza rzeczywistym biegiem wydarzeń.
A do tego wszystkiego język – neurotyczny, rozedgrany, sklejający odpryski świata zastanego w historię z efemeryczną fabułą. Pomiędzy przybyciem i końcem turnusu coś się dzieje, ale jest zupełnie tak, jakby to się tylko śniło.
O “Zdroju” pisałam tutaj. Chcecie więcej? Barbara Klicka do lutego ubiegłego roku prowadziła podcast “Dwutygodnika” (pod tym linkiem znajdziecie także kilka jej tekstów na tym portalu). W Piśmie przeczytacie z kolei jej wybrane wiersze.
Magdalena Tulli – “Szum” (2014)
Tulli zrobiła ze mną to, czego oczekuję od najlepszych pisarzy: lektura “Szumu” zostawiła mnie ze ściśniętym żołądkiem po przejmującym finale. Pisałam o tej powieści kilka lat temu i dziś wciąż mam w głowie frazy, które na dobre wryły mi się w pamięć. “Szum” to potężna emocjonalnie (chociaż objętościowo bardzo skromna) powieść, która za pomocą bardzo oszczędnych środków trafia w sam środek. Intymna, osobista, wstrząsająca, chociaż tak naprawdę bardzo zwykła, bo o bardzo zwykłym życiu po Zagładzie, która powraca (tylko i aż) w snach, łapanych kątem oka odbiciach w lustrach, w szczelinach bukowych podłóg i gąszczu ulegającej degradacji pamięci. Tulli pisze o dziedziczonej traumie, niejednoznacznych i trudnych do zdefiniowania (a więc i do przestrzegania) kryteriach normalności, o wyparciu, braku więzi, emocjonalnej pustce, niepowetowanej stracie, żalu, gniewie i wybaczeniu.
Ze zmarłymi można tylko przez telefon. Boże!
Małgorzata Żarów – “Zaklinanie węży w gorące wieczory” (2022)
To była miłość od pierwszego akapitu. Do kroćset, ależ Żarów ma frazę! Czytałam i co jakiś czas cofałam się w tekście, żeby przeczytać raz jeszcze, żeby zdania wryły mi się w pamięć na zawsze i żebym mogła je zawsze przywołać. I jest to jedna z tych książek, które można albo pokochać albo rzucić nimi o ścianę. Ja kocham.
Żarów zachwyca językiem i ta jej wspomniana fraza rzuca mnie raz po raz na kolana. A jakby tego było mało – “Zaklinanie…” to niesamowicie przenikliwa diagnoza kobiecych i męskich pragnień w świecie, w którym emocje i seks płyną dwoma oddzielnymi kanałami, z rzadka tylko nachodząc na siebie i powodując dezorientację po obydwu stronach. Niezwykle czuła i jednocześnie bezczelna jest to powieść w całym swoim pornograficznym anturażu (wyborne są te sceny interakcji Violet Love i jej klientów, mówią o mężczyznach i ich splątanych pragnieniach więcej niż niejedno opracowanie z zakresu seksuologii), a ja jak zwykle zachwycam się, kiedy ktoś tak jak Żarów pisze o seksie bez jakichkolwiek zahamowań, ale i bez erotyki, nie próbując podniecać, ale i nie dystansując się jednocześnie od czytelnika. Ani to sexy ani fizjologiczne, ani niewinne ani naturalistyczne – ot, znormalizowane nawet w momentach największego wyuzdania, a opisane z niemal antropologiczną fascynacją. I chyba to jest najbardziej szokujące – jak bardzo to wszystko nie szokuje i jak bardzo widać, że szokować nie miało. Good job!
Bezczelna i jeszcze raz bezczelna jest to powieść; transowa, kwasowa, surrealistyczna, groteskowa, odrealniona i ironiczno-liryczna, przesiąknięta niepokojem. Rzecz o byciu obserwowaną, o potędze performensu i o przemocy za przyzwoleniem, sprowadzanej do dobrowolnie (chociaż tak naprawdę wbrew woli) przekraczanych granic, o psychicznej kontroli. Główna bohaterka jest jak splunięcie w oko patriarchalnego układu sił i konserwatywnych wartości.
Innego końca świata nie będzie.
Mira Marcinów “Bezmatek” (2020)
Pierwsze skojarzenie: Twórczość Marcina Wichy, chociaż skojarzenie to dotyczy przede wszystkim tematu – żałoby po rodzicu – i lapidarności poszczególnych części tekstu. O ile “Jak przestałem kochać design” było jednak zbiorem wspomnień (i związanych z nimi refleksji o wzornictwie) o od dawna nieobecnym ojcu, a “Rzeczy, których nie wyrzuciłem” – wciąż świeżym, ale niezaprzeczalnie zdrowym procesem żegnania się z zauważalnie niedawno zmarłą matką, to “Bezmatek” naznaczony jest traumą i toksyczną (a nie tylko skomplikowaną) relacją. Bohaterka Marcinów – nie jestem w stanie myśleć o niej w oderwaniu od samej autorki – jest tego świadoma i tym bardziej perwersyjna wydaje się jej żałoba, przypominająca trącanie językiem bolącego zęba lub rozdrapywanie jątrzącej się bezustannie rany. Obydwie książki Wichy przepełnia akceptacja – nawet jeśli w “Rzeczach…” jest ona wciąż naznaczona świeżym bólem, to autor/bohater żegna się z matką spokojnie, wręcz metodycznie, skrupulatnie nazywając kolejne emocje. Chociaż nie stawia matce pomnika, to efektem jest dość realistyczny portret – wolny od jednoznaczności, oddający sprawiedliwość złożonej osobowości zmarłej i pozostawiający ogromną przestrzeń na niedopowiedziane, ale niezaprzeczalnie przedstawiający osobę z krwi i kości. Matka bohaterki Marcinów jest inna – efemeryczna, ulotna, abstrakcyjna, napędzana głodem i tęsknotą za wszystkim, czego nie miała i nie osiągnęła. Relacja z córką, którą przywołuje ta ostatnia, wymyka się konwenansom i szokuje tym bardziej, że o skutkach kobiecego alkoholizmu wciąż mówi się w literaturze, publicystyce i w ogóle przestrzeni publicznej niewiele.
Formalnie Marcinów porusza się w rejonach zbadanych już dobrze przez Bronkę Nowicką, Wiolettę Grzegorzewską czy Olgę Hund – nie tworzy spójnej narracji, raczej rozsypuje garść odłamków z portretu matki i przygląda się im pod różnymi kątami. Kluczem do zachwytu nad tą prozą pozostaje wiara w szczerość bohaterki, co w zasadzie wymusza postawienie znaku równości między nią a autorką. Jako osobisty obraz straty i żałoby, która nie chce (a może się jej na to nie pozwala) odejść, “Bezmatek” wypada świetnie. Jeśli przyjąć, że jest jedynie kreacją, zgrzyta momentami i popada w pretensję – zrozumiałą w kontekście opłakiwanej śmierci, ale pozbawioną usprawiedliwienia w fikcji.
Co jednak warto podkreślić w ramach swoistego ostrzeżenia: o ile “Rzeczy…” Wichy są książką pod wieloma względami terapeutyczną, o tyle “Bezmatek” może mieć działanie zgoła odwrotne. Stąd zastanowiłabym się dwa razy przed poleceniem tego tytułu komuś, kto jest obecnie w procesie żałoby lub wie, że wkrótce w nim będzie. Bo wnioski Marcinów dotyczące godzenia się ze stratą są bardzo, ale to bardzo pesymistyczne.
Anna Maria Nowakowska – “Dziunia” (2013)
Pamiętam, że kiedy już skończyłam czytać tę powieść o 8 rano, po nieprzespanej nocy, zrobiłam coś, co nie zdarzyło mi się nigdy wcześniej ani później: znalazłam w sieci adres mailowy autorki i napisałam do niej wiadomość. Nie spodziewałam się odpowiedzi, ostatecznie wymieniłyśmy jednak kilka maili i bardzo ciepło wspominam to doświadczenie.
Wrażliwego czytelnika łatwo chwycić za serce: wystarczy umieścić w centrum fabuły dziecko pokrzywdzone przez los. Alkoholizm rodziców, przemoc, molestowanie, brak miłości i zainteresowania ze strony otoczenia – to wszystko stało się kanwą wielu poruszających historii o Polsce B: pijącej, bijącej, zaprzyjaźnionej z patologią i niesprawiedliwością. Problemem tego typu literatury jest jednak to, że autorzy często o takich realiach sami tylko czytali: nawet jeśli tworzą prawdopodobne historie, to nie są w stanie przekonująco oddać stanów ducha więźnia rodzinnego piekła. Jeśli wrażliwość Anny M. Nowakowskiej nie wynika z jej własnych życiowych doświadczeń, autorka “Dziuni” musi być nieprzeciętnie empatyczna. Wnika bowiem w psychikę swojej bohaterki tak głęboko, że sprawia, iż bolą miejsca, o których czytelnik nie wiedział nawet wcześniej, że boleć mogą. Rozdrapuje rany, szuka przyczyn, zamiast walczyć tylko ze skutkami, nie pozwala na obojętność.
Tym, co wyróżnia “Dziunię” spośród pozycji o podobnej tematyce, jest jednak język. Ta ponura historia skrzy się od humoru, chociaż jest to humor gorzki i przesycony absurdem. Opowieść, która mogła być płaczliwym, egzaltowanym czytadłem dla osób lubiących krótkie zanurzenia w obcej dla nich rzeczywistości, jest w efekcie groteskowa, skrajna, ocierająca się momentami o purnonsens (historia kury Ziutki). Nowakowska konstruuje swoją bohaterkę w sposób tak przekonujący, że niesposobna w nią nie uwierzyć. Chociaż można zarzucić jej operowanie kliszami (pieniądze vs. miłość), nie wpływa to negatywnie na jakość prozy – to książka z gatunku tych, których nie da się odłożyć na bok przed przewróceniem ostatniej strony. Dorastająca na oczach czytelnika bohaterka komentuje otaczającą rzeczywistość tak, jak ją odbiera – bez znieczulenia. Dostrzega rzeczy, na które inni przymykają oko, rozumie doskonale to, o czym rodzice sądzą, że umyka jej dziecięcej uwadze. Jej zdystansowane, a później coraz to bardziej przesycone cynizmem refleksje są jak uderzenie w twarz – błyskawicznie otrzeźwiają i pozostawiają jednocześnie z poczuciem lekkiej dezorientacji. Dziunia nie żali się i nie szuka rękawa, w który mogłaby się wypłakać: gwałcicielowi wetrze piach w oczy, na nielojalną przyjaciółkę nie obrazi się, tylko wymierzy jeden cios i przejdzie nad sprawą do porządku dziennego, zaplanuje szczegółowo odważny plan ucieczki z domu. Swojej wiary w to, że wszystko można przetrwać, nie traci aż do ostatniej odsłony rodzinnej tragedii. Ale jak wiele można, koniec końców, znieść?
“Dziunia” doczekała się kontynuacji – w 2015 r. ukazała się “Dziunia na uniwersytetach”, a w 2017 – “Wymarzony dom Dziuni” (i chyba nie muszę wyjaśniać, do jakiej serii nawiązują te tytuły). Po te dwie powieści już nie sięgnęłam, ale wciąż zamierzam, tylko muszę znaleźć czas, żeby odświeżyć sobie pierwszą część. Powiem przy okazji, że żal mi bardzo, że W.A.B. zdecydowało się zamknąć serię “Z miotłą”, w ramach której wyszła po raz pierwszy ta powieść i nie wznowiło nigdy tytułów, które się tam ukazały – to był naprawdę kawał solidnej prozy, która skutecznie odczarowywała określenie “proza kobieca”.
Więcej o “Dziuni” pisałam tutaj.
Joanna Fabicka – “Second hand” (2013)
“Second Hand” próbował zniechęcić mnie na samym starcie, strasząc z okładki porównaniem do stylu hiszpańskiego reżysera. Na szczęście treść obroniła się sama i “polski Almodovar” (jak rzekomo określa twórczość autorki Agnieszka Holland) nie wywołał u mnie pełnego zażenowania uśmiechu. Pozostając pod wpływem tej analogii, można faktycznie doszukać się w powieści motywów i atmosfery bliskich twórczości hiszpańskiego reżysera lub “Stu latom samotności” Marqueza. Joanna Fabicka nie jest Almodovarem ani Marquezem, ale nie znaczy to, że brak jej talentu.
“Second Hand” zaskakuje. Tytuł i krótki opis zamieszczony na skrzydełkach wydania sugerują kolejny produkt stereotypowo pojmowanej “literatury kobiecej” lub też gorzki obraz wyeksploatowanej w rodzimej kulturze Polski pijącej, której nieobca jest wszelka patologia. Jednak świetnie nakreślone sylwetki bohaterów oraz fabuła zbudowana na krawędzi realizmu przekonują, że jest w tym coś więcej, a autorka nie sięga po seks, przemoc i degenerację jedynie po to, żeby zaszokować czytelnika.
Jak u Marqueza, śledzimy w “Second Handzie” losy rodu o przeklętej krwi. Kobiety skazane są na cierpienie i samotność nie przez swoje własne błędy, ale z powodu uwięzienia w schemacie przekazywanym z matki na córkę: brak miłości, narastająca wrogość, oddalenie i emocjonalna pustka są elementami systemu, w którym bohaterki funkcjonują i z którego nie ma ucieczki. I w tym ujęciu jest to literatura kobieca z prawdziwego zdarzenia – skupiona na bohaterkach, dla których mężczyźni stanowią tylko tło: występują w roli oprawców lub są przypadkowymi ofiarami tak niszczycielskiej jak i nieświadomej swojej mocy kobiecości, której ulegają. Kobiety Fabickiej są pełne pasji, której nie potrafią wyrazić i która spala je od środka (Beata przeżywająca spontaniczne orgazmy), nie potrafią funkcjonować w stanie równowagi. Seks i ciało zawsze są czymś obciążone – jeśli nie grzechem, to przynajmniej poczuciem winy. Przyjemność pochodząca z pożądania jest moralnie dwuznaczna (lub wręcz przerażająco jednoznaczna), a ta małżeńska – pozbawiona emocji, służąca jedynie wypełnieniu obowiązku lub prokreacji. To, co dozwolone, nie budzi przyjemności, to, co zakazane – kusi, ale i niesie konsekwencje.
“Second Hand” należy do tych książek, które – odczytane właściwie – mają moc wstrząsnąć czytelnikiem. Pod gorzkim poczuciem humoru i groteską obrazu podupadłej, zacofanej wsi kryje się refleksja na temat kondycji człowieka uwięzionego w świecie pozbawionym drogi ucieczki. Joanna Fabicka, chociaż zamyka opowieść nadzieją na nowy początek, wyraża dobitnie brak wiary w postępującą wolno ewolucję jako rozwiązania istniejącego problemu. I tak oto Femi stoi w rzece krwi, na zgliszczach znanego jej świata, patrząc na pożogę. Klątwa musi zostać przełamana krwią, świat musi spłonąć, żeby mógł się odrodzić; odkupienie wynurza się z bólu i cierpienia, pochłaniając niewinne ofiary – bo w Second Handzie nie ma miejsca na drugą szansę.
O “Second handzie” pisałam więcej tutaj. Sama książka nie ukazała się chyba nigdy w formie ebooka i nie jest już od dawna dostępna w ofercie wydawnictwa, ale stare wydania znajdziecie w sieci za grosze w outletach i z drugiej ręki. Warto!
Weronika Murek – “Uprawa roślin południowych metodą Miczurina” (2015) i “Feinweinblein” (2019)
Kiedy przeczytałam “Uprawę roślin…”, postanowiłam, że nigdy nie napiszę książki, bo nie mam aż tyle talentu co Murek i zżera mnie zazdrość. Bo ten niewielki zbiór opowiadań to po prostu obłąkane, szalone cudo. Czyta się to tak, jakby podsłuchiwało się rozmowy przypadkowych ludzi w kolejce czy w autobusie – ze strzępków zdań rodzą się absurdalne sytuacje i obrazy, domysły zaczynają przeważać nad tym, co pewne i potwierdzone. Murek ma niesamowity dar patrzenia na rzeczywistość z dystansu, nie przyjmowania niczego za pewnik, negowania ustalonych zasad. Doszukuje się absurdu tam, gdzie na pierwszy rzut oka wszystko jest w porządku – i znajduje go. Chociaż pierwsze opowiadanie jest najlepsze, a kolejne – stopniowo coraz słabsze, to nic – ostatecznie to pierwsze zajmuje objętościowo połowę książki, zatem na tę najsłabszą część przypada nawet nie 1/4.
Jak ja jej potwornie zazdroszczę tego zbioru…
Oczywistym było, że po TAKIM debiucie rzucę się na kolejną książkę Murek i będę oczekiwać równie wysokiego (albo i wyższego) poziomu. Zbiór dramatów “Feinweinblein” był jednak dla mnie ogromną lekcją pokory. Po cholernie długiej (zwłaszcza jak na tak niewielką objętościowo pozycję) i nierównej walce, skończyłam z poczuciem, że tym razem lektura była wysiłkiem. Każdy z dramatów przeczytałam kilka razy, wracając do nich przez długie miesiące i wygrzebując z nich za każdym razem nowe rzeczy. W dalszym ciągu mam poczucie, że mogłabym poświęcić im jeszcze więcej czasu i zrozumieć je jeszcze lepiej.
Murek w “Feinweinblein” nie bierze jeńców, nie przejmuje się – ewidentnie – tym, czy to się spodoba, czy to się sprzeda, czy ktoś zrozumie, o co jej chodzi. Dzięki temu jej teksty są nie tylko boleśnie inteligentne, ale po prostu brawurowe; nie lubię porównań na wyrost, ale nie uważam, że tak jest w tym przypadku: kiedy ostatni raz widziałam tak bezkompromisowe dramaty, było to podczas lektury tekstów Mrożka, Witkacego, Gombrowicza. I szczerze nie widzę w tym momencie w polskiej literaturze nikogo, kto lepiej kontynuowałby ten nurt nurzania się w absurdzie, zabaw purnonensem, kto sprawniej poslugiwałby się groteską.
Dramaty Murek są hermetyczne już na poziomie formy, przy treści jest jeszcze gorzej. Nie tłumaczą, nie wprowadzają kontekstu w sposób podający na tacy interpretację, a bez tego kontekstu zrozumieć je niepodobna (zwłaszcza dwa pierwsze, a już w szczególności tytułowe “Feinweinblein”). Jeśli nie wiecie, czemu Adenauer, to Murek wam tego nie wyjaśni. Ale warto dać tym tekstom czas i uwagę, przeczytać je raz, nie zrozumieć nic lub zrozumieć powierzchownie, spróbować jeszcze raz i kolejny i za każdym razem wyłuskiwać więcej z dialogów, didaskaliów i tego, co pomiędzy nimi.
Weronika Murek już dziś jest wybitna – nie tylko na tle swojego pokolenia, ale w kontekście całej współczesnej polskiej literatury. Z zachwytem przyjmuję kolejne na to dowody.
Jeśli też macie niedosyt, więcej tekstów Murek (opowiadań, felietonów, esejów i artykułów) znajdziecie w Dwutygodniku, w Piśmie oraz w Magazynie Książki. Podobnie jak Dominika Słowik, także napisała opowiadanie na zamówienie Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie – “Każdemu po razie”, które możecie pobrać legalnie za darmo.
Bronka Nowicka “Nakarmić kamień” (2015)
Nieprzeciętna wrażliwość Nowickiej i zdania chwytające za gardło tworzą prozę poetycką porażającą szczerością i przenikliwością. Językowo czuć tu momentami niezręczność – chociaż można złożyć ją na karb przyjętej optyki (świat widziany oczami dziecka), to niektóre frazy można było bardziej dopieścić, doszlifować. Brakuje chwilami rytmu, pewnej meliczności, która świetnie sprawdza się w prozie poetyckiej. Te karykaturalne obrazki też mają jednak swój urok i wartość – Nowicka nie popada w manierę pisania Schulzem, chociaż ociera się chwilami o bliskie mu zagadnienia, nie idealizuje rzeczywistości. Poezja codzienności miesza się z fizjologią, przykrym zapachem, odrażającą przemocą, wiejskim życiem blisko ziemi – dosłownie i w przenośni. “Nakarmić kamień” to rzecz, do której się wraca, a ze mną została na wiele lat, do dziś pamiętam frazy, które zrobiły na mnie największe wrażenie. Jeśli lubicie prozę poetycką, nie można tej pozycji pominąć.
Jeśli podoba wam się styl Nowickiej, tutaj przeczytacie jej opowiadanie “Regnum”. Kilka wybranych cytatów z tej książki znajdziecie tutaj.









