Domowy maraton filmowy, czyli co można obejrzeć w sieci za darmo i legalnie
Szorty kulturalne #32: niespodzianki i rozczarowania na 16. MFF Nowe Horyzonty

W ciągu 5 dni październikowego American Film Festival we Wrocławiu udało mi się obejrzeć 21 filmów: chociaż skupiałam się przede wszystkim - jak zwykle - na zdobywcach największych światowych nagród i selekcji z zagranicznych festiwali filmowych, znalazłam chwilę czasu na nadrobienie ważnych filmowych zaległości. AFF trafił na moją listę ulubionych imprez o tej tematyce w Polsce - chociaż martwi koniecznością wczesnego wstawania i sterczenia w kolejkach po wejściówki, to jednak nie wykańcza psychicznie tak bardzo, jak tętniący emocjami i szczelnie wypełniony ludźmi MFF Nowe Horyzonty. Polecam gorąco wszystkim, którzy chcą mieć pewność, że zaliczą przed rozdaniem Oscarów przynajmniej większość nominowanych tytułów: prezentowane tu obrazy są w większości bardzo przystępne pod względem formalnym, nie wymagają od widza hermetycznej wiedzy, a program pozwala zarówno na doznanie wielkich emocji jak i chwile odprężenia oraz dobrej zabawy. 

Na AFF nie udało mi się obejrzeć jedynie "Zwierząt nocy" Toma Forda, ale nic straconego: film wciąż widnieje jeszcze w repertuarze kin studyjnych. Z 21 filmów nominowanych w tym roku do Złotej Palmy zaliczyłam póki co 13 i mam nadzieję, że ta liczba wkrótce znacząco wzrośnie. 

Moonlight (reż. Barry Jenkins, 2016) – 8,5/10

Nominacje: Nagroda Gotham (najlepszy film fabularny, najlepszy scenariusz)
Nagrody: Gotham – Nagroda Specjalna (nagroda specjalna Jury dla najlepszej obsady)

Podczas tegorocznej edycji AFF „Moonlight” był obok „Manchester by the Sea” jednym z najbardziej wyczekiwanych przez publiczność obrazów. Dyskusja nad tym, który jest lepszy, to jak wybieranie pomiędzy dwoma ulubionymi daniami: ostateczny werdykt zależy raczej od indywidualnej wrażliwości i upodobań niż od obiektywnych, technicznych wskaźników.

20151023_moonlight_d08_c1_k1_0121_gvkpgc-1

Podzielony na 3 akty film przedstawia historię Chirona, czarnoskórego chłopca o przezwisku Little, który regularnie pada ofiarą przemocy ze strony swoich rówieśników z powodu swojego homoseksualizmu. To jednak uproszczenie: wychowywany przez nadużywającą narkotykow matkę Little (Alex R. Hibbert) nie ma świadomości własnej orientacji, zdaje się jej – z uwagi na wiek – nie rozważać. Charakteryzuje go typowa dla dziecka niewinność: pragnie przyjaźni, poczucia akceptacji, bliskości drugiego człowieka, bezpieczeństwa. To dlatego tak dobrze czuje się pod opieką Juana (Mahershala Ali), który pomimo szemranej profesji zastępuje chłopcu ojca z prawdziwego zdarzenia. Wszystko, co dobre, kiedyś jednak się kończy.

W rozdziale drugim Chiron (Ashton Sanders), symbolicznie odrzucający już swoje przezwisko, konfrontuje się z tym, co nieuświadomione i stłumione, ściągając na siebie daleko idące konsekwencje. Wszystko po to, aby w finale powrócić, już jako Black (Trevante Rhodes), do przeszłości i zdobyć się na szczerość wobec samego siebie. 

O sile „Moonlight” przesądza emocjonalna oszczędność i subtelność, z jaką reżyser portretuje rozterki bohatera. Towarzyszy mu w różnych etapach życia, odnotowując istotne detale, jednak nie czyni z nich punktu wyjścia do łzawej opowieści o nietolerancji. To raczej podróż do zrozumienia i zaakceptowania samego siebie, do sięgnięcia po zepchnięte na krawędź pamięci wspomnień i uczuć, do których Chiron – tak naprawdę, niestety, słusznie – boi się przyznać publicznie. Potężny ładunek emocjonalny zawiera się tutaj nie w burzliwych dialogach i dynamicznej akcji, ale w półukradkowych spojrzeniach, wstydliwych i niepewnych gestach, mimowolnej mowie ciała. Przepięknie skomponowane kadry uwypuklają te drobne znaki i każą je kolekcjonować: wizualnie jest to bez wątpienia jeden z najbardziej efektownych obrazów tego roku. 

„Moonlight” nie jest filmem o homoseksualizmie. Jest przede wszystkim opowieścią o strachu przed wypartym, poszukiwaniu samego siebie i o potrzebie doświadczania czułości w świecie odmawiającym akceptacji wszystkiemu, co inne. Nie próbuje szokować czy forsować rewolucyjnych idei: cicho, z pełnym słodyczy smutkiem mówi po prostu o tym, że miłość nie rozumie sztucznych podziałów i ograniczeń, wymyka się umownym normom. 

Gdyby nie fakt, że #whiteOscars, posypałyby się nagrody. Pozostaje mieć nadzieję, że tym razem dla odmiany wygrają najlepsi, a nie najbardziej bali. 

TRAILER


Domowy maraton filmowy, czyli co można obejrzeć w sieci za darmo i legalnie
Szorty kulturalne #32: niespodzianki i rozczarowania na 16. MFF Nowe Horyzonty