Każdy by chciał!! (Everybody Wants Some!!, reż. Richard Linklater, 2016) – 8/10 ♥
Nominacje: Nagroda Gotham (najlepszy film fabularny)
Czyste piękno: “Każdy by chciał!!” jest jak pyszna odtrutka na zalegające pod czaszką mroczne myśli oraz nudę. Prawie 2 godziny mijają w mgnieniu oka i chociaż właściwie nic się tu za bardzo nie dzieje, to trudno obok nowego filmu Linklatera postawić coś, co sprawia równie wiele frajdy podczas seansu.

Jeśli ktoś spodziewa się satyry, wyjdzie z kina rozczarowany: reżyser zamyka w pigułce lata 80. i prezentuje widzom nostalgiczną bombę wypełnioną refleksjami o dojrzewaniu, wąsami, stylówkami z epoki i chłopięco-męską przyjaźnią. To nie jest wielkie kino ale też chyba i nie takie miało być: chociaż fani “Boyhood” mogą poczuć się oszukani, warto dać “Każdy by chciał!!” szansę i potraktować ten skąpany w słońcu obrazek nie jako rozliczenie z przeszłością czy krytykę jocków. Sportretowana tu grupa, chociaż lubi zaszaleć, nie wpisuje się w stereotyp powielany przez eskapistyczne amerykańskie filmidła dla nastolatek o złych sportowcach-palantach znęcających się nad pokrzywdzonymi przez świat nerdami. Ci, którzy chcieli tu tego banału, nie znajdą go: Linklater sprytnie wywraca stereotyp na drugą stronę i pokazuje, że nawet amerykański college nie jest biało-czarny, a przynajmniej nie był takim (jak możemy się domyślać) za jego czasów. Czy to obraz idealizowany, czy też nie – o tym można dyskutować. Trudno jednak nie dostrzec, jak bardzo reżyser gra na nosie mainstreamowi, odczarowując utarte w amerykańskim kinie szkolne podziały. Baseballiści nie umawiają się tu z cheerleaderkami, a w ramach hobby nie znęcają się nad słabszymi, nie mają problemów z różnicami rasowymi, wyrzuceni z dobrego klubu bez większego ociągania wybierają się na imprezę z muzyką country, a że przy okazji piją, palą trawkę i próbują zaciągnąć do łóżka jak najwiekszą ilość dziewczyn? Cóż, te bynajmniej nie są tu biernymi ofiarami i łatwym łupem: wolna miłość i legendy o przygodach eksperymentach w college’u znajdują tu potwierdzenie bynajmniej nie raz.
Jest tu także miejsce na rodzące się romantyczne uczucie, chociaż wątek ten nie dominuje fabuły i zanim zdąży na dobre się rozwinąć, czas spędzony w świecie Linklatera niepostrzeżenie się kończy. To nic. Po drodze dostarcza bowiem tyle śmiechu, że wybacza się “Każdy by chciał!!” każde niedociągnięcie i każdą rysę. Hermetyczna przestrzeń tego wycinka uniwersyteckiego kampusu wypełniona jest przerysowanymi oryginałami, od nieradzącego sobie z przegraną McReynoldsa do balansującego na krawędzi obłędu Jaya Nilesa. Atmosfera aż kipi od testosteronu, gdy jednak młodzi sportowcy stają na boisku, staje się jasne, że to właśnie ta energia napędza każdy ich sukces. Całości dopełnia świetna ścieżka dźwiękowa, słoneczne kadry i chemia między bohaterami, dzięki której akcja skrzy się od ciętych uwag, drobnych napięć, tarć i potencjalnych konfliktów. Baseballiście funkcjonują w stanie permanentnego pobudzenia, bezustannie gotowi do walki o kolejne zwycięstwo i nie sposób im nie kibicować. Nawet jeśli jest to wyklejana z makaronu laurka na cześć przeszłości, idealizowana pocztówka z lat młodości, to nietrudno dać się oczarować.



