Porto (reż. Gabe Klinger, 2016) – 1/10
Trochę niezręcznie wylewać pomyje na ten film, jeśli wziąć pod uwagę, że odtwórca głównej roli męskiej, Anton Yelchin, zmarł na kilka miesięcy przed światową premierą w wieku 27 lat. Niesamowicie sympatyczny w “Star Treku”, poległ bowiem w koszmarnym “Porto” spektakularnie i trudno mówić o tym tytule bez złośliwości. Co gorsza, ogromna ich część skierowana jest pod adresem Antona właśnie, młodszej i jeszcze mniej atrakcyjnej niż oryginał wersji Paula Bettany’ego.
To mogła być prosta, banalna historia jakich wiele: chłopak spotyka dziewczynę, nawiązują płomienny romans, uczucia dochodzą do głosu, pojawia się cierpienie. Nic nowego. W tym jednak przypadku sam romans jest czymś budzącym w widzu opór: o ile bowiem śliczna i pełna bardzo francuskiego wdzięku Lucie Lucas jest naprawdę kobietą, w której można zakochać się od pierwszego spojrzenia, to łysiejący Yelchin i jego zakola tworzą tu postać groteskową, a nawet – nazwijmy rzecz po imieniu – obleśną i creepy, przyodzianą w kraciasty gwałt na dobrym smaku, w którym przypomina wioskowego robotnika fizycznego, poszukującego w wielkim mieście zimnego browarka i schabowego z ziemniakami. Wizualnie prezentujący się jak skrzyżowanie rednecka z polskim miłośnikiem polaru oderwanym od odśnieżania podjazdu, Yelchin nie zachwyca aparycją i wręcz odpycha brakiem jakichkolwiek śladów myślenia na obliczu. Nic to jednak, ostatecznie przecież liczy się wnętrze i osobowość, może zatem Jake uwiódł ponętną Mati swoję elokwencją lub talentem do pisania wierszy? Nic z tych rzeczy: bohater nie ma zainteresowań, hobby, pasji, pracy, ambicji, ciekawych historii z przeszłości ani planów na przyszłość, nie mówi nic wartego uwagi, nie jest zabawny, uwodzicielski ani nie budzi odruchów macierzyńskich, a do swojego wegetacyjnego stosunku do życia dopisuje jeszcze wymęczoną i niespójną ideologię wiecznego poszukiwania. W ogóle nie jest, sprawia wrażenie ofiary okrutnego zakładu, w którym najładniejsza dziewczyna w szkole ma oczarować sobą największego przegrywa życiowego w okolicy.
Co zatem dostrzega w nim Mati? Być może chodzi tu tylko o zaspokojenie popędu i zabicie nudy, wówczas jednak rozważania reżysera na temat wielkiej miłości brzmiałyby co najmniej żałośnie. Bohaterka nie sprawia jednak wrażenia cynicznej modliszki, wydaje się raczej nieco zagubiona. A może zdesperowana? Ostatecznie jedynie desperacja mogła pchnąć ją w ramiona Jake’a: razem stanowią podręcznikowy przykład społecznego i intelektualnego mezaliansu, romansu intelektualistki i parobka, którego jedynym logicznym wyjaśnieniem wydaje się litość.
Klingerowi udała się ponadto sztuka niezwykle trudna: osadził akcję swojego filmu w Porto i zdołał w jakiś sposób spektakularnie zmarnować wizualny potencjał tego miasta, które w tych tandetnych kadrach przypomina raczej Rzeszów nocą aniżeli jedną z najbardziej atrakcyjnych turystycznych destynacji Portugalii. Może lepiej zatem, że tak wiele scen rozgrywa się w mieszkaniu Mati, gdzie para przewala się po materacu przy blasku świec, każdym sztucznym i nienaturalnym ruchem przypominając, że jest to seks starannie reżyserowany i niemający nic wspólnego z rzeczywistością. Chociaż nigdy nie czuję się niezręcznie, oglądając sceny erotyczne, te wywoływały we mnie dyskomfort i zażenowanie – głównie dlatego, że miałam wrażenie, że oglądam zbliżenie ślicznej dziewczyny z jej upośledzonym kuzynem oderwanym od pługa. Nigdy jeszcze w kinie nie widziałam pary tak pozbawionej chemii: w tym momencie nawet duet Stramowski-Ostaszewska w “Pitbullu” wydaje mi się fantastycznie zrealizowany.
Sytuacji tego i tak tonącego szybko okrętu nie poprawiają do bólu złe, pretensjonalne i egzaltowane dialogi, z których nie wynika nic zupełnie, narracyjny chaos, który wprowadza jedynie zamęt co do kolejności wydarzeń w filmie i ciągów przyczynowo-skutkowych oraz tanie zagrywki montażowe, za pomocą których twórca “Porto” chwyta się brzytwy, rozpaczliwie próbując nadać temu potworkowi przynajmniej pozorów kina ambitnego. Na próżno: Klinger zepsuł tu wszystko, co dało się zepsuć i osiągnął efekt filmu wyprodukowanego w głębokich latach 90. na potrzeby telewizji publicznej. Nigdy jeszcze na festiwalu filmowym nie widziałam czegoś tak boleśnie złego.




