Podczas tegorocznej edycji Nowych Horyzontów obejrzałam sporo filmów, które do kin wchodzą dopiero teraz lub nawet za kilka miesięcy. Przyjrzyjcie im się - na pewno znajdziecie coś dla siebie!
10. WiNWiN (reż. Daniel Hoesl, 2016) – 4/10
Ponieważ dość metodycznie dobieram oglądane na festiwalach filmy, bardzo rzadko trafiam na coś, co mnie rozczarowuje, a pozycje naprawdę złe przytrafiają mi się naprawdę sporadycznie. W tym roku zaliczyłam tylko dwie większe wpadki: jedną z nich jest właśnie „WiNWiN”: film tak nieznośnie hermetyczny i tak bardzo zakochany w swojej formie, że pod raz pierwszy od dawna miałam ochotę opuścić salę kinową przez końcem pokazu. Zdarzyło mi się to w życiu jak dotąd tylko raz (i to nawet nie dlatego, że film był tak słaby, po prostu mój organizm się poddał), a i tym razem wytrzymałam, mając na uwagę dość krótki metraż (niecałe 1,5 h) oraz obecność na sali twórców tego potworka.
Wszystkie punkty są tu przyznane za stronę wizualną: podczas robienia filmu z gadającymi głowami dobór odpowiednich głów jest sprawą kluczową i to, trzeba przyznać, udało się reżyserowi bez mała. Christoph Dostal, Stephanie Cumming i Jeff Ricketts w pierwszoplanowych rolach zachwycają intrygującymi rysami i bogatą mimiką. Patrzenie na każde z nich z osobna jest ogromną przyjemnością i do pewnego momentu wybacza im się nawet z tego powodu narracyjny chaos. Niestety, „WiNWiN” ugina się pod ciężarem formy i szybko odsłania skrywaną pod nią pustkę: zamiast błyskotliwej satyry na świat rozwijający się na styku korporacji i polityki otrzymujemy śliczną bańkę pełną frazesów, których autorzy są bardziej skupieni na własnej dykcji i układaniu ust w odpowiedni sposób niż na podtrzymywaniu rozpadającej się historii. Film, który mógł być ostrym komentarzem do absurdów i wypaczeń rzeczywistości, stał się efekciarską karykaturą samego siebie z pretensjami do kina artystycznego.