Moonlight (reż. Barry Jenkins, 2016) – 8,5/10
Nominacje: Nagroda Gotham (najlepszy film fabularny, najlepszy scenariusz)
Nagrody: Gotham – Nagroda Specjalna (nagroda specjalna Jury dla najlepszej obsady)
Podczas tegorocznej edycji AFF “Moonlight” był obok “Manchester by the Sea” jednym z najbardziej wyczekiwanych przez publiczność obrazów. Dyskusja nad tym, który jest lepszy, to jak wybieranie pomiędzy dwoma ulubionymi daniami: ostateczny werdykt zależy raczej od indywidualnej wrażliwości i upodobań niż od obiektywnych, technicznych wskaźników.

Podzielony na 3 akty film przedstawia historię Chirona, czarnoskórego chłopca o przezwisku Little, który regularnie pada ofiarą przemocy ze strony swoich rówieśników z powodu swojego homoseksualizmu. To jednak uproszczenie: wychowywany przez nadużywającą narkotykow matkę Little (Alex R. Hibbert) nie ma świadomości własnej orientacji, zdaje się jej – z uwagi na wiek – nie rozważać. Charakteryzuje go typowa dla dziecka niewinność: pragnie przyjaźni, poczucia akceptacji, bliskości drugiego człowieka, bezpieczeństwa. To dlatego tak dobrze czuje się pod opieką Juana (Mahershala Ali), który pomimo szemranej profesji zastępuje chłopcu ojca z prawdziwego zdarzenia. Wszystko, co dobre, kiedyś jednak się kończy.
W rozdziale drugim Chiron (Ashton Sanders), symbolicznie odrzucający już swoje przezwisko, konfrontuje się z tym, co nieuświadomione i stłumione, ściągając na siebie daleko idące konsekwencje. Wszystko po to, aby w finale powrócić, już jako Black (Trevante Rhodes), do przeszłości i zdobyć się na szczerość wobec samego siebie.
O sile “Moonlight” przesądza emocjonalna oszczędność i subtelność, z jaką reżyser portretuje rozterki bohatera. Towarzyszy mu w różnych etapach życia, odnotowując istotne detale, jednak nie czyni z nich punktu wyjścia do łzawej opowieści o nietolerancji. To raczej podróż do zrozumienia i zaakceptowania samego siebie, do sięgnięcia po zepchnięte na krawędź pamięci wspomnień i uczuć, do których Chiron – tak naprawdę, niestety, słusznie – boi się przyznać publicznie. Potężny ładunek emocjonalny zawiera się tutaj nie w burzliwych dialogach i dynamicznej akcji, ale w półukradkowych spojrzeniach, wstydliwych i niepewnych gestach, mimowolnej mowie ciała. Przepięknie skomponowane kadry uwypuklają te drobne znaki i każą je kolekcjonować: wizualnie jest to bez wątpienia jeden z najbardziej efektownych obrazów tego roku.
“Moonlight” nie jest filmem o homoseksualizmie. Jest przede wszystkim opowieścią o strachu przed wypartym, poszukiwaniu samego siebie i o potrzebie doświadczania czułości w świecie odmawiającym akceptacji wszystkiemu, co inne. Nie próbuje szokować czy forsować rewolucyjnych idei: cicho, z pełnym słodyczy smutkiem mówi po prostu o tym, że miłość nie rozumie sztucznych podziałów i ograniczeń, wymyka się umownym normom.
Gdyby nie fakt, że #whiteOscars, posypałyby się nagrody. Pozostaje mieć nadzieję, że tym razem dla odmiany wygrają najlepsi, a nie najbardziej bali.



